czwartek, 31 lipca 2014

Miasto 1944

Warszawa i cała Polska przygotowuje się do obchodów 70 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.
W mediach piszą, że jest to kolejna okazja do oceny tego zrywu niepodległościowego - a oceny są różne - od skrajnie negatywnych do skrajnie pozytywnych pełnych uwielbienia dla samych powstańcó i zrozumienia dla przywócdów, którzy podjęli decyzję o jego wybuchu.
Wydaje się, że ci którzy ktytykują, to albo robią to z pobudek ideowych, czyli rzeczywiście mają krytyczny stosunek do wszelkiej walki, albo z finansowych - chcą na tym zarobić, a bulwersując ludzi swoimi opiniami przedostają się do mediów i sprzedają swoje głupoty, a na głupotę popyt był i będzie zawsze.
Oczywiście takie gaszenie ducha narodowego jest na rękę naszym wrogom.
W jednej ze scen filmu, co prawda nie o Powstaniu, ale o okresie je poprzedzającym, jest taka scena gdzie czternasolatek mówi do członka Szarych Szeregów, że najwazniejsze jest to aby przetrwać - kilka scen później ginie w masowej egzekucji. I taka to była wojna - ginęli również cywile, starający się unikać jakiegokolwiek zaangażowania w jakiekolwiek działania zbrojne, choćby ze względu na narodowść.
Przed Powstaniem Niemcy ogłosili masowe roboty dla 100 tyś. mężczyzn - brak stawiennictwa mógł oznaczać masowe egzekucje - choćby już to było wystarczającym powodem do rozpoczęcia walki.



"31 lipca, wieczorem zawiadomiono nas, że godzinę siedemnastą 1 sierpnia wyznaczono na wybuch Powstania.
Nasza grupa, z doświadczeniem zdobytym w wielu akcjach Kedywu i względnie dobrze uzbrojona (broń zdobyczna i kilka Thompsonów ze zrzutów), miała następujące zadania: po pierwsze - zająć magazyny niemieckie na Stawkach, po drugie- udać się do gmachu PKO na Marszałkowskiej jako oddział dyspozycyjny generała Montera- dowódcy Powstania. Instrukcja dalej polecała: po zdobyciu Warszawy powrót do naszych melin, schowanie broni i zachowanie gotowości do ewentualnej działalności podziemnej pod okupacją sowiecką. Ta część planu bardzo mi się nie podobała, bo z ochotą (jako dwudziestojednoletni młodzieniec) poparadowałbym trochę po zwycięstwie, nareszcie oficjalnie i w biały dzień, z nadzieją, że płeć piękna będzie wrażliwa na urok munduru."


"Z ruin wychodzi młody postawny mężczyzna. Na niemieckim hełmie ma biało - czerwoną opaskę. Ogromnym karabinem maszynowym wymachuje jak piórkiem, uśmiecha się szeroko. Koniec ujęcia. To jedno z niewielu zdjęć, o którym wiadomo kiedy i gdzie zostało nakręcone. Ten mężczyzna to 22-letni wówczas Witold Kieżun, ps. „Wypad”. 23 sierpnia 1944 roku wraz z kolegami zdobyli gmach Komendy Głównej Policji w Śródmieściu. A ten cekaem to było najcenniejsze trofeum."

środa, 30 lipca 2014

Wróg u bram

To jaką polityke prowadzi teraz Rosja dowodzi, że zagrożenie jest realne. Wróg nie stoi u bram Ukrainy, on już tam jest. Krym wzięty - a przypomnijmy sobie prognozy, ze sam Krym Rosji się nie opłaca, będzi emusiała zająć tereny pozwalającej jej na komunikację z Krymem droga lądową - i to właśnie Rosja robi.
Potem to uzazdni, że potrzebowała krytarza, a Ukraina, wbrew prawu międzynarodowemu na to nie zezwalała, chcadoprowadzić do katastrofy humanitarnej na odciętym od dostaw wody pitnej rosyjskim terytorium.
Świat niby reaguje, najbardziej Polska...ale polska ustami swoch liderów tylko pokrzykuje (a jeszcze niedawno ci sami liderzy krytykowali śp Prezydenta za "machanie szabelką" - kiedy to on budował realna politykę a oni po prostu pajacują). To pokrzykiwanie nie przestraszy niedzwiedzia, ale ma na celu usypianie opinii publicznej naszego kraju.
Cechą państw słabych jest opresyjność wobec własnych obywateli, zwłąszcza tych grup które nie mają wolnych środków na życie, któe żyją "na bieżąco" z trudem wiążac koniec z końcem, zaś słabość wobec możnych czy to swoich czy obcych. Polska, a raczej państwo polskie (któe właściwie nie istnieje) reprezentuje wszystkie te cechy słabego państwa posiada, musi więc budzić apetyty obcego mocarstwa o wielkich ambicjach.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Kto reprezentuje polskie interesy

Nie od dziś wiadomo, że interesy państwowe powinni reprezentować państwowcy, czyli ludzie któzy przedkładają interes państwa nad własny. Niestety dziś nasze interesy reprezentują zwykłe szuje i karierowicze, stąd takie efekty jak w poniższych artykułach.


