piątek, 26 października 2018

Zboczeńcy w natarciu

„Tęczowy piątek” w szkołach. W imię powszechnej tolerancji zaserwują dzieciom homopropagandę
Działająca na rzecz osób homoseksualnych, biseksualnych oraz transpłciowych Kampania Przeciw Homofobii chce w szkołach podstawowych i gimnazjach organizować „tęczowe piątki”. Akcja planowana jest na ostatni piątek miesiąca. Rodzice alarmują MEN.

Jak informuje „Nasz Dziennik”, w placówkach edukacyjnych, „na korytarzach, w szkolnych salach nauczyciele mają rozwieszać plakaty promujące postawy LGBT, a do ubrań mają mieć przypięte specjalne znaczki”. Akcja ma przebiegać w atmosferze „powszechnej tolerancji”. Dzieciom i młodzieży wpajana ma być postawę „pełnej otwartości wobec wszystkich i wszystkiego”.

Sprawą mocno zaniepokojeni są rodzice, którzy w tego rodzaju promocji dewiacji widzą realne zagrożenie dla wychowywania i kształtowania postaw młodych ludzi. Jak wskazują, KPH, to organizacja, która „promuje dekonstrukcję rodziny, dyskredytuje małżeństwo”.

– Boimy się, że nasze dzieci usłyszą, że homoseksualizm to normalność, że małżeństwo to nie jedyny sposób na życie, a związków alternatywnych wobec rodziny jest mnóstwo. Wiemy już, czym to skutkuje. To realny spadek zawieranych małżeństw i wzrastająca liczba rozwodów. Nie godzimy się na to i apelujemy do szkół i nauczycieli, by sprzeciwiali się takim akcjom – powiedziała „Naszemu Dziennikowi” Magdalena Trojanowska ze stowarzyszenia Stop Seksualizacji Naszych Dzieci.

Sami organizatorzy akcji wskazują, że szkoły w Polsce „mają szansę stać się miejscem przyjaznym młodzieży LGBT. Czy tak będzie, zależy od nauczycieli i nauczycielek, którzy mają bezpośredni kontakt z uczniami i uczennicami”. Jak wyjaśnił dziennikowi przedstawiciel KPH, do organizacji zgłaszają się nauczyciele, którzy chcą przeciwdziałać wykluczeniu. Stąd też przygotowano „zestaw narzędzi”. W „tęczowy piątek” ma włączyć się ok. 50 szkół.

Komentując takie praktyki Trojanowska zauważyła, że organizacje pokroju KPH mają otwarte drzwi szkół, bo te są zobligowane do prowadzenia działań antydyskryminacyjnych. Efekty, to np. rysowanie z pierwszakami transwestyty. Alarmowane MEN wielokrotnie zapewniało, że szkodliwe zapisy zostaną wycofane, ale działania te są ciągle planowane na „najbliższą przyszłość”.

Resort zapewnił jednak, że przyjrzy „tęczowym piątkom”. Anna Ostrowska, rzecznik prasowy resortu edukacji podkreśliła przy tym, że „programy zawierające treści wychowawcze, w tym tzw. treści równościowe, powinny być ustalane wspólnie z rodzicami i nauczycielami”. – To rodzice mają prawo decydować, jakie treści wychowawcze są przekazywane ich dzieciom w szkole. Ponadto każda szkoła i każda placówka wychowania przedszkolnego jest bezwzględnie zobowiązana do przestrzegania Konstytucji – dodała rzecznik.

W ocenie Trojanowskiej, takie stanowisko to wyłącznie wybieg, a mówienie o prawach rodziców, to „tylko pokazanie, że teoretycznie rodzice mają taką możliwość. I tyle”. Jak zauważyła prof. Urszula Dudziak, psycholog z KUL, podkopywanie fundamentów rodziny, zdefiniowanej jako związek kobiety i mężczyzny, jest niebezpieczne dla rozwoju dziecka. – To prowadzi w prostej drodze do demoralizacji młodego człowieka. Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Nie można obarczać dzieci problemami ludzi dorosłych. Zaburzenia seksualne to domena lekarzy, ekspertów, a nie dzieci czy młodzieży – zauważyła.



poniedziałek, 26 marca 2018

Sprawiedliwi wśród narodów świata


Lubkiewiczowie_slajd
Leon Lubkiewicz, Maria Lubkiewicz. Fot. Archwium prywatne rodziny Olton

Wielu Polaków w czasie drugiej wojny światowej pomagało ludności żydowskiej. Pomoc ta była zarówno instytucjonalna, jak i oddolna, spontaniczna.  Niezależnie od tego, jaki miała charakter, osoby udzielające pomocy Żydom ryzykowały życiem, aresztowaniem lub deportacją do obozu koncentracyjnego. Oto historia rodziny Lubkiewiczów, którzy, podobnie jak rodzina Ulmów, zapłacili za ratowanie współobywateli najwyższą cenę.
13 stycznia 1943 roku do wsi Sadowne powiatu węgrowskiego przybyła niemiecka ekspedycja karna. Wieś leżała na trasie pociągów wiozących Żydów do niemieckiego obozu śmierci w Treblince, który był oddalony o piętnaście kilometrów. Mieszkańcy Sadownego pomagali uciekinierom z transportów i z obozu, a także miejscowym Żydom, którzy ukrywali się w okolicznych lasach. Ekspedycja miała nie tylko wyłapać uciekinierów, ale również ukarać tych, którzy podali im pomocną dłoń.
15 października 1941 roku Niemcy wprowadzili na terenie Generalnego Gubernatorstwa karę śmierci za pomoc lub udzielanie schronienia ludności żydowskiej. Tę decyzję poprzedziło przymusowe zamykanie Żydów w gettach, kłamliwe kampanie nienawiści, konfiskaty majątku oraz kontrybucje na rzecz okupanta. W marcu 1942 roku zaczęto likwidować getta, a ich mieszkańców wywozić do obozów zagłady.
W takich okolicznościach Leon Lubkiewicz, piekarz ze wsi Sadowne, wraz z żoną, pomagał ukrywającym się Żydom, którzy kupowali od niego chleb, by przetrwać. Ich los jest nie tylko świadectwem okrucieństwa Niemców, pokazuje także, że nawet najdrobniejszy gest codziennej życzliwości wobec żydowskich sąsiadów ściągał na Polaków brutalne represje. Niemiecka polityka okupacyjna miała zerwać wszelkie więzy solidarności między obywatelami zniszczonej II Rzeczpospolitej – etnicznymi Polakami i etnicznymi Żydami.
Leon Lubkiewicz miał czworo dzieci. Jedno z nich, Irena Kamińska, opowiedziała po latach historię swojej rodziny. W liście do Żydowskiego Instytutu Historycznego z 12 czerwca 1969 roku napisała:
Zaszłam do domu i od razu mówię, że są żandarmi, że mnie zatrzymali, pochowałam szybko książki od nauki z tajnego gimnazjum, a tymczasem dwie Żydówki z Sadownego, Elizówna i Czapkiewiczówna, przyszły do ojca do piekarni. Za furtką złapali ich żandarmi z Karnej Ekspedycji i zapytali skąd mają chleb, więc odpowiedziały, że od Lubkiewiczów (…). Żydówki zaraz rozstrzelali (…). Żandarmi tymczasem, nie czekając na wykopanie dołu dla zabitych Żydówek, wpadli do mieszkania rodziców, jeden z nich był nazwiskiem Schultz (…) Podskoczył wtedy do mojej matki, krzycząc: «Co, dawaliście Żydom chleb!» (uderzył moją matkę silnie pięścią w twarz, tak że się zatoczyła przy ścianie i momentalnie policzek miała siny, aż czarny).
Podskoczył wtedy momentalnie Schultz do mnie, kopnął mnie silnie w nogę twardym wojskowym butem. Następnie pistoletem uderzył mnie w plecy, w kręgosłup, tak silnie, że dzisiaj mam w tym miejscu stały ból i krzyknął: «Powiedz, że twoja matka dawała Żydom chleb!»
Tymczasem rozwścieczony Schultz ustał naprzeciwko mojej matki, którą popychał do drzwi drugiego mieszkania w odległości około trzech metrów przy kredensie i krzyknął: «Liczę do dziesięciu, jak się nie przyznasz, to będę strzelał!». Wystawił pistolet na moją matkę w mieszkaniu i zaczął liczyć.
Ja tymczasem, chociaż mam silny ból, jednak myślę błyskawicznie «Jak ustanę przed matką, przecież ta kula przebije i mnie i matkę». Nogi i ręce mi zdrętwiały i uklękłam między matką, zbrodniarzem hitlerowskim Schultzem, przed pistoletem. Przestał Schultz liczyć na rozkaz starszego oficera Karnej Ekspedycji, ale śledztwo trwało do godziny 22.00 (…).
O godzinie 22.00, 13 stycznia 1943 r., żandarmi z Karnej Ekspedycji rozstrzelali wymęczonych i zbitych moich rodziców i brata na podwórku, za ratownictwo Żydów w Polsce. Mnie zostawili jako małoletnią, ale cóż z takiego życia, kiedy odebrali mi zdrowie i chęć do życia.[1]
Oprócz Ireny, z rodziny Lubkiewiczów przeżył również najstarszy syn, Stanisław, któremu udało się uciec.
Innym świadkiem tej zbrodni był Franciszek Rutkowski, który opisał ją w liście z 14 marca 1979 r. wysłanym do Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce:
Odniosłem mleko do mleczarni, gdzie zostałem poinformowany, że gestapowcy zastrzelili Lubkiewicza – piekarza, jego żonę i syna za to, że sprzedawał dla Żydów chleb. Żydzi w tym czasie ukrywali się w pobliskim lesie pod Sadownem, był to powiat Sokołów Podlaski, i codziennie (jak później sprawdziłem) byli zaopatrywani w chleb przez w/w piekarza. Wziąłem w rękę konew z mlekiem i poszedłem obejrzeć to miejsce, gdzie leżeli zabici Lubkiewicze. Strach przed gestapowcami był tak wielki, że na drodze, którą szedłem, nie spotkałem ludzi. A była to godzina około dziesiąta rano. (…)
Ja sam się ukrywałem przed okupantem i mieszkałem w tym czasie w Sójkówku, gm. Sadowne. U mnie mieszkało dwoje Żydów, lecz gdy się dowiedzieli o tym wypadku, to poszli na Wschód. Byli to młodzi ludzie, Żyd i Żydówka[2].
Ciała zamordowanych leżały jeszcze przez cały następny dzień. Niemcy chcieli w ten sposób pokazać pozostałym mieszkańcom, co grozi za pomaganie Żydom.
Leon, Marianna oraz ich syn Stanisław zostali w 1997 roku zaliczeni przez instytut Yad Vashem w poczet Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Objaśnianie Polski

