poniedziałek, 4 lutego 2013

Propaganda zyje kłamstwem

Czy są państwa na świecie oparte na czym innym niż kłamstwie i społeczeństwa nie kolaborujące z tymi kłamstwami?

Sypie się smoleńskie kłamstwo, w którego upowszechnianie zaangażowane były niektóre struktury państwa. Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie ustaliła, że dowódca Sił Powietrznych gen. Andrzej Błasik nie wywierał presji na załogę samolotu Tu-154M, który rozbił się pod Smoleńskiem ale w świat wciąż wysyłana jest jako hipoteza najbardziej wiarygodna, że pijany generał kazał lądować
A ta teza o „naciskach” była jedną z wiodących tez raportu MAK i części mediów - częścią najbardziej opiniotwórczą - w Polsce uprawiających prorządową propagandę. Ponadto prokuratura nie potwierdziła też „rewelacji” o rzekomej kłótni gen. Błasika z pierwszym pilotem tupolewa, do jakiej miało dojść 10 kwietnia 2010 r. na płycie lotniska Okęcie, tuż przed startem do Smoleńska. „Nadto – jak oświadczył ppłk Jarosław Sej – zgromadzony materiał dowodowy pozwala na wykluczenie, aby pasażerom oczekującym na lot w dniu 10 kwietnia 2010 r. na terenie terminalu serwowano alkohole”.


W 1968 pewnien Polak w akcie desperacji dokonał samospalenia na stadionie Narodowym, bohater ów, doskonale rozumiał system znieolenia kłamstwem ZSRR i wpływu sowieckiego kłamstwa na umysły polskie, oto jego przesłanie:

http://www.youtube.com/watch?v=w1HLgZKyupU


Oczywiście jest tak, że wokół jednego kłamstwa, aby je kryć oraz tych którzy chcą tego kłamstwa, narasta coraz więcej kłamstw. Często ci którzy z gorliwością wprowadzali kłamstwo kładą za nie głowy, potem ciężko dojść kto i dlaczego kłamał, rozróżnienie prawdy od kłamstwa może byc niemożłiwe.
Niestety dla naprawy sytuacji machnięcie ręką i stwierdzenie 'i tak nie dojdziemy prawdy, nie ma o co kopii kruszyć' jest nie do przyjęcia.



Sobota, 6 lipca 2013 (02:00)
Mieczysław Ziętek, ojcem kpt. Artura Ziętka, nawigatora na Tu-154M, który rozbił się pod Smoleńskiem

Zaskoczyły Pana wywody Macieja Laska, jak to załoga notorycznie łamała procedury zwłaszcza podczas manewrów podchodzenia do lądowania? Od 2008 r. do katastrofy w Smoleńsku TAWS wygenerował podobno 125 alarmów.

– Po pierwsze, jeśli już nawet brać zarzuty pana Laska na poważnie, to nie odnosiły się one personalnie do tego akurat składu załogi, który zginął pod Smoleńskiem, tylko do wszystkich pilotów pracujących w 36. SPLT razem wziętych, którzy latali na tupolewie. Nie można więc mówić – jak to podawały później niektóre media – że to wyłącznie załoga tego tragicznego lotu (na której już na samym początku postanowiono powiesić wszystkie psy) łamała procedury przy lądowaniu. Inną sprawą jest jeszcze podważanie przez wspomnianego szefa zespołu powołanego przez premiera Donalda Tuska kompetencji pracowników 36. SPLT i jakości świadczonych przez nich usług, co jest wręcz nieprawdopodobne. Gdyby rzeczywiście ci ludzie byli tak niekompetentni i lekkomyślni, to 36. SPLT nie cieszyłby się tak dobrą opinią zarówno w Polsce, jak i na świecie. A jego pracownicy nie byliby tak rozchwytywani przez wszystkie liczące się linie lotnicze. Piloci specpułku byli znani ze swojej fachowości. Przecież zarówno Arkadiusz Protasiuk, jak i Robert Grzywna podczas szkoleń na embrayerach w Szwajcarii uzyskali o niebo wyższe lokaty niż ich koledzy cywile z PLL LOT. Niech więc pan Lasek następnym razem dobrze się zastanowi, zanim znów zacznie ferować jednostronne wyroki, krzywdzące załogę, i wypowiadać się na temat rzekomej niskiej jakości lotów w 36. SPLT, o czym – jak widzimy –w rzeczywistości nie ma bladego pojęcia.