1)
Tragedia malezyjskiego samolotu, której sprawcami są bez wątpienia ludzie związani z rosyjskimi służbami i wojskiem, uaktywniła znanych i mniej znanych polskich ekspertów, którzy jeszcze do niedawna z niezwykłą wprost energią przekonywali Polaków, że 10 kwietnia 2010 roku doszło do zwykłej katastrofy spowodowanej błędem pilotów, zaś postępowanie Rosji tuż po tragedii nie budziło żadnych zastrzeżeń, wręcz przeciwnie, współpraca miała być wzorowa.
Pomimo, że 10 kwietnia 2010 roku na terenie Rosji zginęła elita polityczna i wojskowa Polski, zaś rosyjskie władze od pierwszych chwil zachowywały się, jak sprawcy usiłujący ukryć dowody w sprawie, dezinformując nawet, co do godziny katastrofy, ich działania nie tylko nie spotkały się ze stanowczym sprzeciwem ze strony polskiego rządu, czy polskich instytucji, ale nawet uzyskały carte blanche do dalszych działań na terenie tragedii. To właśnie tak obecnie potępianym rosyjskim służbom powierzono sekcje zwłok polskich obywateli na czele z głową państwa, to właśnie ludziom określanym już na całym świecie mianem „rosyjskich bandytów” oddano w wieczyste posiadanie wszystkie dowody w sprawie i pozwolono na nieograniczone możliwości manipulowania zarówno miejscem katastrofy, jak i poszczególnymi fragmentami wraku. Zarejestrowany przez kamery i aparaty fotograficzne proceder celowego niszczenia polskiego samolotu, przenoszenia jego części  po stronie polskiej spotykał się co najwyżej ze wzruszeniem ramion i żenującą obojętnością. Dzisiaj ci sami ludzie, którzy wtedy głośno mówili, że wrak nie jest istotnym dowodem w sprawie, w przypadku tragedii boeinga 777 twierdzą coś zgoła innego.
Oto Edmund Klich, polski akredytowany przy MAK, komentując katastrofę malezyjskiego samolotu w TVN24 przyznał, że wrak jest najważniejszym dowodem w sprawie, dużo istotniejszym i mogącym o wiele więcej powiedzieć na temat katastrofy, niż czarne skrzynki:
Z rejestratorów będzie można odczytać dokładnie czas, wysokość, prędkość samolotu, ale prawdopodobnie rejestratory w momencie uderzenia rakiety przestały działać. Poznamy tylko pewne elementy np. co załoga mówiła w ostatniej chwili, czy wiedzieli co się stało. Z tego względu rejestratory będą ważne. Natomiast z punktu wyjaśnienia czy samolot spadł w wyniku uderzenia rakietą przeciwlotniczą to wrak będzie podstawowym dowodem.
Tymczasem we wrześniu 2010 roku Edmund Klich odpowiadając ówczesnemu pełnomocnikowi części rodzin, mecenasowi Rogalskiemu na zarzuty o niszczenie wraku przez Rosjan, jako istotnego dowodu w sprawie odpowiedział, że wrak nie ma decydującego znaczenia dla śledztwa, gdyż wszystkie parametry lotu zostały zapisane w rejestratorach.
Powstaje, zatem pytanie: z czego wynika taka różnica zdań ze strony pana pułkownika? Dlaczego w przypadku katastrofy smoleńskiej wrak można było ciąć, niszczyć ciężkim sprzętem i polerować, a w przypadku katastrofy malezyjskiego samolotu, wrak należy bezwzględnie zbadać i to najlepiej zanim jakakolwiek jego cześć zostanie dotknięta ludzką ręką?
Skąd już 10 kwietnia 2010 roku u niemal wszystkich wypowiadających się na temat przyczyn tragedii smoleńskiej wzięła się pewność, że katastrofa polskiego samolotu nie była wynikiem zamachu terrorystycznego, choć nie zbadano wraku, ba, nawet go pobieżnie nie obejrzano, uznając jednogłośnie, że w czarnych skrzynkach znajduje się odpowiedź na wszystkie pytania, choć i te przecież analizowano dopiero w kolejnych tygodniach? Z kronikarskiego obowiązku należy przypomnieć, że czarne skrzynki tupolewa zostały odnalezione nie przez polskie, ale przez rosyjskie służby i natychmiast przewiezione do Moskwy, gdzie całą noc były bez jakiegokolwiek nadzoru ze strony polskiej, nie licząc papierowej plomby przyklejonej do sejfu przez pułkownika Rzepę. Z jakich źródeł czerpał swoją wiedzę minister Sikorski przekonując Jarosława Kaczyńskiego zaledwie kilkanaście minut po katastrofie, że to był wypadek spowodowany mgłą i błędem pilotów? Bez odrobiny spiskowej teorii, trudno zrozumieć, co się wówczas działo w głowach wielu decydentów.
Członkowie komisji Millera, na czele z Maciejem Laskiem wielokrotnie podkreślali, że jeśliby na pokładzie tupolewa doszło do eksplozji, to takie zdarzenie zostałoby odnotowane w rejestratorach lotu.
Tej tezie zdaje się zaprzeczać Edmund Klich, który, komentując ostatnio wiarygodność zapisu rejestratorów lotu w sytuacji wybuchu na pokładzie, przyznał, że zapis ten mógłby niczego nie wnieść do sprawy z prostej przyczyny: w chwili eksplozji rejestratory mogły przestać działać. Z tego powodu to właśnie wrak, a nie rejestratory, powinien być najważniejszym dowodem, z którego można odczytać, co dokładnie się stało, bowiem szczątki samolotu mogą nosić ślady eksplozji w postaci wygięć, wywinięć oraz specyficznych odkształceń, takich jak choćby wyrwane nity.
Na tego typu uszkodzenia wraku TU 154 (wyrwane nity, wygięcia, wywinięcia poszycia, duża ilość odłamków) od początku wskazywali niezależni eksperci badający katastrofę smoleńską, jednak spotykali się wyłącznie z rechotem i próbą ośmieszenia ich prac. To właśnie doktor inżynier Grzegorz Szuladziński, jako pierwszy wykazał w swojej pracy (Niektóre aspekty techniczno-konstrukcyjne smoleńskiej katastrofy), że na pokładzieTU 154 doszło do eksplozji. W normalnym państwie, zainteresowanym rzetelnym wyjaśnieniem hekatomby, jaką był 10 kwietnia, taki dokument firmowany przez wybitnego specjalistę z zakresu skutków eksplozji, byłby przedmiotem szerokiej dyskusji i poważnych analiz, ale nie w Polsce, której rząd na krwi poległych w Smoleńsku jednał się wówczas z ludźmi, których dzisiaj nikt nie waha się nazywać mordercami.
Wraku polskiego samolotu oraz miejsca katastrofy tak naprawdę nigdy profesjonalnie nie zbadano, co nawet przyznali w swoim raporcie, a konkretnie w załączniku 4, sami eksperci komisji Millera:
W dniach 11-13 kwietnia 2010 r., dobę po katastrofie, umożliwiono polskim ekspertom dokonanie oględzin miejsca zdarzenia oraz wykonanie zdjęć. Zgromadzony materiał fotograficzny nie był udokumentowaniem stanu wraku samolotu bezpośrednio po zaistniałej katastrofie (co uczyniła zapewne komisja rosyjska), gdyż wiele elementów samolotu zostało przemieszczonych w trakcie prowadzonej akcji ratowniczej lub zmieniło swoje położenie w wyniku prowadzonych przez komisję rosyjską badań.
Kompletną farsą zaś było pobranie próbek na obecność materiałów wybuchowych półtora roku po zdarzeniu, co się chyba dotąd nie zdarzyło w historii badań katastrof lotniczych. Nie tylko nie zbadano wraku bezpośrednio po zaistnieniu katastrofy, nie tylko przymykano oczy, gdy Rosjanie na oczach świata rozbijali łomami szyby polskiej maszyny, ale też bez cienia zażenowania żyrowano rosyjskie kłamstwa i nie uczyniono nic, aby zapobiec bezczeszczeniu ciał ofiar tej tragedii, choć przecież polski samolot nie znalazł się w strefie działań wojennych, jak malezyjski boeing. Polskie władze nie zdobyły się nawet na odwagę przyjęcia oferty pomocy ze strony naszych zachodnich sojuszników, w przeciwieństwie do władz Ukrainy, pozostawiając całe dochodzenie w rękach ludzi, których dzisiaj cały cywilizowany świat określa mianem bandytów. Czy zatem którykolwiek z urzędników  i funkcjonariuszy obecnego rządu ma prawo powiedzieć, że katastrofa smoleńska została wyjaśniona i dogłębnie zbadana? Jak widać nawet sami zaangażowani w jej wyjaśnianie dzisiaj mówią innym głosem i co innego, niż jeszcze 4 lata temu.