Profesor Andrzej Sulima Kamiński
 od ponad 10 lat organizuje konferencję „Przywracanie zapomnianej historii". Każdego roku do Polski przyjeżdżają anglojęzyczni wydawcy i autorzy książek naukowych. Podczas konferencji poprawiane są występujące w nich błędy dotyczące historii Polski i Europy Środkowo-Wschodniej. Rzeczywiście jest z tym problem?
Tak, i to bardzo poważny. Przypomnę choćby Katarzynę II – w jej czasach najwybitniejszym filozofem, a przy tym człowiekiem o niesłychanym dowcipie i inteligencji, którego często cytowano, był Wolter. Caryca płaciła mu olbrzymie pieniądze, by ośmieszał Polskę. Taki był jej cel: ośmieszyć, a następnie tłumaczyć, dlaczego Polska powinna przestać istnieć. I Wolter skutecznie to realizował. W pewnym sensie ta myśl wciąż jest żywa.
To znaczy?


Przede wszystkim wśród Polaków, czego nie jesteśmy świadomi. Czasem słyszę wypowiedzi niektórych polskich historyków: „Byliśmy głupi. Polska stała nierządem, ta wolność szlachecka... Nie umieliśmy się zorganizować. Nie mieliśmy silnego króla, który by nas poprowadził".

Czyli to wszystko jest mitem?
Tak. Fryderyk II robił to samo. Też się nas bał, nie chciał, żebyśmy istnieli, więc płacił, by wmawiać, że Rzeczpospolita to karczma zajezdna, w której tylko pito i nie było żadnego porządku. To jeden wielki mit! Został stworzony przez władców państw, którym zależało na naszym upadku. Niestety, dziś też jest on bardzo silny.
Na ile pana konferencje zmieniły odbiór Polski przez badaczy?
Jak dotąd wraz z zespołem poprawiliśmy 85 książek przeznaczonych dla amerykańskich studentów. Ważne jest też, że zagraniczni wydawcy chcą przyjeżdżać do Polski, choć często muszą przymuszać do tego autorów.
Autorzy boją się przyjeżdżać do Polski?
Zewsząd słyszą, że w Polsce jest okropny rząd i system. I myślą: „Pojadę, a oni będą mnie zmuszać do jakiegoś neofaszyzmu". Jeden z wydawców, który kilka razy był ze mną w Polsce, powiedział autorowi: „Głupi jesteś? Pojedziesz, to zobaczysz, jak tam jest naprawdę. Dużo się nauczysz, oni ci powiedzą tyle ciekawych rzeczy". A później wielu autorów przysyła nam listy z podziękowaniami.
Mógłby pan podać jakiś przykład?
Chociażby John Merriman, bardzo lewicowy historyk z Uniwersytetu Yale, a przy tym wielki autorytet i autor znanej książki „A history of modern Europe". Przed naszymi poprawkami Józef Piłsudski był w jego książce faszystą, a powstrzymanie bolszewików przez Polaków zostało określone jako straszliwe nieszczęście, zastopowana została wspaniała armia, niosąca wolność światu... Początkiem jego przemiany była wizyta w Muzeum Powstania Warszawskiego. Poszedł tam i się popłakał.
Co było dalej?
Obecnie nie opuszcza żadnej konferencji. Zdarza się, że gdy zagraniczni badacze przyjeżdżają na konferencję, mówią: „Przecież oni tutaj mają rację". Wracając do Johna Merrimana, pamiętam, jak byłem z nim na Euro 2012. On jest wielkim pasjonatem piłki nożnej. Zapytałem, komu kibicuje. A on: „Jak to komu? Francji!". Wprawdzie Amerykanin, ale we Francji ma dom. „Ale potem Polsce!" – dodał po chwili. Ja na to: „To już nie Rosji?", na co Merriman: „Wiesz, zmieniłem poglądy. Ja już zawsze będę za Polską".
Merriman jest wielkim zwolennikiem postępu. Dla niego Komuna Paryska była czymś wspaniałym. A Polacy zapewne są dla niego wspaniali, bo brali w niej udział (śmiech). W każdym razie bardzo nam pomaga w zmianie odbioru Polski przez badaczy. Wielu amerykańskich historyków ma poglądy, które nie są przez nas mile widziane. Ale oni wychowali się na uniwersytetach, na których powtarzano, że Rosja zawsze była wielka, a Niemcy bardzo dobre, dopóki nie przyszedł okropny Hitler i nagle zrobił z Niemców nazistów, ale potem przepadł, i znów były dobre Niemcy. Z takiej tradycji wyrośli.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Reparacje i odszkodowania wojenne


J. Kaczyński chce otworzyć pole walki o odszkodowania za II Wojnę Światową, czyli za wszystkie straty jakie Polaka i Polacy ponieśli...chyba to to Berlna nie dociera, bo pohukują jakby to miało dotyczyć jakiegoś mostu, albo kilku domów. A sama zrujnowana Warszawa to takie koszty, że i w 30 lat bogate Niemcy nie dadzą rady /a nie idzi tylko o ruiny, ale i o 70 000 ciężarówek zrabowanych ruchomości/. J. Kaczyński mówi dość /np. kreowanemu przez Niemcy obrazowi Polaka - złodzieja, nieroba - wszystko wbrew oczywistym faktom/ chodzi teraz tylko o to, aby poparli go Polacy, solidarnie i bez głupkowatych dyskusyjek, w stylku, było minęło, to tyle tal, itp. albo powielaniu narracji, że Polska się zrzekła, kiedy niczego się nie zrzekłała.

Za sprawą wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego na sobotniej konwencji Zjednoczonej Prawicy odżył temat odszkodowań za straty wojenne. Kaczyński powiedział, w kontekście rozliczeń finansowych w Unii, że Polska nigdy się ich nie zrzekła. Kwestia ta co jakiś czas wraca, i nie tylko w Polsce.


Od zakończenia wojny minęły już 72 lata, ale prawo publiczne międzynarodowe nie zna właściwie przedawnienia w znaczeniu prawa cywilnego. Ponadto te kwestie ustala się w traktacie pokojowym, a takiego Niemcy nie zawarli. Czy można zatem teraz skutecznie żądać odszkodowań za wojnę?

We włoskich sądach przybywa ostatnio indywidualnych pozwów z żądaniami odszkodowawczymi pod adresem Niemiec za zbrodnie niemieckich sił w czasie drugiej wojny światowej na terenie Włoch. To konsekwencja orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego tego kraju sprzed trzech lat. Uznał on, że osoby prywatne poszkodowane przez Trzecią Rzeszę mogą się ubiegać o odszkodowania od państwa niemieckiego.
Podobną drogą kroczy w Polsce mecenas Roman Nowosielski. W imieniu Benedykta Wietrzykowskiego z Gdyni domaga się przed polskimi sądami odszkodowania od Niemiec za bezprawne wysiedlenie w 1939 r.
Do tej pory uważano, że roszczenia wojenne przynależą tylko państwu, a Polska się ich zrzekła w 1953 r., w deklaracji Rady Państwa PRL z 23 sierpnia 1953 r. o zrzeczeniu się reparacji od Niemiec.


Według Cimoszewicza, byłego premiera i "specjalisty" od prawa międzynarodowego, Polska zrzekła się odszkodowań za straty wojenne, choć stało się to w czasie, kiedy nie była w pełni (hic!) niezależna. Cimoszewicz przyznał, że Związek Radziecki na to naciskał. Jego zdaniem jednak ani PRL, ani III RP nie podnosiły tego tematu, w związku z czym sytuacja prawnomiędzynarodowa jest taka, że żadne odszkodowania nam nie przysługują. Jego zdaniem więc Jarosław Kaczyński ignoruje fakty historyczne.