Maciej Lasek twierdzi, że szefostwo specpułku ignorowało łamanie procedur przez załogi, co skutkowało wyrobieniem wśród pilotów „złych nawyków”. Można zapytać, czy pozyskał tę wiedzę od kolegi z komisji płk. Mirosława Grochowskiego, który jako szef Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów zjeżdżał co rok do pułku na kontrolę i żadnej patologii nie sygnalizował?

– W istocie to bardzo ciekawy wątek. Tylko na jakiej podstawie Lasek wysnuwa tak daleko idące wnioski, skoro sam Grochowski, który jest szefem Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów, żadnych uchybień w swoich kontrolach przeprowadzanych w 36.SPLT nie stwierdził? Poza tym cała dokumentacja dotycząca lotów tupolewa jest w rękach prokuratury, która do momentu zakończenia śledztwa nie ujawnia jej zawartości. Jak w takim razie pan Lasek może wysuwać podobne zarzuty, skoro nie ma dostępu do materiałów dowodowych prokuratury wojskowej?! Ten pan zachowuje się tak, jakby od czasu publikacji żałosnego raportu z prac komisji Millera nic się nie zmieniło. A przecież zmieniło się, i to bardzo dużo. Prokuratura podważyła ich odczyty z CVR z kabiny, wysokość cięcia brzozy, obróciła w perzynę domniemania o obecności w kokpicie generała Andrzeja Błasika itp.
Nie zdziwię się, jeśli niedługo podważy kolejne tezy raportu Millera, w tym sensacje o jakoby nagminnym łamaniu zasad bezpieczeństwa przez pilotów.

Tym bardziej że na smoleńskim lotnisku system TAWS nie działał.

W rzeczy samej. Lotnisko w Smoleńsku było skandalicznie wyposażone. Nie powinno więc być dla pana Laska zaskoczeniem, że system ostrzegawczy nie posiadał w swoich zasobach danych na temat jego dokładnego usytuowania i ukształtowania. W takiej zaś sytuacji piloci nie mogli się zdać na TAWS. A gdy sprzęt nie funkcjonuje tak jak powinien, trudno mówić o zignorowaniu przez załogę jego sygnałów podczas podchodzenia do lądowania. Jako pilot Lasek powinien wiedzieć, że system TAWS może się włączyć z różnorakich przyczyn – choćby z powodu drobnej usterki awioniki i wcale nie musi być to symptom poważnych problemów. Ponadto, jak czytałem, system ten wysyła sygnały najczęściej w pobliżu lotnisk wojskowych, bo tych często nie ma w bazie jego danych. A przecież piloci wojskowi zasadniczo znacznie częściej lądują na takich właśnie lotniskach. Wysuwane więc przez pana Laska absurdalne zarzuty, jakoby włączenie się w maszynie sygnału TAWS było jednoznaczne z brakami w sztuce pilotażu członków załogi, a szczególnie z nieumiejętnością przygotowania się do fazy lądowania, świadczą albo o jego bardzo niskiej wiedzy, albo o celowym zakłamywaniu faktów i wprowadzaniu w błąd opinii publicznej.
Wracając zaś do postawionego przez panią na samym początku pytania, choć wiedziałem, że ze strony pana Laska i jego nowej komisji nie możemy się spodziewać kompetentnych, uczciwych ocen, to jednak bardzo bolą mnie w kółko powtarzane w mediach kłamstwa, w których atakuje się naszych bliskich, którzy już sami bronić się nie mogą. Boli to tym bardziej, że te ataki spadają ze strony rządu i tych jego przedstawicieli, którzy powinni bronić dobrego imienia Sił Powietrznych. Co gorsza, ci ludzie nie mają w swoich oskarżeniach żadnego względu na nas, na rodziny, na nasz ból i na to, jak my odbieramy każdy tego typu nieuzasadniony atak na naszych ukochanych.