2)
Tygodnik „W Sieci”, przynosi historię tajemniczej śmierci polskiego konsula w Bejrucie. Tajemnicze niejasne okoliczności, opieszałość polskich służb i cała otoczka towarzysząca tej tragedii coś mi przypomina. Coś, co zaczęło funkcjonować jako political – fiction, ale teraz można doszukać się drugiego dna.
LibiaZacznijmy po kolei. W najnowszym numerze tygodnika braci Karnowskich, znalazł się tekst autorstwa Witolda Gadowskiego pt. „Dlaczego zginął konsul?”. Znajdujemy w nim opis tajemniczego zaginięcia i zgonu polskiego konsula w Bejrucie – Wojciecha Gawrysiuka. W drugiej połowie kwietnia w Libanie odbywała się pewna uroczystość. Wtedy po raz ostatni widziano polskiego dyplomatę, jak w trakcie uroczystości wychodził na przechadzkę z młodą Libanką. Następnego dnia, martwe ciało kobiety znaleziono na jednej z plaż. Nigdzie jednak nie było polskiego konsula. Powiadomione o tym polskiesłużby, delikatnie mówiąc nie nadały sprawie poszukiwania polskiego dyplomaty „priorytetu”. Najlepiej o tym świadczy choćby to, że przysłany teoretycznie do pomocy dyrektor Inspektoratu Służby Zagranicznej w ciągu trzech dni sprawie zaginięcia Polaka poświęcił godzinę (!) a resztę czasuspędził na zakupach i zwiedzaniu czy fakt, że przybyli do Libanu funkcjonariusze Agencji Wywiadu zabezpieczając sprzęt Gawrysiuka nie sprawdzili nawet jego zawartości. Jeszcze gorsze świadectwo polskim urzędnikom wystawia fakt, że MSZ przekazał zgłoszenie o zaginięciu polskiego konsula miesiąc po tym, jak resort Radosława Sikorskiego otrzymał je z placówki w Bejrucie. Ostatecznie w maju 2013 roku, znaleziono martwego konsula. I tu zaczyna się szereg kolejnych tajemnic i niejasności. Libańscy lekarze, stwierdzili wystąpienie „rozległego krwiaka po prawej stronie czaszki”, co znów zostało zinterpretowane jako efekt „możliwego działania osób trzecich”. Służby libańskie kilkakrotnie wyrażały gotowość do współpracy z polska stroną, jednak polska strona nie była tym zainteresowana. Przyjęto, że polski konsul po prostu… utonął. Tak się jednak składa, że po badania anatomopatologiczne wykluczyły prawdopodobieństwo utonięcia – nie wykryto m.in obecności wody w płucach. Równie ważne jest to, że Gawrysiuk brał udział w triathlonie, musiał więc świetnie pływać a także wielokrotnie miał informować znajomych, że nie kąpie się na plaży Ramlet al Baida (na której go znaleziono), ze względu na to że w tym miejscu jest niebezpieczne morze… Autor tekstu sugeruje, że związek ze śmiercią mogła mieć libańska ekspozytura wywiadu rosyjskiego… Tyle tytułem strzeszczenia artykułu Witolda Gadowskiego. Zainteresowanych odsyłam do źródła.
Teraz druga część tekstu. W roku 2012 wydano książkę Tomasza Sekielskiego pt. „Sejf”. Pomijając kilka wtrętów politycznych, w których pan redaktor nie powstrzymał się przed dowaleniem opozycji jest to absolutnie kawał kapitalnej literatury sensacyjno – kryminalno – politycznej. W skrócie, w zamachu w Bagdadzie ginie polski ambasador i jego obstawa. Na początku wydaje się, że przyczyną był splot nieszczęśliwych wypadków. Oficjalna wersja, przedstawiana obywatelom i wybrance jednego z poległych żołnierzy mówi o wypadku, ofiary są nawet szkalowane i oskarżane o paserstwo. Z czasem na jaw wychodzą powiązania polskich służb specjalnych i innych wysoko postawionych osób w państwie, które zamieszane były w nieczyste interesy typu przemyt, z obcymi wywiadami. Ci którzy to odkryli i wpadli na trop, musieli zginąć. Okazuje się, że celowo zaniechano niektórych działań zabezpieczających, by pozbyć się świadków nieczystych gier i interesów.  Na ślad prawdziwego przebiegu zdarzeń w Iraku wpada dziennikarz i zbliżający się do emerytury policjant. Obaj ze względu na to, że zadarli ze służbami, kończą tragicznie. Książka pokazuje, że w istocie żaden polityk nie sprawuje realnej władzy. Wszyscy siedzą w „kieszeni” służb, które dysponują rozmaitymi hakami na najwyższe osoby w państwie i rozgrywają nimi jak chcą. Służby specjalne, w obronie własnych, często ciemnych interesów są w stanie posunąć się do zdyskredytowania,  sfingowania dowodów przeciwko niewygodnej osobie aż wreszcie nie cofną się przed zamordowaniem osób, które im zagrażają. Sekielski oczywiście zarzeka się, że powieść jest z gatunku political – fiction, ale ciężko nie dostrzec pewnych aluzji i prób ujawniania za pomocą fikcji, realnych mechanizmów działania służb nie tylko w Polsce.
Zestawienie tych dwóch przykładów nie ma absolutnie na celu sugerowania, że polski konsul w Bejrucie padł ofiarą intrygi polskich służb. Pragnę pokazać, że służby to ogromna wiedza. A wiedza towładza. Korzystając z tej potęgi, służby rozpanoszyły się i poczuły się bezkarne. Stąd wiele związanych z nimi niejasności i tajemnic. Wiele również zatuszowanych afer. Nie da się wygrać ze służbami, wielu którzy tego próbowali kończyło tragicznie, w najlepszym wypadku skompromitowani usuwali się na margines życia publicznego. Należy jednak, starać się minimalizować zagrożenie z ich strony. A czy obecny minister spraw zagranicznych, Radosław Sikorski jest osobą, która jest w stanie zapewnićbezpieczeństwo polskim dyplomatom czy zwykłym obywatelom? Niestety nie. Jest zajęty lansowaniem się i twitterowymi popisami. W jego rękach jest życie wielu ludzi, ale pokazuje że absolutnie sobie z tym nie radzi. Jego opieszałość i niekompetencja są bardzo poważnym zagrożeniem. Do starć ze służbami potrzebni są mężowie stanu, krystaliczni, odporni i twardzi. A nasz drogi minister bardziej przypomina wystraszonego pierwszaka, za wszelka cenę starajacego się uniknąć dręczenia przez silniejszych kolegów. Nie powierzyłbym mu opieki nad paprotką a tymczasem odpowiada zazdrowie i życie ludzi. W Polsce dochodzą jeszcze – spowodowanie latami komunizmu -  zdecydowanie wyższe niż dopuszczalna norma powiązanie polskich służb ze służbami rosyjskimi. A one – nie trzeba chyba nikogo przekonywać – nie mają na uwadze dobra Polski.
Jak mówi autor „Sejfu”: „Niezależnie od tego kto rządzi w państwie, służby to jest państwo w państwie. Kontrola nad nimi jest bardzo trudna, jeśli w ogóle jest możliwa. Służby zawsze zasłaniają się tajemnicą państwową. Człowiek, który tam się pojawia z zewnątrz, zachłystuje się tym że poznaje kulisy i mechanizmy, które kierują całym światem.” „Jako obywatele, za małą wagę przywiązujemy do tego co państwo o nas wie. Pozwalamy państwu na bardzo dużą kontrolę nas. Państwo ma olbrzymie bazy danych na nasz temat. Służby mogą włącząc na kilka dni podsłuchy, nie informując o tym nikogo. Nie mam zaufania do służb specjalnych, ponieważ robiły różne rzeczy, które nie miały moim zdaniem nic wspólnego z interesem państwa ani ochroną bezpieczeństwa”.
W tym kontekście warto zwrócić uwagę na nasilającą się ostatnio nagonkę na likwidatorów WSI. Opublikowany raport z likwidacji miał rzekomo „odsłonić” Polskę, sprawić że stała się bezbronna. Taki ruch miał zagrażać życiu naszych agentów… Jakoś niewielu dzisiejszych moralizatorów mówi o tym, że istnienie WSI było prawdziwym zagrożeniem dla Polski. WSI były kontynuacją PRLowskich służb ściśle związanych z Rosją. Nie dokonano czystek, za nasze „bezpieczeństwo” odpowiadali byli agenci, SBcy i kolaboranci. Wielu agentów było na usługach Moskwy, przez WSI przewijały się osoby zamieszane w aferę FOZZ… Czy dopuszczenie rosyjskich szpiegów do polskich tajemnic takich jak właśnie choćby lista agentów nie niosło o wiele większego zagrożenia? Czy to nie wystawiało Polski na nieopisane niebezpieczeństwa i straty? Czemu to nie budziło u Palikotów, Lisów czy Komorowskich sprzeciwu i obaw? Ano dlatego, że nie o bezpieczeństwo Polski i Polaków im tak naprawdę chodziło a o utrzymanie status – quo, o ochronę interesów wąskiej grupy osób. Zaraz zaraz, czy to nie w kontekście pana Palikota i Komorowskiego pojawiały się wspomnienia o wspólnych polowaniach w rosyjskich lasach wespół z „podsyłanymi przez dawne KGB – niby sąsiadów”? Czy to nie Komorowski jak podaje „Do Rzeczy” był jednym z cywilnych wiceministrów MON, kiedy prezydentem był sowiecki namiestnik i zdrajca – Wojciech Jaruzelski?
Pomimo formalnego rozwiązania wojskowych służb, macki KGB i GRU wciąż oplatają Polskę. Brak do końca przeprowadzonej lustracj i dekomunizacji w polskich służbach musi prowadzić do powstawania przeróżnych teorii spiskowych. Część z nich jest bzdurami, ale niestety wiele w nich również prawdy. Niewygodnej, bolesnej dla wielu środowisk – ale prawdy! Czas uświadomić sobie, że to właśnie służby rządzą światem i to one kreują rzeczywistość zgodnie ze swoimi interesami.