Wielu polskich prawników wskazuje jednak, że użyte w deklaracji z 1953 r. pojęcie „Niemcy" należy odnosić do Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Zrzeczenie się praw dotyczyło więc tylko NRD, wobec czego kwestia reparacji należnych Polsce pozostała otwarta. Tego stanowiska nie zmieniły ani układ z 1970 r. o normalizacji stosunków między PRL a RFN, w wyniku którego wyjechało na stałe do RFN ponad 150 tys. osób, ani powstanie w 1991 r. Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie – przekazano jej 500 mln marek dla ofiar nazistów. Napięcie w stosunkach polsko-niemieckich złagodził dopiero układ między RFN a RP o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 1991 r., potwierdzający polskie prawo do Ziem Odzyskanych. Niemcy stały wówczas na stanowisku, że tzw. traktat 2+4 przyjęty w 1990 r. przez szczyt Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Paryżu w formie deklaracji zamknął generalnie sprawę reparacji. A nie zamknął.
Z dyskusji w Sejmie w latach 2004–2005 i powstałego wówczas poselskiego projektu uznania deklaracji z 23 sierpnia 1953 r. za nieważną, z wystąpień Jarosława Kaczyńskiego także w 2015 r. wynika, że polskie państwo wcale z reparacji nie zrezygnowało.
Zdaniem Stefana Hambury, polsko-niemieckiego adwokata, Niemcy nie zawarły traktatu pokojowego, aby uniknąć właśnie niewygodnego i kosztownego dla nich obowiązku odszkodowań wojennych. A chodzi o ogromne sumy. Tylko szkody wojenne w Warszawie wyniosły 54 mld USD. Warto też pamiętać, że Niemcy wypłaciły ogromne odszkodowania Izraelowi i zaczęły to czynić już w latach 50.
– Uważam, że żądania reparacji od Niemiec po ćwierć wieku od odzyskania wolności może mieć nikłe szanse – mówi mec. Nowosielski. – Państwo polskie nie ma natomiast prawa rezygnować z roszczeń indywidualnych poszkodowanych na ciele czy zdrowiu bądź ich bliskich, jeśli z tego powodu z rąk Niemiec ucierpieli.


Jeżeli popatrzeć na sprawę historycznie, nie można pominąć konferencji jałtańskiej z 1943 r., podczas której ustalano nowy podział świata, a przede wszystkim konferencji poczdamskiej. To tu w 1945 r. uzgodniono, że Niemcy zapłacą 20 mld dolarów reparacji wojennych. Połowa tej kwoty miała przypaść Związkowi Radzieckiemu, a ten 15 proc. z niej, czyli 1,5 mld USD, miał wypłacić Polsce. Wkrótce okazało się, że nie jest to gotówka, zredukowana zresztą do 7,5 proc. i do niekorzystnej dla naszego kraju wymiany towarowej, w ramach której Polska miała dostarczać do ZSRR od 8 do 13 mln ton węgla rocznie po 10 proc. cen światowych. Węglowy haracz stał się istotnym elementem późniejszego oświadczenia polskiego rządu o zrzeczeniu się przez Polskę reperacji wojennych. W lutym 1953 r. mocarstwa zachodnie, władające trzema z czterech stref okupacyjnych Niemiec, zrzekły się reparacji. Tak samo postanowił ZSRR w umowie międzypaństwowej ZSRR–NRD, a Polska poświadczyła ją deklaracją z 23 sierpnia 1953 r. o zrzeczeniu się reparacji. Ceną za to miała być rezygnacja z kontyngentów węglowych – piszą polscy prawnicy w opublikowanych w 2005 r. „Tezach do stanowiska doktryny polskiej w sprawie uznania deklaracji z 23 sierpnia 1953 r. za nieobowiązującą". Ich zdaniem użyte w deklaracji pojęcie „Niemcy" należy odnosić tylko do NRD.

Ta długa historia potwierdza, że sprawy odszkodowań wojennych są prawnie skomplikowane, a odkąd jesteśmy w UE, mogą wywołać też reperkusje nie tylko w stosunkach z Niemcami, ale i wewnątrz UE.

Z punktu widzenia prawnego bezdyskusyjnie Niemcy winne są Polsce reparacje – powiedział we wtorek minister obrony narodowej Antoni Macierewicz. W ocenie szefa MON, państwo polskie nigdy nie zrzekło się praw do odszkodowania za straty wojenne. Macierewicz podkreślił w TVP Info, że nie jest prawdą, iż Polska zrzekła się reparacji wojennych ze strony Niemiec. – Ta kwestia była także przeze mnie osobiście, jeszcze na początku lat 2000, stawiana w Sejmie. Przedstawialiśmy dokumenty wtedy jeszcze, gdy kierowałem Ruchem Katolicko-Narodowym i takie koło istniało w Sejmie, wraz z moimi współpracownikami przedstawialiśmy dokumentację – przypomniał szef MON. – Nie jest prawdą, że państwo polskie zrzekło się reparacji należnych nam ze strony Niemiec. To sowiecka kolonia, zwana PRL, zrzekła się tej części reparacji, które związane były z obszarem państwa też marionetkowego, sowieckiego NRD. W tym zakresie miało miejsce zrzeczenie, zresztą nigdy formalno-prawnie nieprzeprowadzone, tylko mające charakter pewnego aktu publicystyczno-politycznego – dodał Macierewicz. Minister przypomniał w tym kontekście ofiary Powstania Warszawskiego. Podkreślał, że on sam jest warszawiakiem, jego rodzina od 200 lat żyje i mieszka w Warszawie. Jak mówił, wskutek zbrodni niemieckich w stolicy, dokonywanych rzezi i ludobójstwa, w mieście „nie został ani jeden człowiek”, a po wojnie wróciło do Warszawy 5 do 10 proc. dawnej ludności. – A nie ma wątpliwości, że pierwsze miesiące (Powstania), rzeź Woli, miały charakter ludobójstwa. To nie był element walki z powstańcami, tam po prostu mordowano klatka po klatce, dom po domu, mieszkanie po mieszkaniu – powiedział Macierewicz. – Niemcy w tej sprawie jedyne, co mogą zrobić, to próbować zadośćuczynić i spłacać straszliwy dług, jaki zaciągnęli wobec Narodu Polskiego i wobec ludzkości swoim zachowaniem, i to jest jedyne, co mogą zrobić – podkreślił szef MON. We wtorek, 1 sierpnia, obchodziliśmy 73. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. 5 sierpnia 1944 r. wojska niemieckie rozpoczęły wprowadzanie w życie rozkazu Hitlera w odwecie za wybuch Powstania: „Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy”. Na warszawskiej Woli Brygada SS Oskara Dirlewangera wymordowała ok. 20 tys. ludzi. W następnych dniach liczba zamordowanych wzrosła do 40-60 tysięcy. 

FAZ:
Z ekspertyzy wynika, że ewentualne roszczenia wynikające z niemieckich zbrodni popełnionych podczas drugiej wojny światowej utraciły moc najpóźniej w momencie zawarcia traktatu 2+4 w 1990 roku, ponieważ "Polska w ramach negocjacji traktatowych co najmniej milcząco zrezygnowała z ich dochodzenia" - czytamy w piątkowym wydaniu "FAZ", dostępnym dla prenumeratorów od czwartku wieczorem w internecie.
Panowała wówczas zgodność co do tego, że traktat (o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec z 12 września 1990 r. - przyp. red.) "blokuje do dziś wszelkie roszczenia reparacyjne przeciwko Niemcom". W dodatku potencjalne roszczenia byłyby przedawnione - pisze "FAZ".