Lasek starał się jednak łagodzić te oskarżenia, cedując odpowiedzialność na bliżej nieokreślony „system”.

Takie tłumaczenia mnie nie przekonują. Co to znaczy, że „zawinił system”?! To nie system odpowiada, tylko konkretna osoba. A w tym przypadku odpowiedzialny był Bogdan Klich. Dlaczego pan Lasek nie wyjaśni, że to pan Klich chował do szuflady raporty gen. Andrzeja Błasika, który pisał jasno o problemach w 36. SPLT, wynikających z karygodnego niedoinwestowania. Pułk potrzebował nowych maszyn i zastrzyku pieniędzy, żeby można było spokojnie wykonywać loty operacyjne i szkoleniowe. Ale te sygnały Klich zignorował, bo były nie na rękę tym, którzy od dawna planowali likwidację elitarnej jednostki w ramach niepojętych dla mnie działań. Proszę też zauważyć, jak szybko pan Lasek i inne „wyrocznie smoleńskie” zmieniają sposób interpretacji swoich słów, jeśli tylko spotkają się z konstruktywną polemiką. Jeszcze w środę owych 125 zanotowanych alarmów TAWS było w wypowiedzi szefa komisji czymś niesłychanie haniebnym oraz niezbitym dowodem przesądzającym winę załogi Tu-154M, a już dzień później, po pytaniach o jakość kontroli płk. Grochowskiego, określił je „częścią drobnych incydentów”. Ta sytuacja, o której mówimy, dodatkowo utwierdziła mnie w przekonaniu, że powołanie przez premiera kolejnej komisji pod przewodnictwem Macieja Laska jest niczym innym, jak tylko zasłoną dymną, która ma odciągać uwagę od meritum, a przy okazji można wyjąć trochę pieniędzy z kieszeni podatnika. Powiem wprost, jako podatnik i ojciec jednej z ofiar katastrofy nie życzę sobie, żeby z moich ciężko zarobionych pieniędzy opłacać komisję, która powiela stare kłamstwa komisji Millera i MAK, i która jest sędzią we własnej sprawie.
To przecież „Nasz Dziennik” ujawnił jeszcze inne matactwa pana premiera, którego kancelaria ukrywa przed nami informacje o prokuratorskich pismach kierowanych do niej w sprawie zwrotu dowodów, w tym wraku samolotu. Po wyroku NSA w tej sprawie nieoczekiwanie „odnaleziono” trzy ważne dokumenty, których istnieniu wcześniej zaprzeczano. To potwierdza, że działania tego rządu szkodzą i sprawie smoleńskiej, i sprawie polskiej. Powtórzę jeszcze raz, cała ta sprawa z oskarżeniami wysuwanymi wobec załogi to nic innego jak kolejna odsłona matactw, próba stworzenia wielkiego i śmierdzącego dymu, który ma zasłonić ważniejsze problemy.
Urząd Lotnictwa Cywilnego nie odnotował w latach 2008-2010 żadnego przypadku błędnego i narażającego życie podejścia do lotniska maszyny, którą dowodził pan major Arkadiusz Protasiuk i ppłk Robert Grzywna. Sama pani widzi, że zbudowana przez Laska historyjka o TAWS to jedno wielkie kłamstwo. Kłamstwo, które – jak pokazują poprzednie tego rodzaju przypadki – najmocniej oddziałuje na media i tym samym na opinię publiczną, skutecznie odwracając jej uwagę od niekorzystnych dla rządu problemów.





Deadly Polish Plane Crash Still Mired in Mystery

The disaster that killed the Polish president along with scores of other dignitaries two years ago is once more a subject of fervent speculation—and political strife. Peter Jukes reports.




Two and half years since the air crash in Russia which killed the president of Poland, Lech Kaczyński, and wiped out a generation of Polish dignitaries, conspiracy theories about the doomed flight still haunt Poland.


When an aging Polish government Tupolev plane crashed short of a Russian military runway in foggy conditions in April 2010, 96 Polish officials, lawmakers, military officers and clerics were killed. It was a devastating national trauma, and—to add to the shock—emotively piled a new tragedy onto an historic one. The government plane was en route to a commemoration of the 70th anniversary of the Katyn massacre when more than 20,000 Polish officers, intellectuals, and politicians were executed by Stalin as he tried to decapitate the Polish nation, having carved it up with Adolf Hitler by joining the invasion which initiated World War II.