piątek, 18 lipca 2014

Ofiary wojny

Jakkolwiek zabrzmiałoby to cynicznie, to analizy przeprowadzone przez wywiad USA, opinie analityków wojskowych i politycznych z tego samego kraju, wzkazują, że zestrzelenie samolotu z tak dużą liczba pasażerów nie było przypadkiem? Z wojskowego punktu widzenia zupełnie bez sensu - nie ma wpływu na rozwój wydarzeń wojennych, zatem jedyne wytłumaczenie tej potwornej zbrodni jest chęć prowokacji Zachodu przez Rosję, tak sprawdźian reakcji. Oczywiści eoburzenie mediów i społeczeństw musiałobyć wkalkulowane w ryzyko, ale przecież Rosja nie boi się gadania, klątw i złorzeczeń, a jedynie dywizji.
Stalin kiedyś pytał z kpiną, o stan armii watykańskiej "ile dywizji ma papież?" a Putin pyta: ile Zachód może nałożyć sankcji na jego kraj, ale mocniejszych niż zakaz podróżowania do Disneylandu pod Paryżem. Co Zachód może zrobić więcej niż tylko wyrażanie oburzenia.
Jeśli Zachód nie zareaguje (a Chiny już wydały werdykt: "to nie wina Rosji") to Polska może również spodziewać się wroga u bram.

"Rząd w Hadze, wbrew opinii publicznej, sceptycznie podchodzi do kwestii unijnych sankcji wobec Rosji. Stanął po stronie wielkich koncernów.
– Zestrzelenie tego samolotu było zbrodnią przeciwko ludzkości. Zapewniamy, że sprawiedliwość zostanie wymierzona w imieniu wszystkich ludzi, którzy stracili życie – zapowiadał holenderski premier Mark Rutte. W strąconym nad Ukrainą malezyjskim boeingu zginęło 194 obywateli Holandii, w tym jeden członek parlamentu. Opinia publiczna zjednoczyła się w żałobie i gniewie. Sondaże mówią, że blisko 80 proc. Holendrów domaga się wprowadzenia ostrych sankcji wobec Rosji, nawet gdyby miało to zaszkodzić holenderskiej gospodarce. Rząd Marka Ruttego, wbrew woli narodu, na sankcje jednak jakoś szczególnie nie naciska, a według nieoficjalnych informacji na forum unijnym jest nastawiony łagodnie wobec Rosji. Realizuje w ten sposób interesy wielkiego holenderskiego biznesu i branży finansowej." 28/07/2014
























