wtorek, 30 września 2014

Odpowiedzialność osobista

Odpowiedzialność osobista dotyczy coraz mniejszej ilości grup społecznych czy zawodowych. Jeszcze osobiscie odpowiadają za wychowanie swoich dzieci rodzice - choć nie we wszystkich krajach i epokach, jeszcze ucznowie odpowiadają osobiście za wyniki w nauce, trenerzy za osiągnęcia lub ich brak swoich zawodników, własciciele prywtnych firm za ich sukces rynkowy lub rynkową klęskę, ale już wszystkie grupy zawodowe związane z polityką, czyli menadżerowie spółek z udziałem skrarbu państwa, policjanci, ochroniarze w UOP, urzędznicy wszelkiej maści urzedów i, oczywiście, sami politycy żadnej odpowiedzialnosci osobistej za decyzje błędne lub bezczelne kłamstwa nie ponoszą. Jedyne ryzyko ich diałalności wiąże się wylącznei z brakiem ewentualnej lojalności obec pryncypała, złamanie zasady "mierny, biery ale wierny" to jedyne przewinienie, które moze kosztować awans.
Były premier Tusk został przyłapany na kłamstwie tak często, że gdyby był Pinokiem, to nos miałby większy od swojego ego, ale jedyna kara za kłamstwo to posada w Brukseli, obecna premierka kłamała bezczelnie w Sejmie jako jeszcze marszałkini, bredząc coś o przekopani ziemi smoleńskiej na metr w głąb i dokładnym jej przesianiu, i znowu kara to awans.
Podobnych przykladów można by podać bardzo dużo, niestety.
Ryba psuje się od głowy, dlatego pomniejsi funkcjonaiusze naślaują swoich mocodawców z entuzjazmm, na każym odcinku frontu utrzymywania bardziej lub mniej ciepłych posad.
Jest to zgodne ze społecznym dowodem na wiarę ludzi w autorytet - autorytet daje przykład i wydaje polecenia - nic zatem nie da się zrobić, trzeba słuchać. Zgodn jest to również ze społecznym dowodem słuszności - skoro wszyscy tak robią to nie ma wyjścia, trzeba tak robić, nie wolno się wyłamywać.
Co prawda młodzież w szkołach nie tego jest nauczana, ale po opuszczeniu szkoły zderzy się z rzeczywiśtością, i albo się do niej ostosuje, albo nie, niestety niedostosowanie będzie się wiązało z życiem na marginesie - zatem inna droga to rozdwojeni jaźni.



"- My i tak wynajmujemy prawników z majątku spółki. Karę też zapłacimy przecież z jej kasy – stwierdził członek zarządu giełdowej firmy na korytarzu sądowym. Znalazł się tam z uwagi na pozew złożony przez akcjonariusza.
- Sankcje przewidziane są po to, by służyć ochronie interesów inwestorów. Jeśli np. członek zarządu nie dopełnił swoich obowiązków w jakimś zakresie, to odpowiedzialność finansowa za to powinna zostać przypisana personalnie. Inaczej mamy do czynienia z sytuacją, w której przekłada się pieniądze z jednej kieszeni do drugiej tego samego właściciela – stwierdza Jarosław Dominiak, prezes SII.
To samo dotyczy nałożonej przez Komisję Nadzoru Finansowego kary 20 tys. zł na Skarb Państwa. W ten sposób większościowego właściciela znaczącego portfela spółek giełdowych „upomniano" za nieterminowe zgłoszenie Polskiej Grupie Energetycznej i samemu nadzorowi zmian udziału w akcjonariacie największego wytwórcy energii w kraju.
Sprawa dotyczyła przekształceń w sierpniu 2010 r. kiedy PGE wchłonęło PGE Górnictwo i Energetykę Konwencjonalną z siedzibą w Łodzi i PGE Energię w Lublinie i dokonała na potrzeby tegoż przejęcia emisji akcji. W jej wyniku udział MSP w PGE spadł z 85 proc. do 79,29 proc., o czym resort poinformował z 19-dniowym opóźnieniem.
Chwalebne jest to, że KNF dostrzega niedopatrzenia nawet ze strony Skarbu Państwa. W wielu przypadkach można byłoby bowiem odnieść wrażenie, że w spółkach kontrolowanych przez MSP liczy się głos przedstawiciela tylko największego akcjonariusza. Interesy tych drobnych wydają się schodzić na dalszy plan w takich przypadkach jak np. wysokość dywidendy czy plany inwestycyjne spółki.
Jednak samo nałożenie kary, choć w tym przypadku zasadne i bezdyskusyjne obnaża słabość całego systemu. Dlaczego za niedopatrzenie obowiązków w jakimkolwiek zakresie mamy płacić wszyscy. Skarb Państwa pokrywa przecież swoje wydatki z budżetu naszego kraju, na który wszyscy się składamy. Co więcej owe 20 tys. zł zostanie ponownie przekazane do państwowej kasy. Pieniądze wędrują więc z konta na konto, a w końcu i tak trafiają do worka, z którego wypłynęły.
Być może generuje to dodatkowe koszty w postaci opłat za przelewy, czy też uzasadnia pracę kilku osób. Ale nie to martwi w tej całej sytuacji.
Chodzi o to, że taki system uczy (albo przyzwyczaja) do pewnej bezkarności. Bo dlaczego osoby odpowiedzialne za wykonanie pewnej czynności mają się stresować czy wykonają coś na czas, czy parę dni po terminie. I tak nie odczują tego na własnej kieszeni.
A może by tak zmienić system, jak postuluje SII? Wtedy żaden prezes nie powie nawet najdrobniejszemu akcjonariuszowi: I co mi zrobisz? I tak, jeśli będę zmuszony zapłacić, to zrobię to z twoich pieniędzy..." GGP