wtorek, 23 maja 2017

Polska, Ukraina

Przez ostatnie kilka wieków wspólnego sąsiedztwa Polski i Rosji, obszar ziem pogranicznych dla obu państw stanowił zawsze powód do wszczynania wojen, które bardzo często przekształcały się w konflikty egzystencjalne dla obu narodów. O ile w przeszłości naturalną kwestią dla większości liczących się mocarstw na świecie była rywalizacja o nowe terytoria, to obecnie jest to uważane za przejaw nieuzasadnionej agresji.
Żadne z obecnych mocarstw światowych nie budowało swojej potęgi tylko na gospodarce, ale także na przestrzeni. Z uwagi na fakt, iż Europa wówczas była centrum świata, to państwa które władały Europą, jednocześnie władały światem. Obecnie, wraz z upadkiem pozycji tego kontynentu i przesuwaniem się rzeczywistego centrum finansowo-gospodarczego do Azji południowo-wschodniej nie jest już tak istotne zagarnianie nowych terytoriów. Wprost przeciwnie, poprzez sam fakt władania obszarem obcym cywilizacyjnie, państwa się osłabiają, gdyż zużywają swoją energię na jego utrzymanie zamiast na aktywność na kierunkach strategicznych w rywalizacji o światową potęgę. Właśnie nowe państwo, które w przeszłości nie władało administracyjnie tak dużym obszarem, a które wielokrotnie zużywało i konfliktowało Polskę i Rosję to był właśnie obszar dzisiejszej Ukrainy.
Dużym nadużyciem, który niejednokrotnie robią historycy, to patrzenie na konflikty, które toczyły się ponad 300 lat temu poprzez pryzmat dzisiejszych wartości i zasad stosunków międzynarodowych. Właśnie dzisiejsze odnoszenie się do państwowości czy narodowości na obszarze dzisiejszej środkowej i wschodniej Ukrainie jest pewnym błędem. W ówczesnej sytuacji na tamtym obszarze państwowość była czymś co się ciągle zmieniało, a społeczności lokalne kształtowały się w oparciu o napływającą i przenikająca się ludność. Co prawda w dzisiejszej rzeczywistości jest wielu historyków, którzy tych faktów nie biorą pod uwagę i wywodzą swoja genealogie narodową nawet z okresu drugiego tysiąclecia przed naszą erą [1].
W obecnej rzeczywistości politycznej na świecie, kwestia granic jest zasadniczo kwestią umów i ustaleń politycznych, a przede wszystkim siły państw je posiadających. Wystarczy cofnąć się o sto pięćdziesiąt lat, a okaże się, że większość obecnych mocarstw światowych nie władała nigdy sporymi terytoriami, będącymi obecnie w ich granicach. Posiadanie przez „nowe” państwa dużej ilości mniejszości narodowych, zamieszkującej zwarcie określone obszary oraz nakładanie się na nie różnych tradycji cywilizacyjnych, bardzo często powodowało i powoduje różnego rodzaju separatyzmy.
Właśnie obecne tendencje separatystyczne na Ukrainie wpisują się w zagrożenia, o których pisał w swojej książce Samuel Huntington [2]. Autor wskazywał na duże prawdopodobieństwo rozpadu państw, które są hybrydami dwóch cywilizacji, a do nich należy Ukraina. Twierdził też, iż nie mają szans na przetrwanie w obecnym kształcie takie państwa jak: Bośnia czy Ukraina, które to państwa, będą się w końcu musiały opowiedzieć się po jednej ze stron.
Główne cele polskiej polityki względem Ukrainy
Na polska politykę zagraniczną w dużym stopniu wpływ ma nie tylko bieżąca sytuacja międzynarodowa, ale także jej doświadczenia historyczne. Egzystencjonalny konflikt z Niemcami trwający ponad tysiąc lat, wydaje się ostygł na początku lat dziewięćdziesiątych po uznaniu przez Niemcy trwałości granic na zachodzie kraju. W społeczeństwie utrwalił się pogląd, iż otrzymane od Niemiec ziemie są rekompensatą za stratę ponad sześciu milionów obywateli w czasie II wojny światowej, jak również za straty materialne państwa w czasie jej trwania. Kwestia historycznego prawa do tych terenów była ważna, ale nie dominująca.
Istotnym krajem z punktu widzenia polskiego rządu i głównych sił opozycji jest oczywiście Ukraina. Nie chodzi zasadniczo tylko o władanie tym obszarem w przeszłości, ale trwanie tego państwa jako buforu przed Rosją, której się obawiały wszystkie rządy ostatnich dwudziestu lat. Związanie Rosji problemem niezależnej od niej Ukrainy, jest według strategów tych partii prawie równym czynnikiem bezpieczeństwa, jak przynależność do NATO. Po 1990 roku, Warszawa konsekwentnie realizowała ten plan, będący emanacją idei Międzymorza Józefa Piłsudskiego oraz byłego polskiego ośrodka emigracyjnego w Paryżu, pod kierownictwem Jerzego Giedroycia. Odbywało się to niejednokrotnie kosztem znacznych strat gospodarczych, a przy zupełnym braku odwzajemnienia w postaci dobrego klimatu dla polskich firm na Ukrainie.
Wspomniana polityka doprowadzała i nadal doprowadza do dużego podziału w społeczeństwie polskim. O ile nie ma kontrowersji, co do wspierania rozwoju tego państwa na zasadach partnerskich, to była i jest nadal zasadnicza różnica i podział w społeczeństwie w opieraniu się na Ukrainie na środowiskach nacjonalistycznych i przymykaniu oczu na coraz powszechniejsze antypolskie wybryki środowisk banderowskich. W polskich głównych partiach i czasopismach zainstalowali się działacze sympatyzującego z banderyzmem Związku Ukraińców w Polsce. To syn członka UPA Mirosław Syczjest we władzach Platformy Obywatelskiej, a były sekretarz generalny byłej Unii Wolności Mirosław Czech (z tej partii powstała Platforma Obywatelska) jest członkiem władz Związku Ukraińców w Polsce.
Także opozycyjna partia Prawo i Sprawiedliwość posiada w swoim gronie dużą ilość osób, które sympatyzują z nacjonalistami na Ukrainie. Oczywiście głównym powodem ich działań jest wspieranie antyrosyjskich środowisk nacjonalistycznych. Sam prezes Jarosław Kaczyński dla dobra współpracy z czerwono-czarną Ukrainą, ignorował uroczystości ku czci pomordowanych przez Ukraińska Powstańczą Armię ludności polskiej na Wołyniu. Także otoczenie prezydenta Polski nie jest wolne od tego typu osób, choćby wymienić Henryka Wujca.
Wspomniane uwarunkowania powodują to, że polska polityka wschodnia bardziej wpisuje się w interesy nacjonalistów ukraińskich i państw zachodnich, niż w interesy polskie na wschodzie. Do podstawowych jej mankamentów należy przede wszystkim realizacja strategii USA na wschodzie, która nie zawsze jest strategią w pełni odpowiadającą polskim interesom. Przykładem jest tu fakt, iż po Pomarańczowej Rewolucji Polska nie uzyskała przyzwoitego rozwoju współpracy gospodarczej z Kijowem, czy też poprawę pozycji mniejszości polskiej. Stany Zjednoczone po uzyskaniu swoich założeń nawet nie zniosły wiz dla obywateli polskich.
Dla Polski istotnym odniesieniem do istoty jej polityki na wschodzie ma kilkusetletnie dziedzictwo Rzeczypospolitej. O wiele dłuższe niż władanie przez Rosję Syberią, czy przez USA zachodnimi stanami.
Rzeczypospolita była organizmem znacznie wyprzedzającym jej czas, zarówno pod względem politycznym, społecznym jak i stosunku do poszczególnych narodowości ja zamieszkujących. Problemem były tylko elity, które wybrały polską tożsamość, jednocześnie zaniedbując lud. Właśnie brak elit spowodował na początku dwudziestego wieku odradzanie się narodów na obszarze byłej Rzeczypospolitej, głównie w opozycji do jej głównego trzonu tj. Polaków. Ten stan pomimo upływu ponad stu lat zasadniczo się nie zmienił. Dla dzisiejszych Ukraińców i Litwinów głównym przesłaniem w stosunku do Polski jest kwestia rzekomych krzywd. Kwestia ta przesłania racjonalizm ich bezpieczeństwa.
Obecnie obserwujemy ponowny proces przyjaznych gestów w stosunku do Polski w postaci deklaracji ze strony Wilna i Kijowa, ale ponownie jak i w przeszłości jest widoczny istotny brak wiązania się gospodarczego czy tez politycznego tych państw z Warszawą. Ta właśnie kwestia stanowi punkt zastanowienia się nad celowością i głębokością angażowania się na rzecz, zwłaszcza Ukrainy. Należy zadać sobie pytanie, czy w takim wypadku w przyszłości Ukraina nie stanie się głównym rywalem Polski w Europie Wschodniej? Czy z punktu widzenia Polski warto narażać się za kraj, który w przyszłości może być znaczącym czynnikiem w działaniach politycznych Europy przeciwko nam? Te i inne pytania są właśnie dziś istotne dla polskiej polityki zagranicznej.
Główne cele rosyjskiej polityki względem Ukrainy
Dla Rosji obszar Ukrainy stanowi egzystencjonalne zaplecze demograficzne i gospodarcze. Jest także obszarem strategicznym z punktu widzenia militarnego. Z jej punktu widzenia kontrolowanie tego państwa ukierunkowuje politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej na współpracę z Rosją w kwestii Europy Środkowej i Wschodniej. Utrata kontroli na tym państwem jest faktycznym wykluczeniem się Moskwy z wpływów na Bałkanach, w Mołdowie oraz zagrożeniem dla jej pozycji na Morzu Czarnym. Ponadto Ukraina, z uwagi na swoje położenie może być detonatorem na obszarze Europy Wschodniej i Kaukazu, doprowadzając do całkowitej dekompozycji układu jałtańskiego i poczdamskiego. To z kolei stanowi zagrożenie nie tylko dla jej wpływów w obszarze bliskiej zagranicy, ale także może stać się czynnikiem wzmagającym dekompozycję wewnętrznej struktury państwa.
Dla każdego poważnego analityka widać jednoznacznie, iż Moskwa ma jeszcze kilkuletnią „przerwę strategiczną” na dokonanie działań mających na celu pełną stabilizację swoich wpływów na Ukrainie. Za kilka lat kraj ten stanie przed dużo poważniejszymi problemami, które uniemożliwią mu skoncentrowanie działań na tym kierunku. Do wspomnianych przeszkód będzie należała aktywność Chin na obszarze południowej Syberii, mająca na celu przejecie tego obszaru. Kolejnym wyzwaniem będzie opanowanie separatyzmów kaukaskich, które zostaną sprowokowane z zewnątrz, a obserwując działania związane z „wiosna arabską”, ten region będzie kolejnym celem. Także Białoruś będzie obszarem na którym zapewne dojdzie do prób podważenia obecnej władzy. Po utracie wpływu na Ukrainę, ona sama stanie się naturalnym celem. Będzie chodziło głównie o regionalizacje państwa.