Prorosyjscy separatyści utrudniają dostęp do miejsca katastrofy boeinga i wywożą jego szczątki.
Prorosyjscy rebelianci kontrolują dostęp do miejsca tragedii samolotu malezyjskich linii lotniczych, wywożą jego szczątki. Krewni ofiar katastrofy nie mają pojęcia, co się stało z ciałami ich bliskich, a w całym regionie trwają zacięte walki pomiędzy rebeliantami a siłami ukraińskimi – tak wyglądał trzeci dzień po zestrzeleniu boeinga 777 nad Ukrainą.
Do dzisiejszego wieczoru udało się odnaleźć ciała 196 osób. Podobno są w trzech wagonach chłodniczych w miejscowości Torez. 38 ciał znajduje się w jednym ze szpitali Doniecka. Nadal brakuje jednak zwłok ponad 100 ofiar tragedii. Wiele ciał wystawionych było na działanie wysokiej temperatury i są w bardzo złym stanie. Władze w Kijowie negocjują z separatystami wywiezienie zwłok.
OBWE w roli statysty
Miejsce katastrofy kontrolują separatyści i nie dopuszczają na nie przedstawicieli rządu w Kijowie. Starali się dziś wymóc zawieszenie broni w zamian za wolny dostęp służb ukraińskich na teren katastrofy. Nie zapobiegło to walkom w okolicy Ługańska.
Chociaż 20 członków misji OBWE dotarło na miejsce katastrofy, odgrywają tam jedynie rolę statystów. Mają dostęp jedynie do części obszaru, który chcieliby obejrzeć, mimo wezwania rosyjskiego MSZ do okazania pomocy.
Równocześnie ukraińska Rada Bezpieczeństwa Narodowego SBU poinformowała, że terroryści wywożą ciężarówkami również szczątki samolotu, by utrudnić przeprowadzenie śledztwa. SBU opublikowała także nagrania rozmów rebeliantów, z których wynika, że ukrywają oni czarne skrzynki, którymi „interesuje się Moskwa". Podobno są już w Doniecku.
Szczątki samolotu znajdują się na obszarze ponad 30 kilometrów kwadratowych. Nie jest on zabezpieczony i praktycznie każdy z okolicznych mieszkańców ma dostęp. – Nie zauważyłem ani jednego telefonu komórkowego, aparatu telefonicznego, portfeli czy innych tego rodzaju osobistych rzeczy – raportował cytowany przez „Guardiana" jeden z brytyjskich korespondentów. Zdaniem pierwszego kanału rosyjskiej telewizji rzeczy te separatyści starają się zabezpieczyć w jakimś bliżej nieokreślonym miejscu. Holenderskie banki zapowiedziały tymczasem, że starać się będą blokować konta ofiar, uniemożliwiając nielegalny do nich dostęp za pomocą kart kredytowych. Pierwsze próby tego rodzaju zanotowano już w piątek.
Wina Rosji
Tymczasem Biały Dom opublikował na oficjalnej stronie internetowej oświadczenie, z którego wynika, że amerykańskie władze nie mają najmniejszych wątpliwości, że samolot został zestrzelony przez rakietę Buk, noszącą w nomenklaturze NATO oznaczenie SA-11. Sekretarz stanu John Kerry powiedział mediom, że wszystko wskazuje na to, że system rakietowy Buk pochodzi z Rosji.
Z analizy rozmów telefonicznych prowadzonych przez separatystów wynika, że byli oni w posiadaniu systemu Buk już co najmniej od poniedziałku 14 lipca, a więc na cztery dni przed tragedią samolotu Malaysia Airlines. Służby USA wykryły rakietę wystrzeloną w czwartek z terenów opanowanych przez separatystów dokładnie w tym czasie, gdy zerwany został kontakt z maszyną odbywającą rejs MH17. Samobieżny system rakietowy Buk widziano w czwartek w czasie przemieszczania się w rejonie miast Torez oraz Sniżne. "Z tych rejonów SA-11 ma zasięg oraz możliwość osiągnięcia wymaganej wysokości do zestrzelenia MH17" – czytamy w informacji Białego Domu. Dodatkowymi dowodami są liczne przechwycone rozmowy telefoniczne, w tym Igora Striełkowa, ministra obrony samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej, w której bezpośrednio po tragedii informuje on o zestrzeleniu samolotu transportowego.
W Moskwie zapanowało dzisiaj milczenie na temat wydarzeń na Ukrainie. Media informowały najczęściej o walkach w rejonie  Ługańska. „Gorączkowe narady na Kremlu dotyczą tego, czy wykorzystując obecną sytuację, czas zaprzestać wspierania ukraińskich separatystów, czy też wzmocnić ich jeszcze bardziej przy pomocy zielonych ludzików" – przekonuje na swym blogu prof. Tom Nicols z Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej USA.
Ostatnia szansa 
dla Kremla
Na kroki Moskwy czeka Zachód. Przywódcy Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec uzgodnili dzisiaj, że będą naciskać na prezydenta Władimira Putina, aby wymógł na prorosyjskich separatystach swobodny dostęp śledczym do miejsca katastrofy. – Jeżeli Rosja nie podejmie odpowiednich kroków, wtedy UE zastosuje w konsekwencji odpowiednie kroki na wtorkowym spotkaniu unijnym ministrów spraw zagranicznych – ostrzegł  prezydent Francois Hollande. Nowy szef brytyjskiej dyplomacji zapowiedział, że Londyn będzie nakłaniać pozostałe państwa Unii do nałożenia na Rosję kolejnych sankcji. "Nadszedł czas, aby rzucić na szalę naszą potęgę, wpływy i posiadane środki" – pisał premier David Cameron na łamach „Sunday Timesa". Premier Holandii Mark Rutte nie pozostawił cienia wątpliwości, że żąda od Putina wszelkiej pomocy w wyjaśnieniu tragedii. Odbył z prezydentem Rosji, jak powiedział, „bardzo intensywną rozmowę".



Poniedziałek, 21 lipca 2014 (10:25)

"Z kmdr. por. rez. Maksymilianem Durą, ekspertem portalu Defence24.pl, rozmawia Piotr Falkowski

Jak wygląda zestaw przeciwlotniczy Buk?

– W normalnych zastosowaniach wojskowych jest to cały dywizjon, czyli poza wyrzutnią wiele innych pojazdów. Obsługuje to wszystko w zależności od konfiguracji nawet ponad stu żołnierzy. Ale samolot pasażerski można zestrzelić i przy pomocy minimalnego zestawienia, czyli samej wyrzutni z rakietami obsługiwanej przez dwie osoby. Nowoczesne wersje tych wyrzutni są tak zrobione, że każdy zestaw może sam wykonywać zadania. Jest to zgodne z tendencją w rozwoju uzbrojenia na świecie, by maksymalnie upraszczać obsługę i zmniejszać ilość osób. Kiedyś było dużo różnych urządzeń, które trzeba było połączyć, zsynchronizować i oddzielnie obsługiwać. Teraz wszystko to robią komputery, które uruchamiają urządzenia, testują i wyświetlają napis, że całość jest gotowa do strzelania. Jedna samodzielna wyrzutnia sy- stemu Buk składa się z podwozia gąsienicowego pozwalającego poruszać się po terenie bez dróg oraz wieży obrotowej, na której są cztery szyny startowe z rakietami, stacja radiolokacyjna i wszystkie urządzenia potrzebne do naprowadzania rakiet. Załoga może załadować mniej rakiet niż cztery, np. tylko dwie, i wydaje się, że tak właśnie robiono we wschodniej Ukrainie ze względu na możliwości transportu. Stacja radiolokacyjna skanuje otoczenie, wykrywa i śledzi cel. W jednym miejscu mamy więc wszystko, co jest potrzebne do strzelania.

A co trzeba umieć, żeby obsługiwać taką wyrzutnię?

– Musimy odróżnić znajomość obsługi technicznej i operacyjnej. Obsługa techniczna to uruchomienie wyrzutni i wystrzelenie rakiety. Wymaga to stosunkowo krótkiego instruktażu, przede wszystkim jak włączyć system i stację radiolokacyjną, a także poznania działania podstawowych przycisków na pulpicie. Potem, gdy na ekranie pojawi się kropka, trzeba wiedzieć, co nacisnąć, żeby w jej kierunku poleciała rakieta. Tylko że żaden prawdziwy, wyszkolony żołnierz nie będzie wykorzystywał w warunkach bojowych samej wyrzutni. Tu właśnie dochodzimy do obsługi operacyjnej. Podczas walki niszczy się cele, które nagle nadlatują, poruszają się bardzo szybko, manewrują i wykonują szereg działań zapobiegających zestrzeleniu. Do tego trzeba umieć wykrywać cel bardzo szybko, a to wymaga długiego szkolenia i praktyki podczas ćwiczeń.

Czy taką wyrzutnię z radarem można łatwo wykryć?

– Tak, przede wszystkim z powietrza. Stacji radiolokacyjnej na wyrzutni zasadniczo używa się do naprowadzania rakiety, a nie do wykrywania celów. Przez większość czasu powinna być wyłączona, gdyż promieniowanie radaru wrogie samoloty od razu wykrywają i taka wyrzutnia będzie pierwszym celem ich ataku. Dlatego właśnie wojska rakietowe działają w zestawieniu całych dywizjonów, w których są specjalne wozy, które znajdują się gdzie indziej i przekazują informację, do czego strzelać. Bo oczywiście na polu walki nikt nie strzela do wszystkiego, co nadlatuje, żeby nie trafić swoich. Trzeba umieć zidentyfikować obiekty w powietrzu przy pomocy systemów swój-obcy. Jednocześnie w przestrzeni może być wiele statków powietrznych własnych i przeciwnika, dlatego operator musi wiedzieć, co zrobić. To są lata nauki odpowiedniego działania i współdziałania z innymi.

Jeśli jednak chce się strzelać do wszystkiego, co nadlatuje?