piątek, 12 września 2014

Wrześniowa zdrada aliantów

Czy Brytyjczycy i Francuzi cynicznie wykorzystali Polskę zdradzając ją czy też po prostu taka była sytuacja wojenna, że inaczej nie dało się zrobić? Oczywiście zdania ludzi żywo zainteresowanych nasza historią są podzielone, ale przecież ten podział nie wynika z jakichś interesów osobistych a jedynie z dostępności, lub jej braku do rzetelnych opracowań oraz z propagandy jaka nieustannie zastępuje przekaż historyczny i obiektywną, opartą na faktach i analizach politycznych i militarnych, debatę.

Oczywiście samo podejście historyczne w ujęciu hobbystycznym, dla realizacji zainteresowań nie wystarcza, podejście to winno mieć na celu interes narodowy który zawiera się w wielu wymiarach: ekonomicznym, politycznym i pamięciotwórczym - tożsamościowym, a zapewne jeszcze w wielu innych.

Niewątpliwie Francuzi i Brytyjczycy jak najdłużej utrzymywali Polaków w nadziei, że wypełnią zobowiązania sojusznicze. Kampania wrześniowa to lekcja historii, o której Polacy nigdy nie powinni zapominać.
22 sierpnia 1939 r., gdy w Sztabie Generalnym francuskiej armii odbyła się niezwykle interesująca rozmowa. Głównodowodzący armii francuskiej gen. Maurice Gamelin, gen. Alfons Georges z francuskiego Sztabu Generalnego oraz gen. Louis Faury, świeżo mianowany szef misji łącznikowej w Polsce, rozmawiali o nadchodzącej wojnie. Faury został przywrócony do służby tylko po to, by objąć to stanowisko. Dobrze znał nasz kraj. W 1919 r. był szefem tutejszej francuskiej misji wojskowej, w czasie wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. piastował funkcję doradcy w polskim sztabie, a potem przez siedem lat wykładał w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie. Foury był sympatykiem Polski i poniekąd ambasadorem jej interesów. Francuscy sztabowcy dobrze wiedzieli, że jeśli Polacy będą kogoś słuchać, to tylko jego.

                   Demonstracja (300 tyś.) jaka miała miejsce w Warszawie 3 września 1939 roku

wtorek, 9 września 2014

Reparacje wojenne

W powszechnej świadomości Polaków Polska otrzymała odszkodowania wojenne od Niemiec po II Wojnie Światowej, zaś od ZSRR nie dostała nic, bowiem to był bratni kraj, który sam poniósł olbrzymie straty w czasie tej wojny. Duża część społeczeństwa zdaje sobie sprawę, że ZSRR kupował z Polski towary po cenach tak niskich, że nawet hitlerowcy, którzy rabowali Żydów jak popadnie, dziwili by się, że można być tak bezczelnym. 
Dzieci na stacji kolejowej w Małkini (i w Sokołowie Podlaskim, i wielu, wielu innych) przyglądały się pociągom i zabawiały się ich liczeniem, nazywając te jadące do Rosji: sało (tłustości) i te do Polski: spiczki (zapałki), spiczki-sało, spiczki-sało... Warto dodać, że towary rolne z Polski były najwyższej jakości, a z zapałek, jak jedna na dziesięć się zapalało, to było dobrze.
Oczywiści Sowieci grabili wszystko jak leci, mając swoiste eldorado zwłaszcza na ziemiach "odzyskanych".