Within a year of the "Katastrofa Smoleńska," both the Russian and the Polish authorities had concluded the disaster was an accident: the Russian report emphasized pilot error, while the Polish included additional criticisms of the ground-control crews. However, President Kaczyński’s surviving twin, Jaroslaw, has consistently claimed the air crash was actually an assassination and part of a secret coup d’état. While Jaroslaw failed to succeed his brother in the role of president, his Law and Justice Party (PIS) has suggested the current prime minister, Donald Tusk, was part of a coverup. Though many Poles sympathize with Jaroslaw’s grief and paranoia about the loss of his brother, Law and Justice have suffered electoral setbacks ever since.

However, this week, the conspiracy theories seemed to gain more traction when one of Poland’s leading daily newspapers, Rzeczpospolita, published an article claiming traces of high explosives had been found in the plane’s wreckage. A respected reporter on military and intelligence matters, Cezary Gmyz, cited no less than four unnamed sources alleging traces of TNT and nitrogylcerine had been detected, lending weight to the theories that the plane had been shot down. Within hours, Jaroslaw Kaczyński was demanding that Prime Minister Tusk resign, openly airing allegations of assassination. “The murder of 96 people, including the Polish president and many other public figures,” Jaroslaw declared “is an unheard-of crime.”




Monument for Smolensk Plane Crash
Monument in the shape of the airplane carrying Polish President Lech Kaczynski and his wife Maria commemorates the Smolensk airplane disaster's victims, and has President Kaczynski and his wife depicted on the cabin door, in Kalkow, Poland on June 24, 2012. (Piotr Polak, EPA / Landov )

The confirmation of conspiracy didn’t last long. On Wednesday, the chief military investigator into the crash was pointing out that the chemical traces could have been caused by cosmetics or pesticides. "It's not true that traces of TNT or nitroglycerine were confirmed either inside or on the exterior of the wreckage," Colonel Ireneusz Szelag told journalists. The editor of  Rzeczpospolita, Tomasz Wróblewski, issued a public apology, admitting that the claims for trace of TNT or nitroglycerine were “premature,” and conceding it was “abominable” to use the Smolensk tragedy for “political purposes.” He has since offered his resignation as editor in chief of the paper.

To many Polish journalists, Rzeczpospolita’s blunder can be explained by the declining fortunes of both the newspaper and the party it has historically supported. Aleksander Kaczorowski, currently editing the Aspen Review of Central Europe, was Wroblewski’s deputy at Newsweek Polska and thinks the pressure was more commercial than political. “This is a nationalist-conservative paper that sympathizes with Law and Justice,” Kaczorowski told The Daily Beast. “It sells only about 80,000 thousand copies a day, compared with 200,000 a few years ago.” The popularity of conspiracy theories about the crash is, in Kaczorowski’s view, just the “everyday madness we have to live with … the vast majority of Poles do not really care about this anymore.”




Apart from the original accident, a series of errors in the investigation, and the failure of Russian authorities to hand over parts of the wreckage, have been eagerly interpreted as something more than incompetence.  To Tomasz Stawiszyński, a Newsweek Polska reporter who has written about the various far-out theories about the Smolensk tragedy, these sinister narratives suit not only different political agendas within Poland, but also play to the troubled historic relations with its larger neighbor, Russia. “There is of course one rational conspiracy theory possible here,” he told The Daily Beast, “that the Russians deliberately withhold evidence and muddy the waters to keep other countries in awe of them.”

Just as the "truther" movements in the United States, which believe the 9/11 attacks were somehow an inside job, or the "birther" conspiracies which persist in doubting President Obama’s U.S. citizenship, the Smolensk tragedy theories are hard to kill, and a recent opinion poll suggested more than a quarter of Poles believe President Lech Kaczyński was assassinated. Another poll on Thursday for the television station TVN24, showed the number had leapt to more than a third, with 36 percent of Poles giving credence to the assassination theory.