– Wtedy jest łatwiej. W przypadku samolotu pasażerskiego lub transportowego wykrycie go nie przedstawia większych trudności, bo taki statek powietrzny leci stosunkowo wolno po prostej linii, nie manewruje. Jest więc dużo czasu, żeby go znaleźć. System Buk prawdopodobnie może również działać automatycznie. Strzelanie do celów, które się nie bronią, jest łatwe, przypomina grę komputerową. W najnowszych wersjach można włączyć tryb całkowicie automatyczny i system będzie sam strzelał do celów w zadanym sektorze. Nie trzeba nawet naciskać przycisków. Zapewne ci bandyci pod Donieckiem myśleli, że jedyne, co mogą spotkać, to ukraińskie samoloty wojskowe. Tak wynika z tych rozmów, które zostały upublicznione. Wyrzutnią prawdopodobnie kierowali ludzie, którzy nauczyli się ją obsługiwać pod względem technicznym, ale nie operacyjnym.

Jaki jest zasięg rażenia zestawu Buk?

– Wszystko zależy od rodzaju rakiety. Nie wiadomo, co separatyści dostali od Rosjan lub przejęli od armii ukraińskiej. Rakiety wykorzystywane w systemie Buk mają zasięg standardowy ok. 30 kilometrów i pułap do 14 kilometrów. Stacje radiolokacyjne mają zasięg z zasady większy niż rakiety, ponieważ muszą widzieć cel wcześniej. Tym bardziej że system Buk wykorzystuje tzw. naprowadzanie półaktywne, czyli w trakcie lotu rakiety wykorzystywany jest radar oświetlający atakowany obiekt.

W jaki sposób taka rakieta niszczy samolot?

– Nie wiemy, jaki system naprowadzania był używany na rakiecie. Standardowo naprowadza się ona na promieniowanie z radaru naprowadzającego odbitego od celu. Rakieta może więc wtedy sama trafić bezpośrednio w cel. W przypadku celu mało ruchomego i niemanewrującego tak się z reguły dzieje. Wtedy wybuch następuje po uderzeniu w statek powietrzny. Ale stosuje się również tzw. radiolokacyjny zapalnik zbliżeniowy. Działa on tak, że pocisk rozrywa się przed celem i odłamki głowicy pocisku i fragmenty samego pocisku tworzą jakby zasłonę, w którą samolot wpada i ona go niszczy. W ten sposób zwalcza się szybko manewrujące samoloty bojowe. W taki myśliwiec naprawdę bardzo trudno jest trafić. Może on wykonać uniki z tak wielkim przeciążeniem, że starsze rakiety przeciwlotnicze nawet łamią się w powietrzu. Poza tym atakujące samoloty w rozmaity sposób „oszukują” systemy naprowadzania, stąd łatwiej je zniszczyć taką zasłoną z odłamków. Jest wtedy większa szansa, że któryś z nich trafi w cel. Stosuje się też rakiety bez materiału wybuchowego, które działają za pomocą energii kinetycznej i niszczą cel samą siłą uderzenia, bez wybuchu. Tak jest często w przypadku zwalczania rakiet balistycznych.

Czego można się dowiedzieć o wyrzutni i rakiecie, badając szczątki samolotu?

– O wyrzutni nic. To, czyja była wyrzutnia, można stwierdzić, kiedy się ją znajdzie. A zapewne już dawno ją wywieziono i zniszczono. Natomiast o rakiecie bardzo dużo. Jeśli się znajdzie jej fragmenty, to będzie wiadomo, jaka to rakieta. Na jej silniku są numery produkcyjne (i prawdopodobnie na głowicy bojowej). Stąd już łatwo się dowiedzieć, do kogo należała i kto mógł ją odpalić. Prawdopodobnie właśnie teraz ci bandyci, którzy to zrobili, przeczesują teren, żeby znaleźć wszystkie fragmenty i je usunąć. Bo mogłoby się np. okazać, że wystrzelona rakieta w tym czasie powinna znajdować się na terenie Rosji. Ale to można rozpoznać po zbadaniu wraku. Ważną rolę odgrywają ciała ofiar. Myślę, że właśnie dlatego teraz ktoś wywozi zwłoki, ponieważ w części z nich mogą być odłamki od pocisku.

Pod koniec czerwca separatyści zajęli jednostkę wojsk obrony przeciwlotniczej w Doniecku, która miała na wyposażeniu wyrzutnię Buk, chociaż podobno nie działała. Czy jest możliwe, że to jej użyto do zestrzelenia malezyjskiego boeinga?

– Tak, jest taka możliwość. Oczywiście zepsutą wyrzutnię można naprawić. Przecież ona znajdowała się na terenie jednostki, gdzie musiały być warsztaty i odpowiednio przeszkoleni ludzie. Mogli zostać zmuszeni do pomocy przy naprawie albo pomagać separatystom dobrowolnie.

Możemy wykluczyć, że ten samolot zestrzeliła armia ukraińska, jak twierdzi Rosja?

– Teoretycznie oczywiście nie, ponieważ Ukraina posiada odpowiednie wyrzutnie i rakiety. Tak samo jak nie możemy wykluczyć, że nie było żadnej rakiety i na pokładzie wybuchła bomba. Dlatego tak ważne jest zbadanie wraku. Ale te trudności z dopuszczeniem międzynarodowej komisji, wywożenie zwłok, zacieranie śladów – to wszystko wskazuje na separatystów, a właściwie, mówiąc bez ogródek, bandytów. Jedno można powiedzieć na pewno: jeżeli tam strzelała regularna armia ukraińska albo rosyjska, to znaczyłoby, że wiedzieli, do czego strzelają. Zawodowy operator takiej wyrzutni łatwo się zorientuje, jaki to samolot. Musiałby otrzymać rozkaz zniszczenia samolotu pasażerskiego, w co ja osobiście nie wierzę.

Prorosyjscy rebelianci używają też systemu Grad. W jednej z ujawnionych rozmów separatystów mowa jest o tym, że nie spełnia on oczekiwań, bo brakuje kogoś, kto będzie korygował lot. O co tu chodzi?

– Grad to system rakietowy do zwalczania celów naziemnych. Trzeba dobrze wiedzieć, na jakiej pozycji znajduje się wyrzutnia, i znać pozycję celu, który ktoś wskaże. Grad ma zasięg do 30 km, więc celu nie widać. Pocisk nie jest kierowany, porusza się po torze balistycznym. Trzeba umieć tak go wystrzelić, żeby doleciał do celu, a nie spadł na inny teren, gdzie mogą np. mieszkać ludzie. Operator musi wiedzieć, jak uwzględnić ruch powietrza, czyli wiatr, swoje położenie i inne czynniki. Dlatego przy systemie Grad potrzebni byli dobrzy specjaliści.

Ale dlaczego separatystom tak dobrze idzie na wschodniej Ukrainie? Okazuje się, że mają ogromną ilość broni, i to rakietowej, przeciwlotniczej, pancernej, są zorganizowani, dowodzeni.

– Armia ukraińska na początku tego konfliktu praktycznie nie istniała. Musiały być na początku problemy z dowodzeniem – część oficerów była albo przekupiona, albo sama przeszła na stronę przeciwnika. To samo dotyczyło milicji. Ukraina wcześniej istniała niestety trochę tylko na papierze. Armia miała niesprawny sprzęt, była nieprzygotowana do walki. Dopiero teraz trochę okrzepli, naprawiają czołgi, samoloty i zaczynają działać. Ukraińcy są w trudnej sytuacji. Nie mogą wykorzystywać ciężkiej artylerii i lotnictwa w terenie zabudowanym, a separatyści zajmują budynki publiczne w miastach. Mają dużo broni z Rosji i z przejętych magazynów ukraińskich. Ich działania są rozproszone, jedynie koordynowane prawdopodobnie potajemnie przez Rosjan. Taki rebeliant mieszka we własnym domu, wychodzi, strzela i wraca do domu. Co można zrobić, ostrzelać ten dom? Jedyny sposób to odcięcie ich od Rosji i odcięcie od zaopatrzenia. W końcu bankomaty przestaną działać i zacznie się problem… Można też próbować skłócić tych lokalnych watażków, a najemników ze wschodu wyprzeć do Rosji.