"Nie były to jedyne straty spowodowane celową i systematyczną polityką "gospodarczą" sowieckich "wyzwolicieli". Jak wspomniano, Związek Radziecki zrzekł się 16 sierpnia 1945 roku roszczeń do mienia niemieckiego i innych aktywów niemieckich na terenie całej Polski, w tym także na nowych ziemiach zachodnich. Jednak wcześniej, od lutego do sierpnia 1945 roku, teren dzisiejszej Polski był obszarem zapewne największej, obok terenów przyszłej NRD, systematycznej akcji rabunkowej w historii XX wieku. Sowieckie trofiejne komanda demontowały i wywoziły całe fabryki, elektrownie, młyny, urządzenia, tory kolejowe, stacje telefoniczne, rzeźnie, surowce, półfabrykaty, bydło, z całej "wyzwolonej" Polski. Rabunek ten był zaplanowany i przeprowadzany systematycznie na osobiste polecenie Stalina. Najbardziej atrakcyjnym kąskiem dla Sowietów był przemysł Górnego Śląska. Już 31 stycznia 1945 r. Stalin wydał rozporządzenie, aby rozpoznać stan przemysłu na Śląsku. W tym samym dniu marszałek Żukow zameldował Stalinowi, że zakłady przemysłowe na terenach właśnie wyzwolonej Polski prawie nie ucierpiały, ponieważ Niemcy nie mieli czasu, aby je zniszczyć, a tym bardziej ewakuować. Podobnie było na pozostałych terenach na wschód od Odry.
W lutym 1945 r. Państwowy Komitet Obrony (Gosudarstwiennyj Komitet Oborony - GKO), który skupiał całą władzę w Związku Radzieckim do momentu rozwiązania 4 września 1945 roku, wydelegował do Polski, głównie na Górny Śląsk, komisje ekspertów, których zadaniem była rejestracja wszystkich ważnych zakładów i urządzeń przemysłowych."

Polska będąc w bloku państw zwycięskich, siłą rzeczy nic od sojusznika dostać nie mogła, ale też ten "sojusznik" zadbał aby Polska nic nie dostała od Niemiec. Skutkiem czego wielkie straty do dziś nie zostały w żaden sposób powetowane.
Tym niemniej nie chodzi tu tylko o zniszczenia jakich dokonali Niemcy, ale również o zwykłe kradzieże. Tymczasem to nie Niemcy nazywani są w Polsce złodziejami, ale Polacy w Niemczech - oto ironia historii, czy raczej skutek, właściwej, systematycznej propagandy.

"Zniszczenia nie były ubocznym efektem działań wojennych, ale stanowiły efekt zaplanowanych i z całą konsekwencją przeprowadzanych akcji, mających na celu unicestwienie Narodu Polskiego poprzez likwidację materialnych podstaw jego bytu. Ale wymierzone były także w sferę duchową, w naukę i kulturę.
Dobitnie ilustrują to wojenne losy wybitnego polskiego filozofa profesora Władysława Tatarkiewicza. Tak oto wspominał wydarzenia z sierpnia 1944 r. w Warszawie: "Gdy wojska niemieckie opanowały dzielnicę, którą zamieszkiwałem, kazano nam niezwłocznie opuścić dom i spalono go od razu wraz z całym urządzeniem, zbiorami, biblioteką, warsztatem pracy naukowej. A przed nim i po nim płonęły inne domy, jeden za drugim. Wychodząc, zdołałem wziąć do walizki tylko nieco bielizny i rękopis pracy naukowej, nad którą pracowałem przez całą wojnę. W drodze, gdy nas z płonącego domu gnano do obozu, żołnierze odebrali z walizy bieliznę - został już tylko rękopis. Wtedy podszedł oficer niemiecki, otworzył walizę, znalazł rękopis. - Co to? Praca naukowa? - rzekł. - Nie, nie ma już polskiej kultury. (Es gibt keine polnische Kultur mehr). I rzucił rękopis do rynsztoka. W tych jego słowach zawarty był cały stosunek Niemców do nas...".
Profesor Tatarkiewicz bez wahania wskazywał na sprawców akcji zniszczeń: "Była ona wykonaniem osobistego rozkazu Hitlera. Ale rozkaz ten spełniali wszyscy - i władze cywilne, tak samo jak ludzie prywatni, uczeni i artyści. Cały naród niemiecki brał udział w tym rabunku i zniszczeniu, cały jest zań odpowiedzialny".

Tym niemniej, nawet gdyby reparacja wojenne była zadowalające (w rzeczywistości Polaska otrzymała 0,5% strat wojennych, w tym głownie tabor kolejowy z Ziem Odzyskanych - potrzebny do przewozu rabowanych z Polski dóbr do ZSRR...) to nawet w wypadku uzyskania stosownego odszkodowania nie byłaby w stanie racjonalnie go wykorzystać. Zbyt łatwy był bowiem wszelkiego rodzaju transfer dóbr poza wschodnią granicę państwa.

Kwestia reparacji wojennych powinna być otwarta ponownie po 1989 roku, niestety nei została, ale i teraz, gdyby była taka wola rządu, to wystąpienie o nie miałoby sens (tak jak obecnie w dniu 1. września b.r. wystąpiono w imieniu mniejszości polskiej w Niemczech o odszkodowania w wysokości 500 mln euro za zrabowane mienie tejże) - oczywiście Niemcy nie sa w ciemię bici i nie zagrzebują gruszek w popiele, tylko kupują polskich polityków, ostatnio kupili Tuska.

http://www.naszdziennik.pl/mysl/8907.html
.