"Kończymy z tym Smoleńskiem. Zostało już tylko jedno śledztwo do umorzenia. Może choć odrobinę honoru, prokuratorzyny?

opublikowano: 05/11/2013

Na zdj. Prokurator Generalny Andrzej Seremet, b. szef NPW gen. Krzysztof Parulski, szef WPO w Warszawie płk Ireneusz Szeląg. 

W wojskowej prokuraturze bez zmian. Komu ma włos z głowy nie spaść – będzie chroniony. Gdyby trzeba było kogoś zaatakować, nawet kalecząc sobie policzki – da się to załatwić. Śledczy z Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Poznaniu ochronili kolegów z Warszawy zajmujących się od początku śledztwem smoleńskim i umorzyli postępowanie ws. nieprawidłowości, jakich mieli dopuścić się m.in. szef WPO w Warszawie płk Ireneusz Szeląg i były szef NPW gen. Krzysztof Parulski, a także referenci smoleńskiego śledztwa ppłk Karol Kopczyk i mjr Jarosław Sej.

Warto więc tylko przypomnieć, że teoretycznie jednym z głównych przedmiotów zainteresowania poznańskich śledczych był Krzysztof Parulski, ex-naczelny prokurator wojskowy, a wcześniej szef wspomnianej wielkopolskiej prokuratury. Generałem został na początku smoleńskiego śledztwa (zanim jeszcze jeździł z ryngrafami do Moskwy). Cywilni zwierzchnicy armii, z prezydentem na czele, zignorowali – podobnie jak w przypadku Mariana Janickiego z BOR – obszerne podejrzenia o nieprawidłowości w najważniejszym z toczących się w Polsce śledztw. To Parulski wielokrotnie zapewniał o świetnej współpracy z Rosją, a wypowiadał te odbiegające od prawdy słowa ubrany w mundur oficera Wojska Polskiego.
To dla niego as poznańskiej WPO płk Mikołaj Przybył urządził cyrk z rzekomą próbą samobójczą, a w rzeczywistości okaleczeniem policzka obliczonym tylko na wywołanie zamieszania i ochronę Parulskiego w konflikcie z prokuratorem generalnym.
Ważny podwładny Parulskiego, płk Szeląg stał się symbolem smoleńskiej nowomowy, gdy p;astwił się nad dziennikarzami i widzami, rozwlekając odpowiedzi na pytania tak, by przypadkiem opinia publiczna nie dowiedziała się czegokolwiek.
W Smoleńsku był też na samym początku nieoceniony były rzecznik NPW płk Zbigniew Rzepa, pojętny uczeń Szeląga w rozmowach z mediami, słynny obserwator odsłuchów nagrań z czarnej skrzynki (Parulski sam siebie w tym wątku nazwał „strażnikiem pieczęci” na kawałku papieru przyklejonym do sejfu w siedzibie MAK…).
Ta wesoła gromadka to najwyżsi przedstawiciele polskich organów ścigania w miejscu śmierci prezydenta i 95 osób oficjalnej delegacji RP na uroczystości 70 rocznicy ludobójstwa na polskich oficerach.
Warto zastanowić się, co decyzja poznańskich prokuratorów w wątku pobocznym oznacza dla losów głównego śledztwa, które formalnie prowadzą wspomniani Kopczyk z Sejem, choć nigdy nie zajmują głosu w jego sprawie. Głównym przekaźnikiem zawsze jest Szeląg bądź pełne pułapek internetowe komunikaty.
Rozgrzeszeni śledczy z Warszawy teraz nie muszą się już przejmować zupełnie niczym.
Mogli – wbrew polskiemu prawu – pozwolić sobie na nieprzeprowadzenie sekcji zwłok i nieotwieranie trumien z ciałami ofiar po ich sprowadzeniu do Polski.
Mogli też:
- bezkarnie narazić rodziny na koszmar ekshumacji z powodu złożenia ciał w niewłaściwych grobach.
- dopuścić w śledztwie do przedstawienia przez stronę rosyjską sfałszowanych dowodów w postaci skandalicznych protokołów posekcyjnych.
- nie opisać należycie i nie udokumentować fotograficznie miejsca zdarzenia.
- manipulować dowodami w postaci wyników badań na obecność materiałów wybuchowych.
- bez konsekwencji upubliczniać stenogramy z przesłuchań świadków, biorąc udział w polityczno-medialnej propagandzie.
- ignorować prawa pokrzywdzonych nie udostępniając im materiałów postępowania.
- nie przeprowadzić należytych ekspertyz (do niektórych zmusił ich nacisk części mediów), manipulować opinią publiczną itd.
Sprawa w oczywisty sposób zmierza do umorzenia. Usłyszymy o braku znamion czynu zabronionego itd.
Zamknięcie głównego postępowania będzie końcem szans na rzetelne potraktowanie narodowej tragedii przez polski wymiar sprawiedliwości. Prokuratura cywilna bez problemu ukręciła łeb sprawie organizacji wizyty. Co zrobią wojskowi?"