Zamiast tego ministrowie spraw zagranicznych Polski, Niemiec i Francji wzywają do zawieszenia broni.

– To nie rozwiąże problemu wschodu Ukrainy, za to pomoże separatystom przygotować się do kolejnej fazy walk. Trzeba odróżnić działania regularnej armii od nielegalnych grup bojowników, które wojsko ma pełne prawo i obowiązek neutralizować. Ale tak naprawdę to Ukraina wie, co ma robić, i nie potrzebuje naszych rad. Zadaniem Zachodu nie powinno być mówienie, co ma zrobić Ukraina, ale co ma zrobić Rosja, czyli w końcu zamknąć granicę. Jeśli jej do tego nikt nie zmusi, to w końcu Rosjanie powtórzą to samo na Łotwie, w Estonii itd."

wtorek, 8 lipca 2014

Armia czerwona w Polsce


"Niemal powszechnie wiadomo, że radzieccy żołnierze wchodząc w końcu II wojny światowej na terytorium dzisiejszej Polski nagminnie dopuszczali się gwałtów, kradzieży, a nawet zabójstw. Zaskakujące może być jednak to, jak szczerze w tamtym czasie o tych przestępstwach informowali polscy urzędnicy i milicjanci" - wyjaśnia Krzysztof Filip z gdańskiego IPN-u, jeden z redaktorów książki.
Na ponad 300 stronach mają zostać pokazane skutki wejścia żołnierzy sowieckich na terytorium dzisiejszej Polski, włączając w to falę przestępstw i grabieży majątku. Przybliżona ma zostać historia działalności żołnierzy w konkretnych miejscach i regionach, m.in. w Sopocie, Elblągu, powiatach szczecineckim i gdańskim czy też na Pomorzu Zachodnim.
Krzysztof Filip wyjaśnia, czego można się dowiedzieć z materiału źródłowego:
"Widać w tych materiałach autentyczną niechęć do wojskowych ze wschodu, co po 1945 roku - mimo wciąż dużej liczby przestępstw popełnianych przez maruderów z radzieckiej armii, nie było już możliwe w oficjalnych dokumentach" - mówi jeden z dwóch redaktorów książki (wraz z Mirosławem Golonem).
Historyk dodaje też, że mało znanym faktem jest wysoka liczba przestępstw, jakich dopuszczali się żołnierze sowieccy już podczas regularnego stacjonowania Armii Czerwonej w Polsce. W aneksie do książki znajduje się m.in. kilka wybranych postanowień wojskowych prokuratur z lat 1960-80 dotyczących spraw prowadzonych przeciwko sowieckim żołnierzom stacjonującym w miejscowości Borne Sulinowo.
Sprawy te dotyczyły kradzieży zegarka, ryb, sieci rybackich i podkładów kolejowych, podpalenia lasu, nielegalnego polowaniz, a także zaginięciz broni, jaką żołnierz prawdopodobnie zostawił w barze poza terenem jednostki. "Większość tych spraw, podobnie, jak wielu innych, skończyła się umorzeniem lub przekazaniem do dalszego prowadzenia stronie radzieckiej, przy czym - zanim takie decyzje zapadały, podejrzani niekiedy znikali z jednostek" - mówi Krzysztof Filip.
W publikacji opisano także zagadnienie podejmowanych przez mieszkańców prób obalania pomników Armii Czerwonej. Dominika Czarnecka, autorka artykułu w publikacji na ten temat, pisze m.in. o oblewaniu pomników farbą w latach '70 i '80, jak i o próbach zniszczenia monumentów m.in. w Legnicy czy Jeleniej Górze. W tym ostatnim mieście w 1956 próbowano obalić pomnik linami przyczepionymi do tramwaju, lecz pojazd wykoleił się.
Zgodnie z umową zawartą między rządami PRL i ZSRR, w Polsce miało stacjonować 62-66 tys. radzieckich żołnierzy. Armia Radziecka użytkowała 70 tys. ha różnych terenów, na których rozmieszczonych było m.in. 13 lotnisk oraz 4 poligony. Wojska radzieckie dzierżawiły 1,2 tys. budynków mieszkalnych (ok. 10 tys. mieszkań) i ok. 2,5 tys. budynków koszarowych. Same wzniosły 332 budynki koszarowo-sztabowe, 800 magazynów i 240 domów mieszkalnych. 
Ostatni żołnierze opuścili Polskę 18 września 1993, zaś ostatnią jednostkę bojową wycofano z terytorium polskiego 28 października 1992.

Zgwałcone i zamordowane kobiety, zamordowane dzieci...

Z Krzysztofem Filipem z gdańskiego oddziału IPN, współredaktorem książki pt. „Armia Czerwona/Radziecka w Polsce w latach 1944-1993. Studia i szkice”, rozmawia Zenon Baranowski

Dlaczego termin „wyzwolenie” w przypadku Armii Czerwonej operującej na terenie Polski jest nieadekwatny?

– Sowieccy żołnierze, co dokumentuje książka, dopuszczali się na masową skalę kradzieży i gwałtów podczas tzw. wyzwalania Polski. Faktycznego wyzwolenia naszego kraju przez Sowietów nie było. Termin „wyzwolenie” Polski przez Armię Czerwoną można stosować jedynie w przypadku stwierdzenia o jej wyzwoleniu spod okupacji niemieckiej, jednak należy wówczas doprecyzować, że w jej miejsce przyszła okupacja sowiecka. Niemal powszechnie wiadomo, że sowieccy żołnierze, wchodząc w 1944 r. na terytorium dzisiejszej Polski, nagminnie dopuszczali się gwałtów, kradzieży, a nawet zabójstw. Największą skalę tego zjawiska zanotowano na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Pisali o tym współcześni polscy historycy, m.in. Mirosław Golon i Marcin Zaremba. Na przykład wiosną 1945 r. na terenie powiatu starogardzkiego (Pomorze Gdańskie) skala zjawiska gwałtów na kobietach była wręcz gigantyczna. Tworzono tam oddziały samoobrony, żeby bronić kobiety przed napadami, zwłaszcza oddziałów kozaków. W maju 1945 r. powiatowe władze lekarskie orzekły, że aż 3 tys. kobiet zamieszkałych na terenie powiatu starogardzkiego było zarażonych chorobami wenerycznymi. Trudno dokładnie ocenić, jaki odsetek z nich zostało zarażonych w wyniku gwałtów, ale oddaje to w dużym stopniu skalę zjawiska. Zaskakujące może być jednak to, jak szczerze w tamtym czasie o tych przestępstwach informowali polscy urzędnicy i milicjanci.

Dochodziło także do bezceremonialnych grabieży zakładów przemysłowych i wywożenia całego ich wyposażenia na Wschód.

– Na terenach pomorskich było to codziennością. Także na terenach powiatów tzw. starych, należących przed wojną do Polski. Na przykład skradziono wyposażenie starogardzkich tartaków. Demontażom tym starała się przeciwdziałać milicja, a nawet UB. Dzięki takim staraniom zabezpieczono np. trzy gorzelnie. Na terenie powiatu i w Starogardzie tworzono straże obywatelskie z pracowników zakładów przemysłowych, np. w hucie szkła. Takie warty zabezpieczały zbiory muzeum gdańskiego w Rokocinie. Starano się zachować to, czego nie udało się zagrabić nawet Niemcom. Czasami udało się wręcz odbić z rąk Sowietów część wyposażenia przemysłowego. Zasadniczo nie zwracali oni uwagi na stanowisko władz polskich. Grabili wszystko, co było dostępne.

Traktowali to jako zdobycz wojenną.

– Dokładnie. Według raportów polskich władz, lato 1945 r. upłynęło pomorskim milicjantom na walce ze znacznymi grupami sowieckich maruderów gwałcących kobiety i rabujących po wsiach.

Przestępczość wśród żołnierzy sowieckich była znaczna również w późniejszym okresie. Jakieś dzikie polowania, podczas których ginęli ludzie, łowienie ryb metodą rzucania granatów, kradzieże…

– Przykłady takich spraw przytaczamy w książce w aneksie źródłowym. One dobrze ilustrują, jak wyglądała sytuacja Sowietów na terenie Polski. Dla nich była bardzo dobra. Nie czuli się niczym ograniczani.

Byli całkiem bezkarni?

– Milicja przekazywała sprawców jednostkom sowieckim, ponieważ to wynikało z umowy o stacjonowaniu wojsk. A co dalej się działo, to zależało od dowódców. Najczęściej szybko wysyłano ich do ZSRS. Późniejsza przestępczość miała oczywiście inny charakter. W 1945 r. było na terenie Polski około 1,5 mln żołnierzy sowieckich. W 1946 r. zostało już tylko 100 tys., a w latach pięćdziesiątych – ok. 66 tysięcy. Idopiero wówczas, w 1956 r., podpisano pierwszą umowę regulującą stacjonowanie żołnierzy sowieckich w Polsce. Poza tym przebywali już wówczas w garnizonach.

Ale te garnizony powstawały nieraz metodami wręcz zbójeckimi. Chociażby lotnisko w Kluczewie (Pomorze), gdzie wojsko sowieckie w 1947 r. wyrzuciło bezceremonialnie pracowników cegielni, aby mieć miejsca dla żołnierzy.

– Zupełnie się tym nie przejmowali. Sowieci mówili: „cieszcie się, że was wyzwoliliśmy, jesteśmy armią, która ma prawo tu być, to tereny poniemieckie, to się nam należy, to jest nasza zdobycz”. Takich działań specjalnie nie uzasadniali, po prostu wchodzili i zajmowali budynki prawem kaduka.

Odbiciem tej mentalności był chociażby pomysł spółek joint venture już w trakcie wycofywania się wojsk.

– Ten pomysł pojawił się podczas jednej z tur rozmów w Moskwie. Dotyczyły one warunków wyjścia wojsk sowieckich z naszego kraju. Rosjanie zaproponowali utworzenie mieszanych spółek, tzw. joint venture. Były kwestie dogadania się w sprawie odszkodowań za budynki, które wojska sowieckie zbudowały.

Chcieli wysokich kwot?

– W pewnym momencie mówiono o setkach milionów dolarów. Strona polska nie zgadzała się na jakiekolwiek odszkodowania dla Rosjan. Wówczas padła propozycja utworzenia tych mieszanych spółek. Rosjanie nie kwapili się, aby rozstawać się z pewnymi obiektami. Rząd uznał te umowy za niekorzystne dla gospodarki. To stanowisko popierał gen. Zbigniew Ostrowski jako pełnomocnik rządu ds. pobytu wojsk radzieckich w Polsce. I tak przedstawiał je np. prezydentowi Lechowi Wałęsie. Udało się doprowadzić do tego, że nie doszło do podpisania umowy w pierwotnym kształcie, przewidującej powstanie takich spółek. Po prostu byłoby to szkodliwe dla interesów Polski.




Środa, 16 lipca 2014 (ND)
"Mieszkaniec Olsztyna złożył do budżetu obywatelskiego projekt usunięcia z centrum miasta mamuciego „pomnika wdzięczności” Armii Czerwonej.
„Przeniesienie pomnika wdzięczności Armii Czerwonej […] w ustronne miejsce” – tak brzmi tytuł wniosku, który złożył zamieszkały w stolicy województwa warmińsko-mazurskiego Krzysztof Wojciechowski. W uzasadnieniu czytamy, że obelisk ten, potocznie zwany Szubienicami, jest źródłem sporów między mieszkańcami Olsztyna. „Zadanie ma na celu zakończenie ciągłych sporów na temat kontrowersyjnego pomnika” – argumentuje Wojciechowski.
Z wniosku dowiadujemy się również wiele o samym pomniku, który jest symbolem współpracy okupantów niemieckiego i sowieckiego w zbrodniach dokonanych na mieszkańcach regionu. „Pomnik jest symbolem i gloryfikacją dwóch totalitaryzmów” – zauważa autor wniosku. Jak podaje, kolos został wzniesiony z kamiennych elementów czczonego przez nazistów mauzoleum feldmarszałka i prezydenta Niemiec Paula von Hindenburga, a sam pomnik czerwonoarmistów wzniesiono w celu oddania czci „komunistycznemu totalitaryzmowi”. Na obelisku widnieją jego symbole – sierp i młot.
Projektem usunięcia pomnika zajmuje się obecnie zespół koordynujący miejskiego budżetu obywatelskiego. Tak jak wiele innych zgłoszonych do tego budżetu projektów, musi najpierw zostać zatwierdzony przez członków tej komisji. W jej skład wchodzi dwóch miejskich radnych, dwóch przedstawicieli rad osiedlowych, dwóch przedstawicieli organizacji pozarządowych i dwóch mieszkańców Olsztyna. Ta procedura potrwa do końca sierpnia. Zatwierdzone przez komisję projekty zostaną następnie wybrane w drodze losowania. Na tę pulę będą głosować olsztynianie.
Organizacje patriotyczne już wielokrotnie próbowały usunąć pomnik. Bezskutecznie, bo w roku 1993 został wpisany do rejestru zabytków. Kombatanci organizacji zrzeszających żołnierzy podziemia niepodległościowego dawali do zrozumienia władzom miasta, że jego obecność w centrum miasta odczytują jako policzek wymierzony w godność osób, które zostały dotknięte komunistycznymi represjami.
Do tej pory władze miasta nie podjęły działań w celu pozbycia się haniebnego reliktu komunizmu. Natomiast na remonty obelisku, postawionego w roku 1954, przeznaczono w ostatnich latach około 100 tys. złotych. Historyk IPN Olsztyn, zajmujący się wydarzeniami, jakie odbywały się na Warmii w czasie wojny i po niej, wskazuje na drastyczny obraz tego, co działo się w Olsztynie po wkroczeniu Sowietów. – Kiedy Armia Czerwona zajęła Olsztyn, rozpoczął się terror. Zabito pacjentów i lekarzy szpitala psychiatrycznego. W olsztyńskich budynkach wyznaczono specjalne pomieszczenia, gdzie czerwonoarmiści masowo gwałcili kobiety – podkreśla Paweł Warot."