Na to wszystko nałoży się problem wzrostu ilości Rosjan wyznania islamskiego. To z kolei będzie powodowało napięcia narodowościowe i społeczne. Tak więc zrekompensowanie naturalnego ubytku demograficznego poprzez posiadanie prorosyjskiego państwa u jej zachodnich granic, ma istotne znaczenie dla jej bezpieczeństwa. Problem ten staje się jeszcze poważniejszy w przypadku ograniczenia jej wpływu medialnego i ukrainizacji Rosjan.
Utrata wpływów Rosji na Ukrainie, spowodowałaby zapewne lokalizacje baz NATO w tym państwie, tak niezbędnych do ewentualnej konfrontacji z fundamentalnymi państwami islamskimi, w tym głownie z Iranem i kontrolą Bliskiego Wschodu. Dodatkowym elementem byłoby odzyskanie przez Gruzję Osetii Południowej i Abchazji oraz wpływów w Armenii i Azerbejdżanie. Tak więc wymieniając tylko te podstawowe problemy związane z utrata wpływów Rosji na Ukrainie ukazują możliwą jej determinację w obronie dotychczasowego wpływu.
Nakładanie się interesów Polski i Rosji na Ukrainie
Wydarzenia z przeszłości, pomimo upływu czasu, były i są istotnym odniesieniem do obecnych i przyszłych form współpracy pomiędzy Polską i Rosją. Dlatego istotne jest tutaj, jak pisał Roman Kuźniar [3] podkreślenie znaczenia refleksyjnego wymiaru w wypracowaniu strategii politycznej wiedzy historycznej, czyli wiedzy o tendencjach historycznych, o ukierunkowaniu cywilizacyjnym. Chodzi więc o określenie tendencji historycznych obu narodów oraz wpływu na to czynnika geograficznego i działań państw trzecich. Położenie geopolityczne, zarówno w przeszłości, jak i obecnie określa stojące przed nami zadania i wyzwania oraz wskazuje geopolityczne priorytety.
W kilkuwiekowej historii Polska i Rosja nierzadko pełniły ważną rolę geostrategiczną i tym samym wpływały na dzieje Europy i świata. Historia obu narodów przez długi czas była właściwie historią wzajemnej konfrontacji. Biorąc pod uwagę podstawowy strategiczny determinant Moskwy, iż państwo ukraińskie pod względem politycznym powinno pozostać podmiotem stosunków międzynarodowych, dla Rosji istotnym elementem w jej obecnej sytuacji, tj. utracie wpływów politycznych w Kijowie jest doprowadzenie do federalizacji kraju. Każdy inny wariant jest nie do przyjęcia. Wachlarz instrumentów koniecznych do wykorzystania jest stosunkowo duży. Należy wymienić chociażby doprowadzenie Ukrainy do stanu państwa upadłego, doprowadzenie do protestów i lokalnych „niebieskich” majdanów na wschodzie państwa, interwencja zbrojna ograniczająca się do obszaru Dniepru i południa Ukrainy, paraliż gazowy, wstrzymanie wymiany handlowej, działania terrorystyczne w środkowej i zachodniej Ukrainie itd.
Podstawowym celem takiego działania Moskwy będzie osłona swoich wpływów w poszczególnych regionach Ukrainy wschodniej i centralnej (zwłaszcza przed przesuwaniem się w społeczeństwie trendów nacjonalistycznych na wschód) oraz powstania quasi państwa zachodniej Ukrainy, który ze względu na dużą pauperyzację społeczeństwa, braku dużego przemysłu i trendy skrajnie nacjonalistyczne w społeczeństwie stałby się obszarem którym Rosja w wygodnych dla siebie momentach mogłaby destabilizować sytuacje w Europie Środkowej. Kraju który byłby Kosowem tej części Europy.
Należy podkreślić, iż ostrze tego scenariusza skierowane byłby głównie w swoich strategicznych założeniach przeciw Polsce. Dlatego też naszym celem strategicznym w obszarze Europy wschodniej powinno być przygotowanie się na ten lub podobny rozwój wydarzeń i ułożenie sobie poprawnych stosunków z obecną władzą na Ukrainie, biorąc oczywiście pod uwagę interesy Rosji na obszarze południowo-wschodnim tego państwa.
Ograniczenie się do zabiegania Polski o wpływy na środkowo-zachodni obszar Ukrainy i porzucenie promowania nierealnej w tym państwie opcji włączenia tego kraju do NATO, może spowodować ustabilizowanie stosunków pomiędzy Polską a Rosją. Będzie to także odpowiadało tradycji historycznej wpływu Polski na tym obszarze Ukrainy i naszym realnym możliwościom oddziaływania politycznego, co będzie się w pełni wpisywało w potrzeby i interesy Polski.
W Rosji, w niektórych środowiskach dosyć popularna jest tendencja mówiąca o konieczności podziału Ukrainy pomiędzy Polskę a Rosję. Wyrazicielem takich poglądów poza profesorem Aleksandrem Duginem, jest także pisarz Eduard Limonow, który mówi wprost: „Damy wam Lwów, męczcie się z nim, a sobie weźmiemy Donbas i Charków. Zgoda? – proponuje”. Limonow podkreśla, że „Rosjanom potrzebna jest przestrzeń”. – Tylko wtedy się dobrze czujemy – podkreśla, ubolewając, że po czasach, gdy ZSRR wraz ze Stalinem przez "35 lat dzielił planetę", Rosja straciła "pozycję lidera" [4]. Oczywiste wspomniane propozycje są obecnie dla Polski nie ofertą, która chętnie się zrealizuje, ale problemem, który może wystąpić w sytuacji skrajnej. Mianowicie po znacznej destrukcji ukraińskiej państwowości w obecnym kształcie, mogą na zachodzie Ukrainy wystąpić społeczne tendencje do federalizacji tego obszaru z Polską. Oczywiście na obecna chwile wydają się one mało realne, ale jak wiele rzeczy w przeszłości wydawało się nierealnymi.
Dotychczasowe zaangażowanie Polski w procesy „demokratyzacji” Ukrainy powodowało i nadal powoduje stan, w którym Polska odgrywa obecnie w tym kraju marginalną pozycję gospodarczą i polityczną, będąc jedynie zderzakiem dla Rosji [5]. Mając na uwadze powyższe uwarunkowania geopolityczne i geostrategiczne Polski i Rosji, należy podjąć próbę wyznaczenia obszarów wzajemnych wpływów, biorąc pod uwagę, iż nie będą one stabilne oraz że znaczny wpływ na ich głębokość będą wywierały bieżące możliwości związane z uwarunkowaniami międzynarodowymi krajów posiadających wpływy w tej części świata.
Sytuacja Polski w tej rozgrywce jest wyjątkowo trudna. Zaangażowanie się Polski w kierunku wsparcia organizacji i środowisk chcących utrzymać standardy demokracji politycznej na Ukrainie jest o tyle niebezpieczne, iż będzie to włącznie się w działania z jednej strony przeciw Rosji a z drugiej umacniające i uwiarygodniające środowiska nacjonalistycznie, które jawnie odwołują się do antypolskiej tradycji.
Wydaje się, iż w obecnym stanie Polska powinna starać się być neutralna i angażować się tylko w działania mające na względzie walkę z łamaniem praw człowieka w wewnętrznym ukraińskim konflikcie. To ze dojdzie do eskalacji konfliktu jest jasne dla większości obserwatorów ukraińskiej sceny politycznej. Momentem w którym Polska może zaangażować się na Ukrainie w wypadku wystąpienia konfliktu będzie moment jego eskalacji, prawdopodobnie mający krwawy przebieg. Ewentualna konfrontacja na Ukrainie na tle socjalno-politycznym może być w pewnych okolicznościach sprowokowana przez Rosję. Państwo to od wielu lat kontroluje określone kręgi środowisk narodowych i organizacji faszyzujących [6].
Czy musi dojść do realizacji takiego scenariusza. W dużym stopniu zależy to od podjęcia współpracy Polski z Rosją w zakresie określenia zakresu strategicznych działań politycznych na obszarze Ukrainy, zwłaszcza w zakresie budowy państwa o charakterze państwowym, eliminując wzajemnie trendy skrajnie nacjonalistyczne. Państwowy a nie narodowy charakter państwa ukraińskiego jest jedynym możliwym warunkiem utrzymania jego obecnego charakteru związanego z utrzymaniem w jednym organizmie państwowym wszystkich prowincji. Pytanie tylko, czy Warszawa jest w stanie promować na wschodzie polskie interesy, które jednocześnie nie będą interesami Berlina czy tez Waszyngtonu.
Mając na uwadze narastające napięcie wewnętrzne na Ukrainie i kierunki aktywności politycznej Polski i Rosji, w wypadku wystąpienia braku porozumienia pomiędzy obydwoma krajami starcie jest nieuniknione. Pierwsze jego efekty właśnie obserwujemy. Zapewne Polska z tej walki nawet przy wsparciu Stanów Zjednoczonych wyjdzie przegrana, ale także Rosja zostanie nią bardzo osłabiona. Obydwa państwa utracą czas i możliwości działania na innych kierunkach. Niewykluczone, iż wielu państwom europejskim i azjatyckim, a nawet samym Stanom Zjednoczonym chodzi właśnie o taki scenariusz rozwoju sytuacji w relacjach polsko-rosyjskich, zwłaszcza w kontekście możliwości wyeliminowania tych państw z rywalizacji o ponowną kolonizację gospodarczą obszarów Azji i Afryki.
Polska i Rosja powinny wyodrębnić obszary i interesy, na które nie powinny poszczególne kraje wchodzić. Dotyczy to nie tylko Ukrainy, ale innych obszarów wzajemnego zainteresowania. Obszar Ukrainy centralnej powinien być obszarem współistnienia politycznego i gospodarczego obu państw. Polska nie powinna angażować się w działania naruszające rosyjskie interesy we wschodnich i południowych regionach Ukrainy. Podjecie się przez Polskę i Rosję współpracy i wyraźnego określenia „stref wpływów” nie zmieni ich zasadniczego podejścia do siebie, ale pozwoli zaangażować potencjały na innych kierunkach rywalizacji gospodarczej na świecie. Dla Polski będzie to wzrost pozycji na obszarze Europy Środkowej a może nawet na Bałkanach, dla Rosji będzie to okazja do wzmocnienia swoich wpływów na Kaukazie oraz w Azji południowowschodniej.
Obecnie niezależnie od rozwoju sytuacji na Ukrainie, Polska powinna szukać przede wszystkim możliwości stabilizacji na tym obszarze. Jej istotą jest długa droga do zamrożenia, a nawet chociażby do ostudzenia konfliktów z Rosją o Ukrainę. Należy pamiętać, iż nie należy wbrew własnym interesom na przyszłość umacniać nadmiernie partnera, który może stać się głównym rywalem politycznym i gospodarczym Polski. Niezależnie od wypadków na Ukrainie, przynajmniej część tego kraju będzie nadal buforem z Rosją. Dodatkowo buforem, który wskutek utraty części terytorium będzie przez lata wrogiem Moskwy. Dla naszego kraju może to być idealna sytuacja. Ukraina o ograniczonym potencjale demograficznym, gospodarczym i terytorialnym będzie musiała uznać pierwszoplanową rolę Polski w Europie Środkowowschodniej, a Polska będzie miała osłonę strategiczna na wschodzie w postaci państwa trwale skonfliktowanego z Moskwą.



poniedziałek, 16 stycznia 2017

Fenomen Radia Maryja


A za radiem idzie telewizja Trwam, choć przyznam, że nie mam telwizora, więc ządnej telewizji nie oglądam, ale tv Trwam wlączałm kiedyś na kanale internetowym -wiadomości rzetelne, Apel Jasogórski profesjonalnie transmitowany, itp. Generalnie w Radiu Maryja i Telwizji Trwam chodzi o ewngelizację i polonizację, podobnie w Naszym Dzienniku.









poniedziałek, 2 stycznia 2017

Eskalacje 2017



Zaczął się bardzo spokojnie w większości polskich domów, na większości polskich ulic, po prostu spokój w miastach, na wsiach, spokojne lasy i pola. Po prostu polski krajobraz. Niestety w Ełku zginął 21 letni chłopak, zadźgany tuż po północy przez Tunezyjczyka, muzułmanina. To zrodzi reperkusje. Ale też, pomijając winę bezpośrednich morderców, trzeba wskazać na winnych tej zbrodni - dlamnie sa to liberalne media wrzeszczace o polskim antysemityźmie, rasiźmie, ksenofobii i o tym, ze  jest to przestępstwo a obcokrajowiec zawsze jest pokrzywdzony, o ile ma ciemną skórę, turban, lub jakiś szlafrok na sobie.
Taki obcokrajowiec w Polsce mało czyta polskich gazet /Wietnamczycy mają np. swoją prasę/ ale za to ogląda dużo twlewizji. A przez ostatnie 9 lat tefałeny i polsaty i ich awangarda sa w ofensywie. Taki obcokrajowiec nawet nie zdaje sobie sprawy, że w sądzie to już inaczej będzie wyglądać. Jemu się wydaje, że krzyknie "to był napad rasistwoski" i będzie miał fory.
Druga sprawa, to nasza i kich kulura: polski chłopak, podpiwszy będzie wrzeszczał, spróbuje dać w mordę i na tym koniec, a taki muzułmanin z Tunezji czy Algerii to już insza inszość, dla niego jakieś stawanie na asfalcie i ewentulana bójka to jakiś dziwoląg, on ma we łbie nienawiść, nie chce żadnej konfrontacji, po której zostana siniaki, ale też może pójdzie na wódkę z napastnikiem, on chce skrzywdzić, zabić. Że przy okazji jest debilem, bo zabija własnego klienta, to już jego prymitywny mózg nie jest w stanie zrozumieć. Ale też, inaczej jest kiedy ma poczucie ochrony przed ludem tybylczym - ogląda telewizję, zatem pozwala sobie na więcej.


W prasie publikacje zdjęcia baru kebabowego i zdjęcia śp. Daniela - nic mu już życia nie wróci, natomiast społeczność arabska w Polsce przeżyje trudne chwile. Na pewno, tzw. ciapaci muszą zrozumieć, że w Polsce nie sięga się po noże w bójkach ulicznych. Kto wybiega za kimś na ulicę z nożem, musi się liczyć z tym, że komuś może stać się krzywda, natomiast zadanie trzech cisów nożem, nie jest obroną konieczną.
Ale czy wydarzenia w Sejmie, tj. jego okupację przez łże-opozycję można łączyć? Tak. Opozycja zieje nienawiścią do Polski i Polaków, dlaczego zatem obcokrajowcy mieliby ich chociażby szanować?
W "Wyborczej" już wydano wyrok, że to była zbrodnia na tle rasowym? Chodzi oczywiście o wyniesienie dwóch butelk coca-coli ze sklepu bez zapłaty, nie o zasztyletowanie chłopaka. Dodatkowo, aktem terrorystycznym było wrzucenie po zabójstwi petardy do lokalu, oczywiście wywołanym niewnawiścią do muzułmanów.
Jakoś ciłki w Wyborczaj nie wspominają, że w tak małym mieście jak Ełk, to jest normalne, że ktoś nie zapłaci nie tylko za coca-colę, ale i za wiąksze zakupu, właściciel zapisze w zeszycie, a potem się rozliczą.
Tutaj ptrzeba czegoś więcej niż procesu o zabójstwo z premedytacją, ale musi być proces o zabójstwo na tle rasowym, wywołanym ninawiścią do Polaków.
Mam nadzieję, że bandyci z Magrebu będą solidnie ukarani.



W Turcji zamach - zamachowiec strzelał z karabinu do ludzi tłumnie zebranych w jakims klubie nocny w niepojęty sposób, na zimno. Zabitych 37, wielu rannych. Podobnie po pwszystkim poszedł do kuchni i się przebrał, następnie wychdząc dobijał rannych strzałami w głowę, poczym odjechał taksówką.



W w Warszawie okupacja Sejmu przez opocyję. Już opozycja liczy, że J. Kaczyński coś zrobi i rozwiąże sytuację, A Kaczyński pozowli im sie wymęczyć /wykrwawić/ siedzeniem. Nic nie zrobu, Zadneej powtórki głosowania nad budżetem nue będzie. Wielu posłów z tej wrzaskiliwej opozycji wymięknie i będzie szukac drogi wywekslowania się z tego bałaganu, bo liderzy dają im znacznie mniej niż dac może partia rządząca.


czwartek, 29 grudnia 2016

Smoleńsk 2010. Spisek, który zmienił świat



Niemiecki dziennikarz Jürgen Roth w książce „Smoleńsk 2010. Spisek, który zmienił świat”, dotyczącej raportu niemieckiego wywiadu BND w sprawie katastrofy smoleńskiej, wskazuje na potencjalnych zleceniodawców i wykonawców… zamachu. Szczególną uwagę zwraca działalność gen. Jurija Desinova, który dowodził oddziałem FSB/Połtawa.

Zgodnie z opisem Roberta [nazwisko zaczernione] zlecenie dotyczące przeprowadzenia zamachu na Tu-154 pochodziło bezpośrednio od [funkcja zaczerniona] T. [nazwisko wysokiej rangi polskiego polityka zaczernione] do Desinova - czytamy w raporcie źródłowym funkcjonariusza BND.

Szczegółom działań Desinova są poświęcone dwa załączniki raportu BND. Ich treść wskazuje na olbrzymi rozmach działań rosyjskiego szpiega i bardzo szczegółowe planowanie tajnych operacji. Po raz pierwszy grupa FSB/Połtawa zwróciła na siebie uwagę podczas działań przeciwko Aleksandrowi Popovowi (Kaliningrad) i Aleksandrowi Dudarevowi (Ryga/Hamburg).
Załącznik nr 1 wskazuje, że Desinov działał pod przykryciem na terenie Ukrainy jako osoba związana z Rycerskim i Szpitalniczym Zakonem św. Łazarza z Jerozolimy.

Na zasięg jego kontaktów wskazuje załącznik nr 2.
DESINOV twierdzi, że może nawiązać kontakt z mułłą OMAREM w Afganistanie. OMARma być rzekomo skłonny, na określonych warunkach, które nie są w tym momencie jeszcze dokładnie znane, doprowadzić do znaczącego powstrzymania ataków na jednostki Bundeswehry ze strony talibów. DESINOV jest gotowy rozmawiać na ten temat w Berlinie z właściwymi decydentami. Kierują nim motywy finansowe. (…) DESINOV otrzymał wizę. Jego wjazd był możliwy pod pozorem wizyty w Zakonie św. Łazarza. Środki umożliwiające podjęcie takich działań pozostają równie z do dyspozycji – czytamy w tajnym dokumencie, który został ujawniony przez Jürgena Rotha.
Autor raportu BND wskazuje również, że Desinov mógł zapewnić sobie łatwy dostęp do materiałów wybuchowych i technologii operacyjnych (OT). Podkreśla jednak, że w przypadku umieszczenia ładunku wybuchowego lub kilku ładunków TNTwyposażonych w zdalne zapalniki w rządowym samolocie z prezydentem RP na pokładzie – musiał liczyć na pomoc ze strony… polskiej.

środa, 28 grudnia 2016

Śmierć prezydenta, podsumowanie

Katastrofa w Smoleńsku z 10 kwietnia 2010 roku wciąż budzi wiele emocji. Przez sześć lat pojawiało się wiele informacji na temat jej przebiegu, ale nie wszystkie były do końca prawdziwe. Co okazało się nieprawdą, co było niesmaczne, a co dwuznaczne?


1. Godzina katastrofy
. Przez pierwsze dwa tygodnie od katastrofy podawano, że samolot prezydencki rozbił się o godz. 8:56. Faktycznie jednak do katastrofy doszło nieco wcześniej, o godz. 8:41.

2. Przejęcie władzy. O godz. 11 ówczesny marszałek Sejmu Bronisław Komorowski rozpoczął przejmowanie władzy. Zgodnie z konstytucją w razie śmierci prezydenta jego obowiązki przejmuje właśnie on. Nie było wtedy jednak oficjalnej informacji o śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

3. Rozmowa Tuska z Putinem. Późnym wieczorem 10 kwietnia na miejsce katastrofy przybył premier Donald Tusk. Na spotkaniu z premierem Rosji, Władimirem Putinem zgodził się, by śledztwo prowadzić według zapisów konwencji chicagowskiej, a nie porozumienia polsko-rosyjskiego z 1993 r. Decyzja ta miała wpływ na to, jak ustalano przyczyny katastrofy. Główne śledztwo wciąż prowadzi Rosja, która nie zgadza się na przekazanie Polsce ważnych dowodów, w tym kluczowych dokumentów i wraku tupolewa.

4. Rezolucja PiS. 6 maja 2010 r. Prawo i Sprawiedliwość złożyło projekt rezolucji „w sprawie wezwania Prezesa Rady Ministrów do wystąpienia do władz Federacji Rosyjskiej o przekazanie stronie polskiej prowadzenia postępowania w sprawie katastrofy samolotu TU-154, mającej miejsce 10 kwietnia 2010 r.". Koalicja rządząca i lewica zagłosowały wtedy przeciw. 13 kwietnia 2012 r. większość sejmowa – PO, PSL i SLD – również zagłosowała przeciwko projektowi uchwały ws. zobligowania władz Rosji do oddania Polsce wraku i czarnych skrzynek.

5. Cztery podejścia 
. Przez pierwsze dni po katastrofie informowano, że Tu-154 cztery razy podchodził do lądowania, mimo że kontrolerzy nalegali, by odleciał na zapasowe lotnisko. W rzeczywistości samolot wykonywał jedno próbne podejście do lądowania, uzgodnione z wieżą i przez nią zalecone.

6. Naciski na załogę . Prezydent Lech Kaczyński miał naciskać na załogę, by lądowała niezależnie od warunków. „Pilot nie mógł podjąć sam decyzji o czterokrotnym podchodzeniu do lądowania w tak trudnych warunkach, z takimi osobami na pokładzie” – tak napisał 10 kwietnia 2010 roku Roman Kuźniar, późniejszy doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego ds. międzynarodowych. W stenogramach z samolotu nie ma nawet śladu jakiejkolwiek ingerencji ze strony prezydenta w pracę załogi.

7. Gen. Błasik był do końca w kokpicie Informację, że gen. Andrzej Błasik był w kokpicie tupolewa w ostatnich minutach lotu, bez żadnych dowodów podał Edmund Klich 24 maja 2010 roku. Polski akredytowany przy MAK bronił tego kłamstwa również po obaleniu go przez krakowskich biegłych sądowych dzięki analizie nagrań. Głos, przypisywany wcześniej generałowi, należał do drugiego pilota, majora Roberta Grzywny. Również polska prokuratura wojskowa udowodniła, że generała nie było w ogóle w kokpicie samolotu.

8. „Jak nie wyląduję, to mnie zabije”. TVN24 twierdziła, że „takie słowa kilkadziesiąt sekund przed katastrofą prezydenckiego Tu-154M pod Smoleńskiem miał wypowiedzieć kpt. Arkadiusz Protasiuk”. Informacja pojawiła się na czerwonym pasku 14 lipca 2010 roku i powtórzono ją w „Faktach TVN”. Nie ma takich słów w żadnym stenogramie.

9. „To patrzcie, jak lądują debeściaki”
. Słowa te – według „Polski The Times” – miał powiedzieć pierwszy pilot Tu-154M, gdy dowiedział się o fatalnej pogodzie. Kpt. Arkadiusz Protasiuk w ogóle tych słów nie wypowiedział. Nie ma ich w stenogramie.

10. Ziemia przekopana na metr w głąb . „Przekopywano z całą starannością ziemię na miejscu tego wypadku, na głębokości ponad jednego metra i przesiewano ją w sposób szczególnie staranny. Każdy znaleziony skrawek został przebadany genetycznie” – tak mówiła w Sejmie minister zdrowia Ewa Kopacz 28 kwietnia 2010 roku. Po dwóch latach ówczesna marszałek Sejmu przyznała, że to była nieprawda.

11. „Wkurzy się, jeśli…”. Ten rzekomy fragment rozmowy załogi Tu-154 – według wydania „Gazety Wyborczej” z 12 stycznia 2011 roku – miał być dowodem na presję, jakiej poddani byli piloci. Takich, ani podobnych słów, w ogóle nie ma w stenogramie. Podobnie jest ze słowami „dzień dobry” wypowiadanymi przez załogę, które miały świadczyć o przywitaniu osób postronnych w kokpicie samolotu. Takich słów w stenogramie nie ma.

12. Pijany generał Błasik zmusił pilotów do lądowania. Opublikowanie raportu MAK było apogeum smoleńskiego kłamstwa (12 stycznia 2011 r.). Sformułowanie „podpity generał” pojawiło się też w niektórych mediach w Polsce, w tym w „Gazecie Wyborczej oraz na portalach RMF24.pl i Interia.pl. Szefowa MAK Tatiana Anodina powołała się na rzekomą obecność 0,6 promila alkoholu we krwi gen. Andrzeja Błasika, niepotwierdzoną przez żadne niezależne badania. W 2014 roku badania przeprowadzone przez polską prokuraturę wykazały, że gen. Błasik i pozostali pasażerowie byli trzeźwi.

3. Kłótnia pilota i generała 
. Przed startem Tu-154M miało dojść do kłótni między gen. Andrzejem Błasikiem a kpt. Arkadiuszem Protasiukiem. Tę wiadomość podała stacja TVN24 (25 lutego 2011 roku), a potem przez wiele dni powtarzała ją większość mediów. Kapitan Arkadiusz Protasiuk rzekomo nie chciał 10 kwietnia zasiąść za sterami rządowego tupolewa i na płycie lotniska Okęcie kłócił się o to ze swoim przełożonym. Jak się okazało, o kłótni zeznał szef BOR gen. Marian Janicki, który przebywał w Krakowie w czasie odlotu Tu-154M z Okęcia. Kłótni zaprzeczyli świadkowie odlotu Tu-154M oficerowie BOR, którzy stwierdzali w swoich zeznaniach, że o tej sytuacji dowiedzieli się z mediów. Prokuratura przyznała również, że żadnej kłótni nie było.

14. Nie było trotylu na wraku tupolewa, albo może i był. W październiku 2012 r. w „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł, w którym poinformowano, że na wraku Tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem, znaleziono ślady trotylu. Za ten artykuł jego autor Cezary Gmyz został zwolniony z dziennika. Zarzucono mu, że wyciągnął pochopne wnioski zawierzając informatorom, a nie mając żadnego potwierdzenia. Tymczasem prokuratorzy nie zdementowali pogłosek na temat trotylu, a prokurator generalny Andrzej Seremet dzień wcześniej w rozmowie z naczelnym dziennika upewnił go o prawdziwości informacji. Także próbki rzeczy jednej z ofiar katastrofy, dzięki staraniom rodziny zbadane w USA, wykazały obecność trotylu. Urządzenia, którymi w badaniach wraku posługiwali się śledczy, również wykazały obecność trotylu. W listopadzie 2015 r. sąd przyznał rację Cezaremu Gmyzowi i uznał, że jego tekst o trotylu na wraku tupolewa był rzetelny oraz zaświadczył, że dziennikarz dopełnił wszelkich standardów dziennikarskich.

15. Premier Tusk po raporcie MAK. Szef rządu Donald Tusk w dniu publikacji rosyjskiego raportu był na urlopie. Po kilku dniach zabrał głos w tej sprawie: „dzisiaj te relacje polsko-rosyjskie, także w związku ze zdarzeniami z ostatnich dni, są relacjami trudniejszymi niż przed 10 kwietnia, co do tego nie ma wątpliwości. Być może znalazły się na rozdrożu. Z różnych względów. Ale zadaniem polskiego rządu, bo spoczywa na nas większa odpowiedzialność niż na tych, którzy krzyczą niemal każdego dnia, co im ślina na język przyniesie, zadaniem polskiego rządu jest wyprowadzić z tego rozdroża te relacje, a nie szukać argumentów na rzecz narastającego konfliktu”.

Piotr Paszkowski, rzecznik ministerstwa spraw zagranicznych poinformował, że na liscie pasażerów było 89 nazwisk, ale jedna osoba nie stawiła się na lotnisku Okęcie, skąd samolot wystartował. Wszystkie 88 osób, które znajdowały się na pokładzie, zginęły. Nie przeżył też nikt z ośmioosobowej załogi Tu-154M. 
Lista ofiar katastrofy
Lista osób, których nazwiska figurują na liście pokładowej prezydenckiego samolotu z Warszawy do Smoleńska. Ta lista jest obecnie weryfikowana:
Prezydent Lech Kaczyński
Małżonka prezydenta Maria Kaczyńska
ostatni prezydent RP na Uchodźstwie Ryszard Kaczorowski

Wicemarszałek Sejmu Krzysztof Putra
Wicemarszałek Sejmu Jerzy Szmajdziński
Wicemarszałek Senatu Krystyna Bochenek
Władysław Stasiak Szef Kancelarii Prezydenta
Aleksander Szczygło szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego
Paweł Wypych z Kancelarii Premiera
Mariusz Handzlik z Kancelarii Prezydenta
Wiceminister Spraw Zagranicznych Andrzej Kremer
Wiceminister Obrony Narodowej Stanisław Komorowski
Wiceminister Kultury Tomasz Merta 
Szef Sztabu Generalnego WP Franciszek Gągor
Sekretarz Generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik
Prezes Stowarzyszenia Wspólnota Polska Maciej Płażyński
Dyrektor Protokołu Dyplomattycznego Mariusz Kazana

Posłowie:
Lepszek Deptuła (PSL)
Grzegorz Dolniak (PO)
Grażyna Gęsicka (PiS)
Przemysław Gosiewski (PiS)
Sebastian Karpiniuk (PO)
Izabela Jaruga-Nowacka (Lewica)
Zbigniew Wassermann (PiS)
Aleksandra Natalli-Świat (PiS)
Arkadiusz Rybicki (PO)
Jolanta Szymanek-Deresz (Lewica)
Wiesław Woda (PSL)
Edward Wojtas (PSL)

Senatorowie:
Janina Fetlińska (PiS)
Stanisław Zając (PiS)

Osoby towarzyszące:
Rzecznik Praw Obywatelskich Janusz Kochanowski
Prezes NBP Sławomir Skrzypek
Prezes IPN Janusz Kurtyka
Kierownik Urzędu do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych Janusz Krupski
Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej Joanna Agatka-Indecka
Doradca prezydenta Jan Krzysztof Ardanowski
Barbara Mamińska z Kancelarii Prezydenta
Zofia Kruszyńska-Gust z Kancelarii Prezydenta
Izabela Tomaszewska z Kancelarii Prezydenta
Katarzyna Doraczyńska z Kancelarii Prezydenta
Dariusz Gwizdała z Kancelarii Prezydenta
Jakub Opara z Kancelarii Prezydenta
Kanclerz Orderu Wojennego Virtutti Militari, generał brygady Stanisław Nałęcz-Komornicki
Członek Kapituły Orderu Wojennego Virtutti Militari podpułkownik Zbigniew Dębski
prezes Światowego Związku Żołnierzy AK Czesław Cywiński
prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Piotr Nurowski
Anna Walentynowicz - przyczyna pierwszych strajków Solidarności...
Janina Natusiewicz-Miller
Janusz Zakrzeński
Adam Kwiatkowski
Marcin Wierzchowski
Maciej Jakubik
Tadeusz Stachelski
Dariusz Jankowski

Księża i prałaci (10 osób): 
Kapelan prezydenta Roman Indrzejczyk
ksiądz Ryszard Rumianek, rektor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego
ordynariusz polowy Wojska Polskiego, ksiądz generał Tadeusz Płoski 
prawosławny ordynariusz Wojska Polskiego, arcybiskup Miron Chodakowski
ewangelickie duszpasterstwo polowe - ksiądz pułkownik Adam Pilch
Ordynariat Polowy Wojska Polskiego - ksiądz podpułkownik Jan Osiński
ksiądz prałat Józef Gostomski
kapelan warszawskiej Rodziny Katyńskiej ksiądz Zdzisław Król
kapelan Federacji Rodzin Katyńskich ksiądz Andrzej Kwaśnik
prezes stowarzyszenia Parafiada ksiądz Józef Joniec

Kancelaria Prezydenta:
Marzena Pawlak
lekarz prezydenta Wojciech Lubiński
tłumacz języka rosyjskiego Aleksander Fedorowicz
sekretarz generalny Związku Sybiraków Edward Duchnowski

Kombatanci katyńscy:
Tadeusz Lutoborski
prezes Polskiej Fundacji Katyńskiej Zenona Mamontowicz-Łojek
prezes Komitetu Katyńskiego Stefan Melak
Wiceprzewodniczący Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Stanisław Mikke
Bronisława Orawiec-Roessler
Katarzyna Piskorska
prezes Federacji Rodzin Katyńskich Andrzej Sariusz-Skąpski
Wojciech Seweryn
Leszek Solski
Fundacja Golgota Wschodu Teresa Walewska-Przyjałkowska
Gabriela Zych
Ewa Bąkowska
Anna Borowska
Bartosz Borowski
Dariusz Malinowski

przedstawiciele dowództwa sił zbrojnych RP (6 osób):
Dowódca Operacyjny Sił Zbrojnych generał Bronisław Kwiatkowski
Dowódca Sił Powietrznych RP generał broni Andrzej Błasik
Dowódca Wojsk Lądowych RP generał dywizji Tadeusz Buk
Dowódca Wojsk Specjalnych generał dywizji Włodzimierz Potasiński
Dowódca Marynarki Wojennej generał Andrzej Karweta
Dowódca Garnizonu Warszawa generał brygady Kazimierz Gilarski

Funkcjonariusze BOR (8 osób):
Jarosław Lorczak
Paweł Janeczek
Dariusz Michałowski
Piotr Nosek
Jacek Surówka
Paweł Krajewski
Artur Francuz
Marek Uleryk

W katastrofie zginęła także załoga samolotu
W katastrofie prezydenckiego samolotu w Smoleńsku zginęło siedmioro członków załogi z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. To ten pułk odpowiada za obsługę lotów najważniejszych osób w państwie i bierze udział w ewakuacji Polaków z terytoriów innych państw. 
Kapitanem załogi był kpt. pil. Arkadiusz Protasiuk. To 36-letni absolwent Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie (1997 r.), Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego (1999 r.) oraz Wydziału Cybernetyki Wojskowej Akademii Technicznej (2003 r.). Odznaczony brązowym medalem "Za Zasługi Dla Obronności Kraju". Zostawił żonę i dwójkę dzieci.
Członkiem załogi był też mjr pil. Robert Marek Grzywna. Był absolwentem Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych (1997 r.); ukończył też Zarządzanie Ruchem Lotniczym w Akademii Obrony Narodowej (2003 r.). Odznaczony brązowym medalem "Za Zasługi Dla Obronności Kraju". Miał 36 lat. Był żonaty; miał jedno dziecko.
Wśród członków załogi był także 31-letni por. pil. Artur Karol Ziętek - starszy pilot specpułku. W 2001 r. ukończył Wyższą Szkołę Sił Powietrznych. Odznaczony brązowym medalem "Za Zasługi Dla Obronności Kraju". Był żonaty, miał dwójkę dzieci.
W sobotniej katastrofie zginął również starszy technik obsługi pokładowej pułku - 36-letni chor. Andrzej Michalak. Był absolwentem Szkoły Chorążych Personelu Technicznego Lotnictwa (1998 r.) oraz Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych (2000 r.). Także on był odznaczony brązowym medalem "Za Zasługi Dla Obronności Kraju". Był żonaty, miał jedno dziecko.
Członkami załogi prezydenckiego samolotu były też trzy osoby personelu pokładowego z 36-ego SPLT: 29-letnia Barbara Maria Maciejczyk, 25-letnia Justyna Moniuszko i 23-letnia Natalia Maria Januszko.
Załoga Samolotu TU 154 M: 
kpt. pil. Arkadiusz Protasiuk
mjr pil. Robert Marek Grzywna
por. pil. Artur Karol Ziętek
chor. Andrzej Michalak
Barbara Maria Maciejczyk - stewardesa
Justyna Moniuszko - stewardesa
Natalia Maria Januszko - stewardesa