Dodano: 28.02.2013 [19:05]
Wnuk Anny Walentynowicz: prokuratura kłamie w sprawie sekcji - niezalezna.pl
foto: ipn.gov.pl
- Jestem zdziwiony tym, co opublikowała na swojej stronie internetowej Naczelna Prokuratura Wojskowa - mówi portalowi niezalezna.pl Piotr Walentynowicz, wnuk legendy Solidarności. Śledczy stwierdzili, że przyczyną śmierci A. Walentynowicz były "rozległe obrażenia czaszkowo-mózgowe i obrażenia klatki piersiowej".

Piotr Walentynowicz wylicza w rozmowie z nami przekłamania i manipulacje, jakie znalazły się w komunikacie NPW:

1. Prokuratura napisała: W dniu 18 lutego 2013 roku do Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie wpłynęły z Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu opinie sądowo-medyczne wykonane po ekshumacji zwłok tychże ofiar katastrofy smoleńskiej. [...] Dotychczas żadna z zainteresowanych rodzin nie zgłosiła się do prokuratury w tym celu.

Piotr Walentynowicz: Opinie sądowo-medyczne wykonane po ekshumacji zwłok wpłynęły, jak przyznaje prokuratura, do NPW 18 lutego 2013 r. Nas powiadomiono jednak o tym fakcie dopiero tydzień później, 25 lutego. Pani prokurator poinformowała nas przez telefon, że dokumentacja jest do wglądu w dogodnym dla nas terminie. Po zaledwie trzech dniach - pod pretekstem, że nie zgłosiliśmy się do prokuratury, choć przecież śledczy wiedzą, że reprezentujący nas mecenas Stefan Hambura mieszka w Niemczech - wyniki sekcji mojej babci upubliczniono w internecie.

2. Prokuratura napisała: Prokuratorzy powiadomili rodziny obu ofiar katastrofy oraz ich pełnomocników o możliwości zapoznania się z opiniami.

Piotr Walentynowicz: Mój pełnomocnik Stefan Hambura nie został powiadomiony o takiej możliwości. Nie został też poinformowany o wpłynięciu tych opinii do NPW.

3. Prokuratura napisała: Przyczyną zgonu obu ofiar katastrofy były rozległe obrażenia czaszkowo-mózgowe i obrażenia klatki piersiowej, co koresponduje z wnioskami zawartymi w opiniach wydanych po sekcjach zwłok przeprowadzonych w Moskwie.

Piotr Walentynowicz: Nie wiem, jak prokuratorzy doszli do takiego wniosku, skoro podczas sekcji, jaka odbyła się we Wrocławiu po ekshumacji, ciało mojej babci nie miało nawet czaszki. 

Wnuk Anny Walentynowicz podkreśla również, że śledczy obiecywali mu, tak jak i jego ojcu, że obaj będą mieli wgląd nie tylko do opinii, lecz także do wyników badań sekcyjnych. Słowa jednak nie dotrzymano. Piotr Walentynowicz przypomina też, że do tej pory nie miał szans, aby zapoznać się z dokumentacją rosyjską dotyczącą Anny Walentynowicz. Jak dotąd okazano mu jedynie rosyjskie protokoły sekcyjne Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej, którą pochowano w wyniku skandalicznej omyłki w grobie legendy Solidarności.







Brak komentarzy: