sobota, 9 lutego 2013

Eutanazja. Belgia, Holandia, Polska

Eutanazja w Polsce? Czy to będzie wielka i zasadnicza sprawa jeśli eutanazja pojawi się w naszej rzeczywistości nie jako obiekt dociekań i rozważań ale jako fakt medyczny, jako zapis w prawie o jej dopuszczalności, najpierw w szczególnych przypadkach, potem może i w mniej szczególnych.
Na pewno nie o same zapisy tu chodzi, ale też nie tylko o wykonywanie zabiegi uśmiercania zniedołężniałych, beznadziejne chorych i chronicznie cierpiących ludzi, ale właśnie, że w prawie jest zapis: Nie wolno. Chodzi o to aby prawo nie dopuszczało takiej możliwości, żeby było jasne, że nie wolno.
Kiedy odbywają się hałaśliwe, pełne zacietrzewienia demonstracje, przeciwników wprowadzenia eutanazji i jej zwolenników, można im przeciwstawić postawę ludzi, którzy w zaciszu domu czy za drzwiami szpitala przypatrują się straszliwie dłużącemu się umieraniu bliskich.
We włoskim filmie, Dormant Beauty eutanazja jest przewodnim tematem filmu. Senator, który właściwie jest przeciwnikiem eutanazji pod wpływem wzruszenia i na prośbę cierpiącej, bladolicej żony odłącza ją od aparatury i przytula czule, umiera ona w jego objęciach, na oczach córki, będącej też przeciwniczką eutanazji, zaglądającej do pokoju chorej w tajemnicy przed ojcem. Ten obraz wzrusza córkę do głębi, ale zachowuje to w sercu, zaś ojcu okazuje gniew za śmierć matki, nawet jeśli przerwało to jej pasmo cierpień.
Potem, pod wpływem pewnych wydarzeń córka się zwierza ojcu, ich relacje nabierają rumieńców, wracają do życia.
I druga scena, wielka aktorka opiekująca się sparaliżowaną, oddychającą przez respirator córką, zdewociała, pragnąca świętości kobieta, matka nie okazująca zainteresowania drugiemu dziecku, synowi studiującemu również aktorstwo, odpychająca męża, również aktora, ale nie tak wielkiego jak ona. Jej poświęcenie córce, niszczy rodzinę, rozbija ją kompletnie - mieszkają osobno, widują się rzadko tylko z okazji świąt i urodzin. Kiedy zaś syn,odwiedzający matkę i siostrę wykorzystuje krótką nieobecność matki i pielęgniarek w domu (z okazji urodzin udały się na mszę, a jakżeby inaczej) odłącza siostrę od respiratora, aby uwolnić matkę od poświęcenia jej życia do bezwładnej córki, ale też aby odzyskać ją dla siebie, pomimo tego, że ojciec w porę zażegnał skutki głupiego postępku syna i brata, matka dowiaduje się o tym tylko pod wpływem intuicji, tak wielkie było jej skoncentrowanie wszystkich jej siły witalnych i mentalnych na chorobę córki. Ojciec i syn wyjeżdżają bez pożegnania, ta rodzina umarła wraz z chorobą i przedłużonym sztucznie życiem sparalizowanej dziewczyny.
Na filmie nie ma nic wprost powiedziane, tu widz musi określić swoją postawę wobec postaw i czynów postaci. Ale sugestia jest wyraźna, żyjmy dla żywych a chorym pozwólmy odejść aby żyli po śmierci w naszych wspomnieniach lepiej, bo scalając nas jako rodziny a nie dzieląc.
Albo inne dzieło, znacznie bardziej znane, Rodzina Thibault Rogera Martina du Garda. Tam Thibault lekarz uśmierca swojego ojca i czyni to w imię miłości i oddania. Tym niemniej jednak to, że autor opisuje jakąś scenę, nie może świadczyć o tym, ze utożsamia się z postacią lub identyfikuje z jej czynami. Ale na pewno zaświadcza o tym, że rozumie i nie potępia, nawet jeśli nie pochwala.


Belgia przesuwa granice w dyskusji o eutanazji.

opublikowano: 06/11/13 dodane 07/11/2013


Kilkunastu belgijskich pediatrów w opublikowanym liście otwartym opowiedziało się za rozszerzeniem prawa do eutanazji na osoby niepełnoletnie lub chorych na alzheimera. Przywódcy religijni stanowczo protestują Z kolei siedmiu przywódców religijnych przestrzegło przed banalizowaniem tematu.

W izbie wyższej belgijskiego parlamentu trwa obecnie debata na temat tego, czy eutanazja powinna być dostępna dla osób poniżej 18. roku życia, które są w stanie samodzielnie się jej domagać, oraz osób starszych cierpiących na choroby degeneracyjne, jak choroba Alzheimera lub otępienie naczyniowe. Według belgijskich mediów apel pediatrów może wpłynąć na decyzję parlamentarzystów, którzy są podzieleni w sprawie przyjętej przed 11 laty nowelizacji przepisów o eutanazji.

W liście opublikowanym we francuskojęzycznym dzienniku "Le Soir" i we flamandzkiej gazecie "De Morgen" 16 pediatrów wezwało parlamentarzystów do jak najszybszego zalegalizowania eutanazji dla osób niepełnoletnich. List podpisali m.in. lekarze pracujący w szpitalach katolickich.
Każda decyzja dotycząca zakończenia życia jest aktem człowieczeństwa, który może mieć miejsce tylko w ostateczności. Dlaczego mielibyśmy pozbawiać niepełnoletnich tej możliwości?
- napisali pediatrzy. Z ich doświadczenia wynika, że
w obliczu poważnej choroby i nieuchronnej śmierci osoby niepełnoletnie bardzo szybko stają się dojrzałe
- czytamy w liście otwartym.
Nie chodzi nam o szerzenie pewnej filozofii wśród dzieci. Chcemy jedynie słuchać, co mają do powiedzenia, i odpowiedzieć na ich cierpienie
- tłumaczyła belgijskiemu nadawcy radiowo-telewizyjnemu RTBF pediatra Dominique Biarent, która pracuje na oddziale intensywnej terapii w brukselskim szpitalu dziecięcym im. królowej Belgów Fabioli.
Gdy leczenie już jest niemożliwe, powinniśmy być w stanie towarzyszyć im podczas śmierci, co bez wątpienia jest najbardziej bolesną i najtrudniejszą częścią naszego zawodu
- dodała Biarent.

Jak pisze agencja AFP, eksperci, którzy wypowiadali się w parlamencie, przyznali, że eutanazja była już nielegalnie praktykowana w przypadku osób niepełnoletnich.

Przeciwni rozszerzeniu prawa do eutanazji są przedstawiciele belgijskich społeczności religijnych.
Wyrażamy nasze wielkie zaniepokojenie w obliczu rosnącego ryzyka banalizowania kwestii eutanazji
- napisali we wspólnym komunikacie przywódcy społeczności katolickiej, protestanckiej, prawosławnej, muzułmańskiej i żydowskiej w Belgii. Ich zdaniem rozszerzanie eutanazji na chorych na alzheimera odbiera godność tym osobom.
"Poddawanie osób słabych, dzieci i chorych na alzheimera eutanazji jest radykalnym zaprzeczeniem ich człowieczeństwa" i zagraża "fundamentom społeczeństwa"

- zaznaczyli przywódcy religijni. Jednocześnie podkreślili, że sprzeciwiają się "zarówno fizycznemu, jak i moralnemu cierpieniu, głównie dzieci"."
Skrytykowali też wywieranie presji na lekarzy, by praktykowali eutanazję.

Jak wynika z opublikowanego niedawno sondażu, ok. trzech czwartych Belgów opowiada się za rozszerzeniem prawa do eutanazji. Opowiada się za tym też większość partii. Jednak przyjęcie nowelizacji prawa jest hamowane przez członków rządowej koalicji z ugrupowań chadeckich i centrowych. Nie jest więc jasne, czy nowe przepisy zostaną poddane pod głosowanie przed wiosennymi wyborami parlamentarnymi.

Zgodnie z prawem z 2002 roku w Belgii eutanazja jest dopuszczalna, jeżeli pełnoletni świadomy swoich czynów pacjent domaga się śmierci "dobrowolnie, w sposób przemyślany i czyni to wielokrotnie" i jeżeli nie jest poddany naciskom zewnętrznym. Jego choroba musi być nieuleczalna, a cierpienie fizyczne lub psychiczne "stałe i niedające się wytrzymać, bez możliwości jego złagodzenia".

W 2012 roku w Belgii zarejestrowano 1432 przypadki eutanazji, co stanowiło 2 proc. wszystkich zgonów. Była to też najwyższa liczba eutanazji od 2002 roku.







Holendrzy masowo mordują chorych i starych

 

Chore dziecko
Holendrzy stosują eutanazję u osób chorych na raka, ale także cierpiących na demencję czy choroby psychiczne.
Ujawnione właśnie statystyki za ubiegły rok są przerażające. Spośród tych 4188 przypadków, 3251 dotyczyło ludzi chorych na raka. 257 osób cierpiało na choroby nerwowe, 156 na choroby serca i układu krążenia. Aż 42 osoby poddane eutanazji chorowały na demencję, a u 13 stwierdzono chorobę psychiczną. Te dwie ostatnie kategorie wywołują szczególne zaniepokojenie. Prawo w Holandii mówi, że pacjent musi wyrazić jasną prośbę o eutanazję. Czy może to zrobić osoba z demencją, lub chora psychicznie?
Od kiedy eutanazja stała się legalna w Holandii, co nastąpiło 1 kwietnia 2002 r. w kraju tym wysłano w zaświaty w ten sposób tylu ludzi, ilu mogłoby zaludnić małe miasteczko. W 2002 r. liczba przypadków eutanazji wynosiła 1626. I z roku na rok rosła. 
W 2012 r. skoczyła o 13 procent w porównaniu z rokiem 2011. Media zachodnie przypisują to rozpoczęciu „pracy" przez mobilne zespoły eutanazyjne w Holandii. Taki zespół, złożony z lekarza i pielęgniarki, może przyjechać wezwany telefonicznie i załatwić, co trzeba. 
Nie dziwi więc, że w tym kontekście brytyjski „Daily Mail" przypomniał, iż Holandia legalizując eutanazję była pierwszym krajem na świecie, który to zrobił od czasu nazistowskich Niemiec.

W Belgii rozważa się możliwość legalizacji eutanazji wobec dwóch grup, wobec których jej do tej pory nie według ustawy przynajmniej nie stosowano: dzieci i ludzi z demencją. Inicjatorami są politycy rządzącej lewicy ale również lekarze – początek całemu procesowi dał list kilkunastu pediatrów. Belgia to obok Holandii jeden z pierwszych krajów europejskich, który przełamał to tabu w swoim prawie.

P.Zaręba:
"W  sprawie eutanazji nie sposób się ograniczać do prostych formułek. Trzeba podjąć pełną dyskusję, bo inaczej tak zwana druga strona ją wygra na samym początku odwołując się do najpotężniejszej i najbardziej skutecznej broni: współczucia. Co więcej, będzie to broń do pewnego stopnia wynikająca z samej istoty zjawiska. Rzeczywiście mamy do czynienia z pojedynczymi, ale najbardziej nagłaśnianymi, przypadkami, kiedy to ludzkie cierpienie jest nie do zniesienia, a wola własnej śmierci autentyczna i przemożna.
Zarazem już pierwszy polski przypadek, który na moment nadał treść debacie o eutanazji u nas, pokazuje, jak łatwo tu o uproszczenia i decyzje pochopne. W roku 2007 sparaliżowany Janusz Świtaj ze Śląska zażądał dla siebie prawa do tak zwanej godnej śmierci od sądu. Stało się to dla pisma „Dziennik” okazją nie tylko do zainteresowania się jego losem, ale o do gromkiego wezwania do „rozpoczęcia dyskusji na temat eutanazji”. Byłem wtedy w środku tej gazety i byłem jednym z tych, którzy takie stanowisko kontestowali. Namówiłem Jana Rokitę, też komentatora „Dziennika”,  do napisania komentarza przypominającego, że jedynie zasada świętości życia jest bezpiecznym bastionem naszej cywilizacji. Sam popełniłem podobny tekst. Wspólnymi siłami wygasiliśmy wtedy tę pasję własnej gazety.
W sześć lat później Janusz Świtaj wyposażony przez fundację Anny Dymnej w stosowny sprzęt ułatwiający mu życie, studiuje na Uniwersytecie Śląskim. Nie tylko pomógł sobie, ale pomaga innym. Znalazł cel w życiu, choć zapewne jest to życie dużo trudniejsze niż każdego z nas. Nie dziwię się jego ówczesnym myślom, nie dziwię się nastawieniu jego rodziny, która widzi cierpienie bliskiego człowieka. Ale czym innym są odruchy jednostek, czym innym stworzenie systemu. A legalizacja eutanazji oznacza stworzenie systemu, w którym lekarze ze specjalistów od ratowania życia mają się stać specjalistami od zadawania czy w każdym razie ułatwiania śmierci.
Mogę sobie wyobrazić sytuację, kiedy to sąd jednostkowo i w drodze wyjątku stosuje wobec kogoś, kto pomógł umrzeć bliskiej osobie, nadzwyczajne złagodzenie kary (taka możliwość zawsze istnieje w obecnym prawie). Nie akceptuję sytuacji zachęcania do takich decyzji przez odpowiednie prawne rozwiązania, bo gdyby one istniały, Janusz Świtaj być może by dziś nie żył.
Nie uspokajajmy się jednak tym, że od nas te dylematy są daleko. Przypadek z 2008 roku pokazuje, że temat może wrócić każdej chwili. Wystarczy znaleźć odpowiednio dramatyczną historię. Kto dziś pamięta, że w ślad za „Dziennikiem”, którego kierownictwo powodowało się moim zdaniem przede wszystkim chęcią zyskania rozgłosu, także premier Tusk wypowiedział zdawkową formułkę o „konieczności dyskusji”?  Szybko się z tego wycofał, bo nie było społecznego klimatu. A gdyby się pojawił?
Przykład z Belgii pokazuje zarazem, że nie chodzi tylko o samą zasadę. Że jak się raz wejdzie na tę drogę, nie ma od niej odwrotu, i przekraczane będą kolejne granice. Niszczone kolejne bezpieczniki. Skoro współczujemy dorosłym, dlaczego mamy nie współczuć dzieciom? Ale czy dzieci mogą podejmować w pełni świadome decyzje? Od jakiego wieku? To jest tak naprawdę ruch w stronę pozbywania się jednych członków rodziny z woli innych. Nawet jeśli pierwszy przypadek będzie dramatyczny i „bezdyskusyjny”.
Tym bardziej dotyczy to osób z demencją. Gdzie tu można mówić o świadomy akcie woli? To jest droga do tego aby dyskusję o samobójstwie przy pomocy państwa przekształcić w debatę o pierwszym wyłomie w zakazie zabójstwa. A przecież niezależnie od przerażenia związanego z samym precedensem, nie da się opisać każdego przypadku w ogólnej suchej normie prawa. Dziś powodem będzie coś bezdyskusyjnie dramatycznego. Jutro brak komfortu kogoś, kto chce przyśpieszyć odejście starych rodziców.
To bardzo charakterystyczne, ale w Belgii nowy pomysł kwestionuje tamtejsza chadecja, która nie oponowała mocno przeciw poprzedniej ustawie. Dziś poniewczasie jej politycy widzą, w którą stronę podąża ten marsz. Ale tym bardziej smutna i zarazem groteskowa była ich wcześniejsza postawa.
Nie ma we mnie histerii tych konserwatystów, którzy uważają, że wszystko co mamy dzisiaj, jest gorsze od tego co było kiedyś. Nowoczesne społeczeństwa dobiły się także rzeczywistego postępu: ochrona dzieci przed przemocą (przy wszystkich ideologicznych przegięciach) czy równouprawnienie kobiet (znów przy przegięciach) to rzeczy, które uważam za słuszne. To samo sądzę na przykład o coraz gorliwszej ochronie zwierząt. Jeśli jesteśmy lepsi, chronimy innych.
(Tutaj, P. Zaręba pozwala sobie na swoiste zagranie, przegięcie jak sam to nazywa i używa słowa: 'histeria', niestety jest to głupie na co sbie pozwala, ale w ten sposób chce być poprostu bardziej pośrodku, mieć szansę na 'wysuchanie' większej liczby odbiorców, aby nie szufladkowano go jako ekstremisty, bowiem każdy nawet, konserwatysta, ulega propagandzie - lewackiej, i się jej boi, nawet kiedy się do tego nie przyznaje.
Postęp w społeczeństwie, to technologia, rozwój nauk, a nie uchwalanie coraz większej ilości praw, ustaw, ustawek i przepisów chroniących wszystko to co odpowiada przemsłowi konsumpcyjnemu i ideologom lewicy. )
Zarazem jednak przyświecać nam zaczyna tak toporna i prymitywna zasada gonitwy za szczęściem, że sami zaprzepaszczamy swoje osiągnięcia.  Jedną ręką komuś pomagamy, drugą, budujemy podwaliny pod zadawanie innym krzywdy. Naturalnie pod szczytnymi hasłami. Ale jutro, pojutrze one znikną, zostawiając miejsce dla zwykłego egoizmu, wygodnictwa, ba, brutalności."

Dodane 27/11/2013
"Belgowie krok za krokiem zbliżają się do zalegalizowania eutanazji wśród dzieci. Dwie komisje belgijskiego Senatu poparły w środę znaczną większością głosów projekt kontrowersyjnej ustawy przewidującej rozszerzenie prawa do eutanazji na śmiertelnie chore osoby niepełnoletnie.
Według mediów na wspólnym posiedzeniu senackich komisji spraw społecznych oraz sprawiedliwości projekt ustawy poparło 13 deputowanych, a jedynie 4 było przeciwko. Projekt trafi teraz pod obrady całego Senatu.
Jeśli nowe prawo wejdzie w życie, to nieuleczalnie chore dzieci, które odczuwają nieznośny ból fizyczny i są w ostatnim stadium choroby, będą mogły poprosić o eutanazję, pod warunkiem, że rodzice wyrażą na to zgodę. Wymagana będzie również opinia psychologa, że dziecko jest świadome konsekwencji takiej decyzji.
To odpowiedź na dramat, jaki przeżywają dzieci, których cierpieniom nie można ulżyć
- powiedział jeden z inicjatorów ustawy, socjalista Philippe Mahoux. Przypomniał, że propozycję nowego prawa poparło wielu belgijskich pediatrów, którzy niedawno opublikowali list otwarty w tej sprawie.
Według opublikowanego w październiku sondażu także około trzech czwartych Belgów opowiada się za rozszerzeniem prawa do eutanazji na osoby poniżej 18. roku życia.
Przeciwni zmianie obowiązującej od 11 lat ustawy są współrządzący Belgią chadecy premiera Elio Di Rupo. Ale będący w koalicji rządowej socjaliści i liberałowie poparli w senackich komisjach projekt zmian prawnych wraz z opozycyjnymi ugrupowaniami flamandzkich separatystów i Zielonych.
Zgodnie z prawem z 2002 roku w Belgii eutanazja jest dopuszczalna, jeżeli pełnoletni świadomy swoich czynów pacjent domaga się śmierci
dobrowolnie, w sposób przemyślany i czyni to wielokrotnie" i jeżeli nie jest poddany naciskom zewnętrznym. Jego choroba musi być nieuleczalna, a cierpienie fizyczne lub psychiczne "stałe i niedające się wytrzymać, bez możliwości jego złagodzenia.
W 2012 r. w Belgii zarejestrowano 1 432 przypadki eutanazji, co stanowiło 2 proc. wszystkich zgonów. Była to też najwyższa liczba eutanazji od 2002 r.
Sąsiadująca z Belgią Holandia zezwala na eutanazję dzieci, ale dopiero od 12. roku życia. Od 2002 r. w kraju tym odnotowano pięć przypadków eutanazji osoby niepełnoletniej. Belgijski projekt ustawy idzie dalej, bo nie zawiera żadnego ograniczenia dotyczącego wieku dziecka.
W związku z dzisiejszą decyzją senackich komisji przedstawiciele belgijskich wspólnot religijnych wyrazili ubolewanie.
W oświadczeniu podpisanym przez przewodniczącego episkopatu, abp André-Josepha Léonarda, a także wielkiego rabina Brukseli, przedstawicieli Kościoła anglikańskiego, prawosławnego, Kościołów protestanckich oraz wspólnoty muzułmańskiej wyrażono rozczarowanie i smutek.
Podkreślono współczucie dla rodziców, których dzieci przedwcześnie stają w obliczu śmierci i cierpią. Wskazano na konieczność otoczenia terapią paliatywną osób śmiertelnie chorych i opowiedziano się przeciw prowadzeniu uporczywej terapii. Przedstawiciele belgijskich wspólnot religijnych podkreślają konieczność ulżenia cierpieniom dzieci, zgodnie z osiągnięciami medycyny.
Nie banalizujmy aktu zadawania śmierci, podczas gdy jesteśmy stworzeni dla życia
- czytamy w deklaracji. Jej sygnatariusze przyznają, że miłość aż do ostatnich chwil wymaga ogromnej odwagi. Jednocześnie podkreślają, że eutanazja niszczy więzi społeczne, rodzinne, które upadają pod presją rosnącego indywidualizmu. Apelują o otoczenie chorych i ich rodziny miłością, jak również osoby, które się nimi opiekują. Jednocześnie wzywają do poszanowania życia ludzkiego na każdym jego etapie.
Obecnie 2 proc. osób w Belgii umiera w skutek eutanazji."
ansa/KAI/PAP


Poniedziałek, 3 marca 2014 ND
"Belgijski król Filip I pomimo ogromnego sprzeciwu napływającego z całego świata podpisał skandaliczną ustawę legalizującą eutanazję dzieci. 
Dziennik „Le Soir” na swojej stronie internetowej poinformował, że Filip I zaakceptował akt prawny. Stało się to w czasie, kiedy oczy całego świata zwrócone są ku Ukrainie i Rosji. Tym samym przyjęcie tak ważnej ustawy jest przemilczane przez międzynarodową opinię publiczną.
Nie poskutkowało ponad 214 tysięcy podpisów ludzi z całego świata, które zebrano pod petycją do króla Belgii. Proszono w niej, aby nie podpisywał on przyjętej przez belgijski parlament ustawy zezwalającej na legalne zabijanie chorych dzieci. W ubiegły czwartek podpisy zostały przekazane monarsze.
Tym samym Belgia jest pierwszym na świecie państwem, które zezwala na eutanazję dzieci bez limitu ich wieku. W Holandii od dawna możliwy jest proceder zabijania nieletnich. Jednak tam obowiązuje ograniczenie wieku od 12. roku życia.
Skandaliczna ustawa zezwala na przeprowadzanie eutanazji osób poniżej 18. roku życia, które są nieuleczalnie chore i cierpią z powodu silnego bólu, bez perspektyw na polepszenie stanu zdrowia. Eutanazja dla małoletnich – w odróżnieniu od osób dorosłych – będzie możliwa wówczas, gdy cierpią oni na nieuleczalną chorobę. Psycholog musi ponadto potwierdzić, że dziecko ma zdolność osądu i jest w stanie podjąć decyzję o skróceniu jego życia, co wyłącza spod obowiązywania ustawy niemowlęta i chorych psychicznie. Na eutanazję dziecka potrzebna będzie także zgoda jego rodziców.
Doktor n. med. Krzysztof Szmyd, kierownik Wrocławskiego Hospicjum dla Dzieci, zwrócił uwagę, że „świadomość dziecka kilkuletniego, w którym rozumienie śmierci jest inne niż w przypadku nas, dorosłych – dzieci małe nie widzą nieodwracalnego charakteru śmierci – nie pozwala na dokonanie wolnego wyboru w tym zakresie”.
– Ten wybór będzie zdeterminowany tym, co powie mama czy tata. Młodsze dziecko na tyle rozumie świat, na ile objaśnią mu go rodzice – wskazał lekarz. Opisując pracę z dziećmi nieuleczalnie chorymi, dodał: – Nasi podopieczni, ci, którym choroba umożliwia wyrażenie swojej woli, mówią o tym, że chcą pojechać nad morze, chcą pojechać z braćmi w góry, mieć kota, o którym zawsze marzyli, czy dostać upragnioną śmieciarkę. Chcą także, by nie bolało. Nie ma proszenia o śmierć – podkreślił dr n. med. Krzysztof Szmyd."
Czwartek, 6 marca 2014 (02:05)

Z małżeństwem katolickich aktywistów wiedeńskich, dr Gudrun Kugler, prawnikiem, oraz dr. Martinem Kuglerem, historykiem – inicjatorami akcji zbierania podpisów pod petycją przeciwko wprowadzeniu eutanazji dla dzieci w Belgii, rozmawia Tomasz M. Korczyński

Pomimo ogromnego sprzeciwu napływającego z całego świata król Belgii Filip I podpisał skandaliczną ustawę legalizującą eutanazję dzieci. „Nasz Dziennik” szeroko zajmował się tą bulwersującą sprawą. Zachęcaliśmy również Czytelników do włączenia się w akcję, jaką Państwo zainaugurowali i przeprowadzili, a mianowicie zbierania podpisów pod petycją przeciwko wprowadzeniu eutanazji dla dzieci. Wspomnianą petycją apelowali Państwo do sumienia i podstawowych zasad etycznych króla Belgii. Co dla Państwa oznacza krok Filipa I?

Gudrun Kugler: – Król Belgii podpisał ustawę dopuszczającą eutanazję dzieci, chociaż przekazaliśmy mu w ubiegłym tygodniu ponad 210 tys. podpisów z 20 krajów. W ten sposób ustawa stała się faktem i zostanie wprowadzona w życie. Ten dokument jest swoistym sygnałem dla reszty świata. Coraz częściej będą się pojawiać głosy, i będą coraz głośniejsze, które będą domagały się wprowadzania w życie podobnych praw w innych państwach. Dlatego tak ważne jest, aby potwierdzić sprzeciw wobec eutanazji, m.in. w Niemczech i w Austrii, i obronić aktualny stan rzeczy.

Jakiej presji został poddany król Filip?

G.K.: – Mogę sobie wyobrazić, że król Filip I stanął nagle przed osobistym dylematem sumienia. Z tego, co wiem, monarcha jest nieszczęśliwy z powodu obowiązującej w jego kraju eutanazji, w tym dziecięcej. Jednak zarówno sama monarchia, jak i Belgia stoją dziś na chwiejnych nogach, w związku z czym, ze smutkiem, ale jednak, zdecydował się na podpisanie tej ustawy.

Co by się jednak wydarzyło, gdyby monarcha jej jednak nie podpisał?

G.K.: – Rząd belgijski zastosowałby zasadę zastępczych sygnatariuszy, a prawo i tak by weszło w życie. Oczywiście wiedzieliśmy o tym. Ale nasze czasy potrzebują dziś pilnie silnego świadectwa, że ten trend nie jest dobrym rozwiązaniem. Również Tomasz Morus nie mógł zapobiec ani rozwodowi króla Henryka VIII z Katarzyną Aragońską, ani powstrzymać schizmy w Kościele, jednakże jego odważny opór, który kosztował go życie, inspiruje nas do dziś.

Co osiągnęli Państwo swoją petycją?

Martin Kugler: – W sumie zebraliśmy 210 tys. podpisów. Razem z opowiadającymi się za życiem obywatelami mogliśmy dać światu wyraźny znak, który został zauważony przez wielu ludzi i wiele środowisk: niezliczona ilość mediów w Europie, a także poza nią, od Stanów Zjednoczonych po Kuwejt, relacjonowała naszą akcję i aprobowała ją. W samej Belgii oprócz komentowania podpisania przez króla tej ustawy w jednej z belgijskich gazet ponad połowa artykułu poświęcona była naszej kampanii.

Udało się Państwu osiągnąć wielkie poparcie dla kampanii. Jak przebiegała ta akcja?

M.K.: – Umieściliśmy petycję w internecie. Przez wiele różnych stron, osób i grup została następnie udostępniona i przekazana za pośrednictwem e-maili i rozmaitych portali. Wiele mediów pośredniczyło w rozpowszechnianiu naszej petycji. Także w Polsce. Wielu naszych współpracowników wskazywało, jak bardzo świat był zszokowany tą informacją. Eutanazja dzieci podkopuje fundament naszej cywilizacji. Podaje w wątpliwość życie całej wspólnoty.

Zajmują się Państwo również uświadamianiem opinii publicznej w Unii Europejskiej zjawiska ograniczania wolności religijnej chrześcijan w Europie. Jak wygląda sytuacja wyznawców Chrystusa na naszym kontynencie? Czy można powiedzieć, że katolicy są dzisiaj w Europie prześladowani?

M.K.: – Nie, chrześcijanie w Europie nie są prześladowani, ale nietolerancja i dyskryminacja przybierają na sile. Nie rozumie się już dziś ludzi wierzących. Coraz bardziej wiara postrzegana jest jako nieznośne obciążenie i ograniczenie. Religijne symbole przeszkadzają w sferze publicznej i mają z niej zniknąć. Konstruuje się prawa, które ograniczają wolność chrześcijan, na przykład w obszarze wolności sumienia, wolności przekonań, poglądów, autonomii prywatności. Unia Europejska opracowuje właśnie tak zwaną piątą dyrektywę o równym traktowaniu. Może ona poważnie naruszyć zasadnicze aspekty wolności obywateli w Europie. Będzie bowiem naruszać wolność i samostanowienie wszystkich Europejczyków oraz podporządkowywać ich osobiste życie prawnej i biurokratycznej kontroli. Katolik oskarżony o „dyskryminację”, na przykład na gruncie tzw. orientacji seksualnej lub religijnej danej osoby, będzie musiał dowieść swojej niewinności, podczas gdy osoba podająca się za ofiarę dyskryminacji jest tu automatycznie uznawana za taką. To ostatecznie doprowadzi do sytuacji, że chrześcijanie będą stawiani przed sądem.

Czy istnieją możliwości, abyśmy jako katolicy z różnych krajów mogli coś razem przedsięwziąć i razem współtworzyć lepszą przyszłość cywilizacji życia? Abyśmy mogli dawać świadectwo?

G.K.: – Czasem ma się wrażenie, że chrześcijanie w Europie oddali pole, wycofali się z polityki, a inicjatywę przejęły inne narodowe lub międzynarodowe instytucje. Jest bardzo ważne, aby się wzajemnie znać, współpracować ze sobą i wszędzie tam, gdzie można stawać w obronie godności ludzkiej, być obecnym w łączności ze sobą. Stworzyliśmy wiele sieci takiej współpracy na różnych obszarach, co zapewnia międzynarodową wymianę doświadczeń, dla wszystkich jest to bardzo cenne i stanowi zysk sam w sobie.

Jakie akcje realizuje Państwa organizacja?

M.K.: – Kairos Consulting (www.kairos-pr.com) funkcjonuje na obszarze non-profit. Chcemy z dobrych idei tworzyć dobre projekty. Prowadzimy projekt Obserwatorium Nietolerancji i Dyskryminacji Chrześcijan w Europie (www.IntoleranceAgainstChristians.eu), ponadto Europe4Christ, www.europe4christ.net, gdzie można zamówić nasz newsletter, do czego zachęcam. Prowadzimy katolickie pośrednictwo dla małżeństw w internecie www.kathTreff.org, które dziś obok krajów niemieckojęzycznych działa także na Łotwie, Węgrzech, wkrótce w Kenii i Chorwacji. Jego ideą przewodnią jest stworzenie możliwości zawarcia znajomości przez katolików. Także bardzo ważnym obszarem jest dla nas polityczne zaangażowanie katolików oraz aby chrześcijaństwo i chrześcijanie byli przedstawiani w sposób rzetelny i pozytywny. Kształcimy kadrę młodych i zdolnych ludzi na obszarze mediów."
Wtorek, 5 sierpnia 2014 (19:03)

"6 tysięcy eutanazji rocznie – tę granicę Holandia może przekroczyć już w grudniu.
Nikt nie wie, jak zatrzymać gwałtowny wzrost liczby zgonów indukowanych przez lekarzy na życzenie pacjentów bądź ich krewnych. „Kiedy już dżinn wydostanie się z butelki, nie wydaje się prawdopodobne, żeby go tam z powrotem zatłoczyć” – ostrzega prof. Theo Boer, etyk z uniwersytetu w Groningen.
Kiedy 12 lat temu Holendrzy zalegalizowali eutanazję i samobójstwo wspomagane, Boer był członkiem jednego z komitetów nadzorujących korzystanie z tych przepisów. Jeszcze w 2007 r. uważał, podobnie jak większość jego kolegów, że nowe prawo się sprawdza, dając gwarancję „stabilnej i relatywnie niskiej liczby eutanazji”. Dziś ostrzega Brytyjczyków, którzy w Izbie Lordów pracują nad podobnymi przepisami: „Potwornie się pomyliliśmy. Nie powielajacie naszych błędów”.
Co sprawiło, że prof. Boer radykalnie zmienił zdanie? Otwarcie furtki dla uśmiercania chorych – według wstępnych założeń na zasadzie „ostateczności”, obwarowane wieloma zastrzeżeniami i ścisłym monitoringiem – okazało się równią pochyłą. Jest na to szereg dowodów. Dane z pierwszych 5 lat funkcjonowania ustawy wykazywały względnie stałą liczbę zgonów po podaniu środka chemicznego, na poziomie około 2 tys. rocznie, w niektórych okresach odnotowywano wręcz jej spadek. Ale począwszy od roku 2008, uwidacznia się skokowy wzrost, o 15 proc. w skali każdego roku. Raport za 2012 r. odnotował już 4 tys. 188 takich przypadków – przytacza dane prof. Theo Boer, którego artykuł opublikował w lipcu br. serwis MercatorNet. Według jego szacunków, granicę 6 tys. Holandia przekroczy w tym lub przyszłym roku.
Trudno zachowywać już nawet pozory „wyjątkowości” zabójczych procedur. Dopuszczenie eutanazji społeczeństwo zaczęło z czasem odczytywać jako prawo, korzystanie z którego mają zabezpieczyć lekarze. A jeśli odmówią? Muszą wskazać profesjonalistę, który się tego podejmie. Jest to więc podobna ścieżka, jaką odbyło ustawodawstwo aborcyjne w wielu krajach Zachodu. „Wszystko zmierza do tego, że eutanazja stanie się »standardowym« sposobem umierania pacjentów onkologicznych” – przewiduje etyk. Podobnie jak „standardem” stało się uśmiercanie dzieci w prenatalnej fazie życia podejrzewanych o choroby genetyczne. Ten letalny pochód zdaje się nie mieć końca. W Belgii, bijącej rekordy w eutanazji w przeliczeniu na liczbę mieszkańców, od ubiegłego roku obowiązują przepisy o eutanazji dzieci.
Są tacy, którzy nie odmawiają. Profesor Boer prześwietla praktyki Holenderskiego Stowarzyszenia „Prawo do Śmierci” NVVE, które rozwinęło sieć podróżujących lekarzy eutanatystów. Praktyki te, stosowane w odniesieniu do setek przypadków, przejmują grozą. Nie ma mowy o dłuższej opiece. Przed wypisaniem recepty na „dobrą śmierć” lub odesłaniem z kwitkiem, bo tylko te dwie opcje „terapeutyczne” wchodzą w grę, taki specjalista widzi swojego pacjenta średnio zaledwie trzy razy. „Ale NVVE wydaje się nieusatysfakcjonowane tymi wynikami. Nie spoczną, dopóki letalna pigułka nie stanie się dostępna dla każdego człowieka powyżej 70. roku życia, który wyrazi życzenie śmierci” – konstatuje etyk.
W sprawozdaniach, zauważa Boer, rośnie liczba poddanych eutanazji pacjentów psychiatrycznych czy z demencją, cierpiących w istocie na starość, samotność, pogrążonych w żałobie. Czasami po prostu nie chcą narażać na szwank dobrego samopoczucia swoich bliskich. Według naukowca, ci, którzy wypisują receptę, zdają sobie sprawę, że niektórzy z tych chorych mogliby żyć jeszcze lata czy dekady.
Oto sens walki o klauzulę sumienia lekarzy. Jeśli jej nie będzie, kto powstrzyma letalny marsz?"


wtorek, 5 lutego 2013

Katastrofa smoleńska i jej przyczyny




To, co spowodowało zniszczenie samolotu, to dwa wybuchy, które były w ostatnich sekundach lotu. Jeden był na skrzydle, a drugi w kadłubie. Samolot rozleciał się na tysiące fragmentów, które upadły na ziemię w dużej przestrzeni – wyjaśnił dr inż. Grzegorz Szuladziński. Jednocześnie podkreślił, że upadek o ziemię spowodował dodatkowe rozdrobnienie szczątków Tu-154M. G. Szuladziński wyjaśnił, jakie fakty świadczą o prawdziwości tej tezy. Jak zaznaczył naukowiec, na eksplozję wewnętrzną Tu-154M wskazują nie tylko rozdrobnione fragmenty wraku, ale także szczątki ludzkie. W ocenie naukowca, odłamki tupolewa są duże, małe, średnie, co jest typowe dla wybuchu. – Kadłub samolotu w charakterystyczny sposób został rozpruty wzdłuż i rozwinięty. Żadna inna przyczyna, która mogłaby to spowodować, prócz wybuchu wewnętrznego, nie jest znana – wyjaśniał dr inż. Szuladziński. Ponadto podkreślił, że gdyby nastąpił wybuch na ziemi, pojawiłby się krach, odcisk na ziemi. G. Szuladziński, mówiąc o rozdrobnieniu szczątków ludzkich, podkreślił, że „takie szczątki powstają jedynie w wyniku wybuchu skondensowanego”.

Profesor Wiesław Binienda w swoim wystąpieniu zaprezentował konstrukcję i strukturę skrzydła samolotu Tu-154M oraz analizę swoich badań przeprowadzonych na uniwersytecie w USA. – Przy założeniu dużo słabszej konstrukcji samolotu i dużo mocniejszej strukturze drzewa oraz zachowaniu wszystkich sił, skrzydło przecina drzewo – dodał profesor. – Podczas naszych badań przyjęliśmy model cztery do pięciu razy mocniejszego drzewa od brzozy, która rzekomo urwała skrzydło samolotu Tu-154M. I nigdy w naszych analizach nie nastąpił taki skutek, jaki udowadniają eksperci z komisji Jerzego Millera – podkreślił W. Binienda.

Dr Wacław Barczyński w swoim wystąpieniu wyjaśnił przebieg badań innych katastrof lotniczych i porównał tamte działania z prowadzonymi w przypadku katastrofy smoleńskiej. Naukowiec mówił m. in., że w przypadku innych wypadków i katastrof lotniczych pieczołowicie zbierano szczątki samolotów, ofiar oraz bardzo dokładnie rekonstruowano wrak. Naukowiec wskazał na drastyczne różnice w samej formie końcowych raportów. Wszystkie pokazane przez naukowca wnioski były druzgocące zarówno dla komisji Millera, jak i dla MAK.
- Wyrwane nity świadczą o działaniu ciśnienia od wewnątrz. Na poszycie działały siły rozrywające, których tam być nie powinno – podkreślił W.Berczyński. Jak dodał, nie twierdzi, że na pokładzie Tu-154M znajdowała się bomba, ale – jak podkreślił naukowiec – musiało być duże ciśnienie wewnętrzne. – To nie był jeden rozerwany nit, było ich wiele. Dr Kazimierz Nowaczyk w swoim wystąpieniu podkreślił fakt "ukrycia" ostatniego alarmu TAWS i innych manipulacji związanych m.in. z synchronizacją czasu z urządzeń samolotu. – Przede wszystkim mieliśmy bardzo trudne zadanie wysublimowania z wszystkich danych zawartych w raporcie MAK i raporcie Millera tych informacji, które posiadają cechy prawdopodobieństwa. Bo, jak się okazuje, informacji ukrytych lub zamazanych jest bardzo dużo. Ukrycie zapisu TAWS 38, co zresztą MAK zrobił, tak istotnego punktu [elementu dla śledztwa – przyp.red.], w którym nastąpił zwrot tego, co się dzieje z samolotem, absolutnie wypacza jakiekolwiek wszystkie późniejsze analizy – powiedział w czasie debaty dr Nowaczyk. Dodał, że ostatnie minuty lotu samolotu, jego trajektoria zostały ustalone na podstawie uszkodzeń drzewostanu ma miejscu katastrofy. Naukowiec wskazał dość prymitywny sposób, w jaki rządowa komisja "ukryła" ostatni zapis TAWS na grafice dołączonej do raportu Millera. Jak podkreślił dr Nowaczyk, wczoraj prokuratura wojskowa oświadczyła, że brzoza została ścięta na wysokości 9 metrów, a nie jak wcześniej mówiono na 5 metrach. Jest to zasadnicza różnica, ponieważ – jak wskazał naukowiec – na wysokości 9 metrów brzoza ma 15 centymetrów średnicy. 

Dlaczego tak istotne jest wskazanie przyczyn katastrofy w Smoleńsku? Oczywiście dla najprostszego powodu - odkrycia prawdy, jakakolwiek ona jest. Oczywiste zaś jest, że nie jest ona przyjemna ani dla Polski ani dla Polaków, tym niemniej znacznie gorsze jest szerzenie nieprawdy, jako, że spycha ona nasz kraj w kierunku najmniej pożądanym - bo tam gdzie jest tak obrzydliwe kłamstwo tam jest bolszewizm, o ile ludzie na to kłamstwo się zgodzą, zaakceptują je. 

Odkrywanie przyczyn katastrofy oczywiście wiąże się z odpowiedzialnością za nią, stąd ten wielki strach, stąd tyle bezczelności i chamstwa w szerzeniu tchórzliwych kłamstw.
I kiedy jesteśmy przy tchórzostwie warto podkreślić, że Prezydent Kaczyński wpisał się w szereg tych starożytnych władców Polski (najdawniejsi nasi królowie byli dziedziczni, ale potem nastąpiła elekcyjność, nawet dziedziczni Jagiellonowie byli zatwierdzanie przez szlachtę, a elekcyjność to już prawie jak prezydentura, choć nie na oznaczony czas lat pięciu) którzy nie wahali się kłaść swojego życia na polu walki. Gdyby to była tylko katastrofa i śmierć w jej wyniku oraz nic więcej przedtem, to trudno byłoby się pokusić o taką tezę, ale Lech Kaczyński w 2008 roku wykazał się niesłychaną odwagą, miał również, musiał mieć na uwadze to co spotkało prezydenta Ukrainy Juszczenkę, wiedział zatem, że ryzyko polityczne to drobiazg przy tym, że on realnie ryzykuje swoim życiem, a także swojej żony.

Rosja.

Czym grozi Rosja

Czy Rosja rzeczywiście jest potęgą zagrażającą światu? Czy stać ją na wojnę z bogatymi państwami Zachodu? Siła rosyjskiej armii jest mocno zmitologizowana. Widać to było w Czeczenii i Gruzji. Niewielkie, ale bitne narody stanęły niemal do równorzędnej walki z największym państwem świata. Ani rosyjskie uzbrojenie, ani morale żołnierzy nie dają Moskwie istotnej przewagi. Dopiero masa żołnierzy i czołgów powodowała rozstrzygnięcie militarne na korzyść Kremla. Jednak ta masa jest znacząca, gdy po drugiej stronie stoi samotny naród, do tego niezbyt liczny. Rosjanie ekonomicznie i logistycznie nie są przygotowani do wojny nawet ze średniej wielkości państwem, jeżeli wykaże ono wystarczającą determinację do swojej obrony.
Poza II wojną światową Rosja w realnym starciu z dużymi państwami przegrywała. Zajęcie zaangażowanej militarnie w wojnę z Hitlerem Polski nie było żadnym sukcesem. Moskwa musiała nawet ulec niewielkiej Finlandii. Również początek wojny ZSRS–Niemcy to potworna kompromitacja Kremla. Dopiero międzynarodowa pomoc udzielona Rosji i szaleństwo Hitlera, który zamiast pozyskiwać podbite narody, mordował je bezwzględniej niż Sowieci, odwróciło kartę na korzyść Stalina.

Po II wojnie światowej Rosjanie byli potęgą, ale korzystali głównie ze słabości Zachodu. Ekonomicznie zostali daleko w tyle i wreszcie w latach 80. przegrali rywalizację w wyścigu zbrojeń. Mimo upływu ponad 20 lat od rozpadu ZSRS nie udało im się odbudować nawet części tamtej potęgi. Nie wiadomo, jakich realnie sił mogą użyć, gdyż nie zawsze to, co jest na papierze, odpowiada prawdzie. Ich siłą, podobnie jak przez ostatnie kilkaset lat, jest słabość przeciwników. Korzystają szczególnie mocno z zainstalowanych na terytorium wroga agentów, lobbystów i pożytecznych idiotów. Działalność tych grup nie tylko ułatwia Moskwie załatwianie interesów, lecz także przygotowuje okazję do bezpośredniego zaangażowania militarnego.

Bez przeciwdziałania ze strony zagrożonego państwa taka okazja wcześniej czy później nadejdzie. Przeciwdziałanie jest proste: należy ujawniać i ograniczać środkami politycznymi i prawnymi działalność agentury, odbierać możliwość działania prorosyjskim lobbystom i kompromitować pożytecznych idiotów. Ciekawi są ci ostatni. Rzadko kiedy są ubrani w prorosyjskie piórka. Często są to albo kosmopolici, jak w II RP i czasach PRL, albo słowianofilscy nacjonaliści, jak w Polsce od czasów targowicy do dziś. Przebranie jest mało istotne. Najważniejsze jest to, czyją realizują politykę. Stąd czasem niesamowite alianse polityczne. Zrozumieć je można, gdy wiemy, gdzie mają swoją centralę.




Wycięty slot, czyli kulisy manipulacji

7f52fd1e84d0091b7d2966d3c3fda1d1,2,0
Manipulacje i kłamstwa,  które przetaczają się przez media, w związku z oświadczeniem zespołu Laska o rzekomym sfałszowaniu zdjęcia przez ekspertów Zespołu Parlamentarnego, przekroczyły już wszelkie granice.
Ani dowód, ani zdjęcie - wywiad z prof. Biniendą >strona [2]

A wszystko to podporządkowane zostało jednemu celowi, który wczoraj zgrabnie sformułował na twitterze niejaki Azrael: „Będziemy powoli – ale do końca tego roku – kończyli zespół Macierewicza”.
Granica końca roku, jak również dzisiejsze zapowiedzi członków zespołu Laska, że są przygotowywane kolejne prowokacje, podobne do tej ze zdjęciami, każą przypuszczać, że na Zespół Parlamentarny Antoniego Macierewicza zostało wydane zlecenie: wykończyć.  Tym samym strona rządowa i jej akolici przyznali, że nie mają żadnych dowodów na obronę swoich tez, król jest nagi, a dowody leżą w Moskwie. Zostały im tylko brzydkie chwyty, manipulacje i  fałszywe oskarżenia, co przy czynnym udziale mediów, daje spory efekt propagandowy, choć jest to przekaz na poziomie walenia młotem.
Trzeba również zapomnieć i ostatecznie rozstać się z nadzieją, że eksperci Laska kiedykolwiek zasiądą z otwartą przyłbicą do debaty z ekspertami A. Macierewicza, choćby przez skype’a. Nigdy tego nie uczynią z prostego powodu: po 5 minutach musieliby uciekać w popłochu, albo wyrywać mikrofon swoim adwersarzom.  To nie są ludzie, którzy stają do pojedynku na otwartym polu, nie ta liga.
Sytuacja, z jaką mamy obecnie do czynienia, przypomina najgorsze lata sowieckiej propagandy, która za pomocą podobnych chwytów i metod przedstawiała żołnierzy niepodległościowego podziemia, jako bandytów i współpracowników Hitlera. Nauka z tamtych czasów nie poszła w las. Nie udał się numer z zastraszeniem, z niezrównoważonymi naukowcami, cierpiącymi na zaburzenia psychiczne, toteż przystąpiono do oskarżeń o fałszerstwa.
Zespół Laska, tak ochoczo udzielający się od dwóch dni w mediach, zarzucił fałszerstwo zespołowi Macierewicza, pokazując na dowód rzekomych fałszerstw zmanipulowane zdjęcie, czym wprowadził w błąd opinię publiczną. Oto w swoim oświadczeniu pan Lasek grzmiał, że prezentowane przez profesora Biniendę zdjęcie, przedstawiające rekonstrukcję slotu lewego skrzydła, który nie został uszkodzony od uderzenia w przeszkodę, zostało celowo zmanipulowane (fot.1).
fot. 1 - zdjecia prezentowane przez prof. Biniendę, rekonstrukcja slotu, obraz pokazujący cały fragment skrzydła ze slotem
fot. 1 – zdjecia prezentowane przez prof. Biniendę, rekonstrukcja slotu, obraz pokazujący cały fragment skrzydła ze slotem
Według zespołu Laska, na podstawie tego fałszywego zdjęcia profesor Binienda, a za nim ZP, sformułowali tezę o zamachu. Jest to kłamstwo, gdyż po pierwsze profesor Binienda nigdy nie użył słowa zamach, a po drugie podstawą do formułowanych przez niego tez, że brzoza nie mogła przeciąć skrzydła, są wyniki badań i symulacji, a nie zdjęcia.
Cóż widać na owym zdjęciu z prezentacji profesora Biniendy? Otóż jest to próba zobrazowania całości slotu, poprzez jego rekonstrukcję ze znajdujących się obok elementów. Przy każdym wystąpieniu było podkreślane, że jest to rekonstrukcja, a nie zdjęcie rzeczywiste, co widać gołym okiem na nagraniach video.
W jaki sposób zespół rządowy usiłował dowieść rzekomego fałszerstwa dokonanego przez ZP Macierewicza?
Pokazując zdjęcie ze swoich zasobów, na  którym wszak brakuje kluczowej dla całej sprawy części: slotu właśnie (fot. 2)! Na zdjęciu z oświadczenia Laska ten element został sprytnie przycięty, całkiem go pominięto, pokazano za to pięknie rozprute skrzydło.  Jednak dla mniej zorientowanych przekaz poszedł następujący: Binienda zmanipulował zdjęcia skrzydła, pokazując nienaruszone sloty, a na naszych zdjęciach widać doskonale, ze tam była destrukcja. Tyle, ze zapomniano dodać i pokazać, że destrukcja dotyczyła skrzydła, a nie slotu, czego ZP nigdy nie kwestionował.
fot. 2 - zdj. od góry - zdjęcie nie obejmuje slotu, a jedynie "środek" skrzydła; zdj z ośw. Laska
fot. 2 – zdj. od góry – zdjęcie nie obejmuje slotu, a jedynie „środek” skrzydła; zdj z ośw. Laska
Trzeba być rzeczywiście w bardzo kiepskiej sytuacji, jak to się mówi „dojść do ściany”,  aby zarzucać komuś fałszowanie zdjęć slotu, a na dowód rzekomego fałszerstwa tego elementu,  prezentować zdjęcia, które slotu nie przedstawiają.
Pozostaje też inna możliwość: członkowie zespołu Laska nie rozróżniają po prostu poszczególnych elementów skrzydła i mylą krawędź skrzydła ze slotem.
Najnowsza akcja zespołu Laska i zaprzyjaźnionych mediów jest wyjątkowo podła, nieuczciwa  i tak naprawdę sytuuje ekspertów Laska na pozycji ludzi, którym nie wolno nawet podać ręki, ci ludzie stracili zdolność honorowa. Prezentowana przez nich wyjątkowa bezczelność i arogancja wynika nie tylko z poczucia ochrony medialnej, prawnej, ale też politycznej.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Upamiętnianie zasłużonych



Jednym z ważnych zadań, do którego poczuwa się ogromna rzesza ludzie w Polsce i z Polską związanych jest upamiętnianie zmarłych oraz bohaterów narodowych - tych dużego formatu i tych związanych z lokalnymi społecznościami.
Pomimo, że nie brakuje upamiętniania wokół to w rzeczy samej brakuje go jak najbardziej. Czyli upamiętnianie jest ale pamięć woła o większe lub po prostu właściwe upamiętnianie tych, którzy poświęcili życie dla sprawy. Oczywiście poświęcić życie to nie tylko je oddać na polu walki ale często po prostu podporządkować jakieś idei, jakiejś sprawie co do której nie można się uchylić.
Kiedy patrzymy na to jak II Rzeczpospolita oddawała honory Powstańcom Styczniowym którzy dotrwali do czasów wolnej Polski a jak obecna Polska oddaje honory bojownikom antysowieckim w okresie po II Wojnie światowej to burzy się w wielu z nas krew.
Oczywiście wszelkie upamiętnianie zawsze ma swoich przeciwników, ale nie dotyczy to lokalnych bohaterów, bowiem trudno jest znaleźć w Sokołowie Podlaskim przeciwników pomnika Księdza Brzózki, ale kiedy docieramy do poziomu krajowego, wówczas przeciwników znajdujemy mnóstw, może nie lokalnego bohatera, ale całej sprawy której służył.
We wspomnianym Sokołowie trudno byłoby też znaleźć przeciwników Pomnika Żołnierzy Wyklętych, ale już nie przeciwników ale wrogów żołnierzy wyklętych i nazywania tych bohaterów bandytami na szczeblu krajowym, że użyję języka lewaków, już nie trudno znaleźć.
Mamy zatem sytuację taką, że lokalnie lewacy, bo to głównie oni są wrogami wszelkich tradycji patriotycznych są bardzo słabi, ale centralnie, korzystając z bezczelności lub z układów finansowych są silni.
Właściwie to lokalnie nigdy nie byli silni, nawet przecież rewolucja bolszewicka lokalnie była słaba ale i tak wygrała.
Bez zajęcia centrum nigdy patrioci nie będą należycie upamiętnieni. Lokalnie można sobie dużo robić i to będzie i jest słuszne, właściwe, ale bez zajęcia centrum, ogromne wysiłki ludzi czynu, działaczy lokalnych mogą pójść na marne.

O zbrodniach komunistycznych w Polsce mówi się oficjalnie dopiero od dziewięciu lat. Dobrego zaś imienia tych, którzy owe zbrodnie popełniali, strzegą gorliwie środki przekazu tzw. głównego nurtu. A także żyjący jeszcze sprawcy i współsprawcy zbrodni, ich rodziny i ideowi sympatycy. Pod szczególną ochroną zdają się przy tym być uczucia i interesy naszego wschodniego sąsiada. I tak w sierpniu 2010 roku, w dziewięćdziesiątą rocznicę Cudu nad Wisłą, w której wojsko polskie uratowało Europę przed najazdem bolszewickim, prezydent Bronisław Komorowski wraz z nowo mianowanym sekretarzem Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzejem Krzysztofem Kunertem zamierzali w Ossowie odsłonić w towarzystwie ambasadora Federacji Rosyjskiej pomnik nagrobny ku czci poległych żołnierzy sowieckich. Za prawosławnym krzyżem ustawione zostały pochylone do przodu, gotowe do starcia (z wrogiem?) bagnety. Pomysł ten śp. prof. Józef Szaniawski nazwał „testem na odporność Polaków”.

"Coś naprawdę ściskającego krtań było w tym ostrym, konsekwentnym rozgraniczeniu na my i oni. Jak wtedy w powstaniu. Ani cienia wątpliwości, kto jest kto. Ani chwili wahania, do kogo się przynależy. Jedność narodowa – w najszczerszym, najpełniejszym wydaniu” – wspominał po latach okres przed wyborami w 1947 r. uczeń warszawski Andrzej Marzecki.
- „Hej, koleś, urywaj się!”, krzyknął do niego pewnego dnia, wskakując do tramwaju, może siedmioletni sprzedawca gazet. 
- „Chamy robią łapankę”. Marzecki rozwoził wtedy po mieście PSL-owskie „czwórki”.
- „Dawaj mi połowę i chodu!”. I zanim milicja zatrzymała tramwaj, większość pozostałych ulotek zniknęła w kieszeniach pasażerów. Wskazał jednak na niego „jakiś typ o twarzy bardzo na czasie”. Wkrótce potem UB zawiozło Marzeckiego na Pragę, do siedziby Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, który już od lutego 1945 r. mieścił się w budynku należącym do Kościoła prawosławnego na ul. Cyryla i Metodego 4. Do gmachu, który stał się „symbolem epoki”. Krążyły wtedy po Warszawie kawały, jak to Polacy dzielą się na trzy grupy. „Tych, co tam siedzieli, tych, co tam siedzą, i tych, co tam siedzieć dopiero będą”. „Siedzieć” i ginąć, nie tylko na polu bitwy, Polacy praktycznie nie przestawali od 1939 roku, gdy to Hitler wraz ze Stalinem podbijać zaczęli Polskę. Bombardując i podpalając ludzkie siedziby. Aresztując, mordując i katując polskich obywateli. Sowieci, a po nich Resort Bezpieczeństwa Publicznego, znajdujący się pod ścisłym nadzorem i kontrolą ekspozytur NKGB, NKWD i kontrwywiadu wojskowego Smiersz, wykorzystywali przy tym teraz często do swoich celów te same więzienia i obozy co Niemcy. A NKWD przejmowało sieć konfidentów gestapo i Abwehrstelle – specjalistów w zwalczaniu polskiego podziemia.

Na Pragę Sowieci wkroczyli już 14 września 1944 roku. Przyglądali się, jak podczas powstania ginie z rąk niemieckich lewobrzeżna Warszawa. I dalej wspomagali Niemców w dziele likwidacji polskich elit. Na oczach mieszkańców Pragi dokonała się wtedy w Warszawie zamiana okupacji niemieckiej na sowiecką. Choć świadkami zdrady „sojuszników”, ich wiarołomstwa byli też mieszkańcy lewobrzeżnej Warszawy. „Byliśmy zbłąkanym narodem rycerskim wśród cynicznych kupców i zwykłych zbrodniarzy”, jak to ujął już po wojnie Stanisław Zadrożny z powstańczej radiostacji „Błyskawica”. „My już wtedy w Warszawie, gdy patrzyliśmy na jej gruzy, zrozumieliśmy, że w tej wojnie zwyciężą te same zasady, przeciwko którym walczyliśmy przez cały czas wojny”.
Zwalczaniem Polskiego Państwa Podziemnego, polskich organizacji wojskowych, niepodporządkowanych PKWN, „łamaniem” polskiego „ducha oporu” i solidarności, zastraszaniem i pacyfikowaniem społeczeństwa na ziemiach polskich aż do jesieni 1945 r. zajmowało się NKWD-NKGB oraz kontrwywiad Smiersz. PKWN, ustanowiony przez ZSRS jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego, poddał obywateli polskich jurysdykcji organów sowieckich. „Polskie” organa bezpieczeństwa nie dałyby sobie bowiem same rady z „polskimi masami”, wychowanymi „przez najczarniejszą reakcję”. Mimo że już w kwietniu 1944 r. Zarząd Główny Związku Patriotów Polskich rozpoczął szkolenie w ZSRS kadr dla przyszłych organów bezpieczeństwa, wysyłając pierwszych kandydatów do szkoły NKWD w Kujbyszewie.
Pierwsza siedziba gen. Iwana Sierowa, zastępcy Ławrientija Berii, specjalisty od walki z polskim podziemiem, mieściła się w kamienicy przy ulicy Strzeleckiej 8 w Warszawie. Urzędował on wraz z całym sztabem NKWD (jednym z jego „pracowników” był Józef Światło). Więzieni tam byli w piwnicach m.in. żołnierze AK, NSZ i WIN, także ci, którzy szli na pomoc powstańczej, lewobrzeżnej Warszawie. Oskarżani o współpracę z gestapo, o „faszyzm” i „działalność antysowiecką” byli bici, poniżani, często torturowani podczas przesłuchań, które odbywały się nocą, a potem mordowani. Krzyki i wołania o pomoc zagłuszyć miała muzyka płynąca z radioodbiorników radiowych, a odgłosy strzałów w czasie dokonywanych egzekucji warkot silnika ciężarówki, która podjeżdżała pod budynek. Ciała grzebano najpewniej na dziedzińcu. W domu sąsiednim, przy Strzeleckiej 10/12, w siedzibie dowódcy praskiej grupy operacyjnej NKWD, więziono przed wywiezieniem do Moskwy szesnastu porwanych podstępnie przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. W kamienicach sąsiednich (nr 40 i 46) stacjonowała do 1947 r. cała kompania NKWD.

Inną ulicą, którą „upodobali sobie” wówczas na Pradze Sowieci (jak to ujął dr Tomasz Łabuszewski, pod którego kierunkiem pracownicy IPN opracowali album „Śladami zbrodni”), była ulica Jagiellońska. W domach pod numerami 1, 9, 17, 28 i 34 mieszkali sędziowie i prokuratorzy sowieckiego Trybunału Wojennego. Pod numerem 38, w auli liceum Władysława IV toczyły się prowadzone przez Trybunał procesy. W piwnicach szkoły mieścił się areszt Smiersza. Na boisku szkolnym, w szopie i dołach zakrytych drutem kolczastym trzymano więźniów, wśród nich polskich żołnierzy. Okna wychodzące na dziedziniec były zamalowane, nie wolno ich było otwierać. Mieszkającego na piętrze Lecha Kubiaka, syna wicedyrektora szkoły, pewnej nocy obudził „rozpaczliwy krzyk człowieka, który nie ma już niczego do stracenia”: „Polacy, rodacy, pomóżcie. Pomóżcie, Polacy! Ratujcie!”. Po chwili ciszy padł pojedynczy strzał. Ciała niektórych pomordowanych w czasie przesłuchań spoczywają na dziedzińcu szkoły zapewne do dziś. A o tym, co działo się przed laty w ich szkole, pojęcia nie mają ani uczniowie, ani nauczyciele.
Przy ulicy 11 Listopada, na rogu ul. Szwedzkiej, mieścił się jeszcze jeden sowiecki Trybunał Wojenny, a w piwnicach kamienicy pod nr. 68 areszt. W dawnych zaś koszarach 36 pp. więzienie karno-śledcze, tzw. Warszawa III, oddzielone od ulicy kilkumetrowym murem z zasiekami z drutu kolczastego. Egzekucje w więzieniu nazywanym „Toledo” przeprowadzane były w piwnicach znajdujących się na dziedzińcu i w załomie więziennego muru, w którym wmurowana szyna służyła do wieszania skazańców. W latach siedemdziesiątych podczas budowy bloków mieszkalnych na terenie wyburzonego więzienia znajdowano resztki ciał ludzkich przemieszane z wapnem i odpadkami.
Sowieci wykorzystywali jeszcze „odziedziczony” po Niemcach obóz pracy przy ulicy Skaryszewskiej oraz budynki m.in. przy ul. Wileńskiej, Targowej, Szwedzkiej i Kawęczyńskiej. A także dom przy ul. Otwockiej 3, w którym wkrótce, na rozkaz gen. Mariana Spychalskiego, zagościł Wydział Informacji i Propagandy m.st. Warszawy. Sprawą wielkiej wagi stało się bowiem „podniesienie świadomości politycznej obywateli” poprzez „kursy nauk politycznych”, na których poruszano m.in. problem „przeszłości politycznej Polski”, a na tym tle „walki demokracji z faszyzmem”. Przy czym na miano „demokratów” zasługiwać zaczęli teraz „ludzie sowieckiego chowu”, jak ich nazwała Jadwiga Obrembalska, młoda więźniarka katowni MBP na Cyryla i Metodego i przy ul. Sierakowskiego 7. Ludzie „z przetrąconym kręgosłupem”. „Faszystami” zaś zostali już wtedy polscy patrioci.

Czterech śpiących
W listopadzie 1945 r. odsłonięty został na Pradze pomnik „ku chwale bohaterów Armii Radzieckiej, którzy oddali swe życie za wolność i niepodległość narodu polskiego”. Stanął tuż przy ul. Jagiellońskiej i Sierakowskiego. W bliskości katowni przy Strzeleckiej, Szwedzkiej, 11 Listopada oraz Cyryla i Metodego. O losach tych, którzy tam stracili życie, w polskich szkołach nawet teraz się nie naucza. Nie opowiada się o tym także w telewizji. Powoli więc pomnik, nawet w opinii zwykłych „zjadaczy chleba”, stawać się zaczął jedynie „zabytkiem”. Może najwyżej obiektem dobrotliwych kpinek o „czterech śpiących”. Nad bezpieczeństwem jego czuwał zawsze ZSRS, teraz zaś troszczy się o niego Federacja Rosyjska, decydując, za zgodą władz III RP, o jego losach. Pomnik więc odnowiony za pieniądze potomków tych, którzy na Pradze ginęli, powróci po remoncie na swoje stałe miejsce i będzie pilnie strzeżony przez straż miejską."




NKWD i UB jednak nie ograniczyło się do zwalczania "band" Ak-owskich w których walczyli dorośli partyzanci, oni mieli wrogów nawet wśród małych dzieci:

Januszek Żubryd, lat 4 – najmłodszy więzień UB

Czy czterolatek może stanowić realne zagrożenie dla ustroju jakiegoś państwa? Odpowiedź wydaje się oczywista – żadne, normalne państwo nie musi obawiać się przedszkolaka. Normalna władza nie obawia się. Władza komunistyczna tak. Władza ludowa zamyka dzieciaka w kazamatach rzeszowskiego zamku.
Pan Janusz Niemiec jest człowiekiem o dość skomplikowanym życiorysie, szczególnie w pierwszych kilku latach życia.
Urodzony 8 września 1941 roku, już w czerwcu 1945 został uwięziony przez sanocki UB, jako zakładnik wraz ze swoją babcią, Stanisławą Praczyńską. Spowodowane to było reakcją władz na fakt dezercji jego ojca, Antoniego Żubryda, który uwolnił ok. 10 osób z aresztu śledczego UB oraz chwilę później, posługując się fortelem, uwolnił kolejne 2 osoby z sanockiego więzienia. Na wieść o uwięzieniu syna i teściowej, ojciec odpowiedział kilka dni później, zaatakował i zdobył posterunek MO w Haczowie. W nawiązanym z UB połączeniu telefonicznym zażądał natychmiastowego uwolnienia dziecka, grożąc śmiercią 8 ujętych milicjantów. Ultimatum odniosło skutek, Januszka uwolniono, milicjantom nic się nie stało.
Wiosną 1946 roku, chcąc poskromić intensywną działalność oddziału Żubryda, UB ponownie, tuż przed Świętami Wielkanocnymi, uwięziło Januszka, jego babcię i ciotkę Krystynę. Tym razem nie ryzykowano przetrzymywać zakładników w Sanoku. Obie kobiety załadowano na oplandekowaną skrzynię ciężarówki, Januszka zaś konwojował Rosjanin, enkawudzista, w kabinie szoferki. Jak podają świadkowie, rosyjski oficer, sadzając malca na kolanach, miał powiedzieć: „jak twój ojciec będzie strzelał, to ciebie pierwszego zabije”. Świadczy to o realnych obawach ubeków co do możliwości odbicia zakładników przez Żubryda, na trasie do Rzeszowa.
Każdy, kto ma pojęcie o potrzebach wynikających z rozwoju dziecka, może sobie wyobrazić koszmar wielomiesięcznego pobytu w celi. Pan Janusz, szczęśliwie, ma mało wspomnień z tego okresu. Pamięta smród niedrożnej kanalizacji, drewnianą hulajnogę (dostarczył ludzki strażnik), możliwość jazdy na niej po korytarzu oraz smak malin. Podejrzewam, że to ostatnie, ta garstka malin, ich smak, utkwił w pamięci dziecka jako coś zupełnie wyjątkowego w tej rutynie pobytu w więzieniu.
Krótka uwaga dotycząca jego statusu. Otóż ani babcia, ani ciotka nie miały oficjalnie postawionych zrzutów współpracy z Żubrydem. Zostały aresztowane niejako „przy” Januszku. Głównym więźniem był czterolatek. Można by się dzisiaj z tego ubawić ale wtedy nikomu nie było do śmiechu.
Pobyt chłopca w Rzeszowie trwał aż do końca października, kiedy to po mordzie na jego rodzicach, dokonanym przez renegata z inspiracji UB, nie oddano go rodzinie tylko potajemnie umieszczono w sierocińcu w Sanoku. Ot, komunistyczna wersja polityki rodzinnej. Jedynie słuszna władza nie zapomina i nie daruje tak łatwo, szczególnie komuś kto nazywa się Żubryd.
Dopiero po jakimś czasie został odszukany przez ciotkę, która spełniając obietnicę daną swej siostrze, wykrada/wykupuje Januszka, wywozi z Sanoka, i adoptuje pod nazwisko męża – Niemiec. Prawdopodobnie właśnie fakt zmiany nazwiska "uspokoił" władze które pozwoliły chłopcu przeżyć resztę dzieciństwa we względnym spokoju.
Jak sam wspomina: przybrani rodzice zrobili wszystko co mogli, aby go jak najlepiej wychować. Dlatego w podzięce i szacunku dla nich pozostaje przy ich nazwisku do dnia dzisiejszego.

Maciej Walaszczyk, Wtorek, 11 lutego 2014 (ND)
"Młodzi ludzie skrzyknęli się, żeby wymusić na rządzących honorowe upamiętnienie żołnierzy wyklętych. Żądają, aby uczono o nich w szkołach i promowano jako patronów ulic.
Rozpoczęta właśnie akcja „Upominamy się o Was” to hołd młodych dla żołnierzy antykomunistycznego podziemia oraz sposób, aby pamięć o nich stała się żywo obecna w przestrzeni publicznej. Organizatorzy, głównie studenci, widzą w nich wzór dla swojego pokolenia przeżywającego kryzys tożsamości.
Stawiają sobie jasne cele: zwiększyć wiedzę rówieśników o bohaterach oraz wpłynąć na większe zaangażowanie władz w przywracaniu pamięci o ludziach, którzy przez komunistów zostali skazani na zapomnienie. Sebastian Kaleta, koordynator przedsięwzięcia i prezes Stowarzyszenia „Młodzi dla Polski”, zapowiada organizację kilkudziesięciu spotkań edukacyjnych na terenie całego kraju, które mają się odbyć w okolicach 1 marca, kiedy to obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Ważny element to działania, które zmobilizują władze różnych szczebli do uczestnictwa w tych uroczystościach. Manifest w tej sprawie ma trafić m.in. do prezydenta RP, premiera, marszałków Sejmu i Senatu, a także do samorządów.
Akcja będzie prowadzona na kilku polach. Pierwsze z nich to media społecznościowe, za pośrednictwem których prezentowane będą sylwetki żołnierzy wyklętych oraz przekazywane wszelkie informacje. W specjalnym apelu młodzi zwrócili się już do władz o „przywrócenie do zbiorowej pamięci bohaterskich żołnierzy wyklętych, walczących w niepodległościowym powstaniu antykomunistycznym w latach 1944-1963”.
Nie ma wątpliwości, że przyjęcie przez tysiące młodych jako swoich bohaterów postaci takich jak mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko”, Danuta Siedzikówna „Inka” czy płk Witold Pilecki wywołało ogromne zainteresowanie książkami historycznymi, miejscami pamięci i faktem, że ich historia była zakłamywana. Nie udało się tego przełamać również w ciągu 20 lat istnienia III Rzeczypospolitej. Ten klimat zmieniła decyzja Sejmu sprzed trzech lat o ustanowieniu dnia pamięci.
Koalicja organizacji młodzieżowych apeluje o uczestniczenie w obchodach oficjalnych oraz społecznych każdego 1 marca, przypominanie lokalnych bohaterów, budowę pomników. Żąda także nadania ulicom i szkołom imion bohaterów niepodległościowego podziemia antykomunistycznego z lat 1944-1963. Młodzi domagają się zarazem ostatecznego zniesienia nazw ulic, którym patronują komunistyczni oprawcy. Chcą również powstania Narodowego Muzeum Żołnierzy Wyklętych na wzór Muzeum Powstania Warszawskiego. W warstwie edukacyjnej proponują wprowadzenie do podstawy programowej nauczania historii wszystkich szczebli edukacji zagadnień związanych z antykomunistycznym podziemiem. Tymczasem wiadomo, że niedawno podstawa programowa została przez MEN zmieniona i na poziomie szkół średnich nauka historii najnowszej jest nieobowiązkowa, a jeśli już jest, to skonstruowana bardzo powierzchownie i hasłowo. Protesty w tej kwestii odbijały się od kolejnych ministrów jak od ściany.
Inicjatorzy akcji „Upominamy się o Was” są jednak optymistami.
Młodzi chcą sprowokować narodowe poruszenie w kwestii upamiętniania żołnierzy antykomunistycznego podziemia. – Udało się uzyskać od przedstawicieli władz Warszawy wstępną deklarację o budowie pomnika płk. Pileckiego w stolicy. Chcemy również rozwinąć społeczny lobbing, który trafi do ministerstwa edukacji – wyjaśnia Sebastian Kaleta.
W specjalnym apelu organizatorzy akcji „Upominamy się o Was” przyznają, że pamięć o żołnierzach drugiej konspiracji i uczestnikach antykomunistycznego powstania powojennego próbowano wymazać. „Dla nas, młodych, którzy stosunkowo niedawno ukończyli kursy historii na poziomie szkół średnich, niepojęte jest, że na kartach podręczników wolnej od komunistycznej propagandy Polski brak jest treści dotyczącej Żołnierzy Wyklętych. Pokazuje to, że kaci, którzy skazali walczących o niepodległą Polskę na wieczną niepamięć, w 25 lat po obaleniu komunizmu dalej tryumfują. Oprawcy Żołnierzy Wyklętych cieszyć się mogą pomnikami w wielu miastach Polski, ulice noszą ich imiona” – podkreślają.
Zdarza się, jak np. w Warszawie, że pomnik upamiętniający Armię Czerwoną stoi pośród budynków, w których niegdyś okrutnymi torturami dławiono wolę walki i pozbawiano człowieczeństwa bohaterów. „A powinni oni być wzorem dla powojennej młodzieży” – podkreślają przedstawiciele takich stowarzyszeń i organizacji młodzieżowych, jak Stowarzyszenie Młodzi dla Polski, Niezależne Zrzeszenie Studentów UW, Fundacja Sapere Aude, Patriotyczne Podlasie, Akademicki Klub Myśli Społeczno-Politycznej Vade Mecum KUL czy Stowarzyszenie KoLiber.
Jednym z tematów, jakie poruszają inicjatorzy akcji, jest zaangażowanie państwa w prowadzenie badań ekshumacyjnych, po to by naszym bohaterom przywrócić nie tylko pamięć, ale zapewnić godny pochówek. Młodzi zwracają uwagę, że sfinansowanie badań nad poszukiwaniem szczątków pochowanych w zbiorowych mogiłach brutalnie zamordowanych przez komunistyczny aparat wojskowy żołnierzy wyklętych to priorytet. „Sytuacja, w której instytucje zajmujące się ekshumacjami i identyfikacją bohaterów muszą finansowanie swej działalności opierać na darowiznach, budzi nasze wielkie zaniepokojenie. To państwo polskie w pierwszej kolejności winno w ten sposób upomnieć się o swoich bohaterów” – podkreślają. Chcą też organizacji państwowego pochówku żołnierzy wyklętych zidentyfikowanych podczas badań, wśród nich dowódców ekshumowanych w kwaterze „Ł” (tzw. Łączka) na wojskowych Powązkach z odpowiednimi honorami.
„Uważamy, że tylko tak szerokie i wielopłaszczyznowe działania władz wszelkich szczebli przy wsparciu mediów i organizacji pozarządowych pozwolą spłacić nam honorowy dług, jaki Polska i Polacy ceniący demokrację mają wobec Żołnierzy Wyklętych” – czytamy w apelu. Młodzi mają świadomość, że po kilkudziesięciu latach od mordów sądowych praktycznie niemożliwe jest pociągnięcie do faktycznej odpowiedzialności sprawców tych zbrodni, dlatego przynajmniej poprzez symboliczne działania trzeba nadać bohaterom odpowiedni do zasług status w polskiej historii."

PRZEMILCZANI BOHATEROWIE TREBLINKI

 Arbeitslager Treblinka, SS-Sonderkommando Treblinka, Vernichtungslager Treblinka – wymiennie stosowane nazwy kompleksu dwóch niemieckich obozów, pracy i zagłady, istniejących w latach 1941-1944/1942-1943 w lasach nad Bugiem, wzdłuż linii kolejowej Siedlce – Małkinia, niedaleko wsi Poniatowo. Nazwa pochodzi od nazwy stacji kolejowej znajdującej się 6 km od obozu.

Karny obóz pracy (niem. Arbeitslager) w Treblince powstał latem 1941 roku, po ataku Niemiec na Związek Sowiecki  (Operacja Barbarossa), przy istniejącej tutaj odkrywkowej kopalni żwiru. Otoczony był ogrodzeniem z drutu kolczastego. W obozie osadzeni byli zarówno Polacy, jak i Żydzi. Kierowano tu „elementy kryminalne”, a także ludność cywilną łapaną w odwecie za akcje zbrojne podziemia.


Obóz rozciągał się na 17 ha i był podzielony na dwie części: więźniarską i administracyjno-gospodarczą. Część więźniarska była dodatkowo podzielona wewnętrznie, w celu oddzielenia więźniarek, więźniów polskich i więźniów żydowskich. Nadzór nad więźniami pełniło 20 niemieckich SS - manów oraz około 100 strażników po obozie szkoleniowym SS w Trawnikach. Komendantem obozu przez cały czas jego funkcjonowania był SS-Hauptsturmführer  Theodor van Eupen, adwokat.


W obozie kierownictwo sprawowali Niemcy, ochronę obozu zapewniali wachmani Ukraińcy, funkcje gospodarcze i kancelaryjne spełniali Żydzi, roboty fizyczne wykonywali Polacy. Niemców było jedenastu: kierownik obozu w randze majora, ośmiu Niemców w charakterze kierowników poszczególnych działów i dwóch żandarmów. Załoga ukraińska (wachmani wyszkoleni w Trawnikach) była stosunkowo liczna – 60 osób.


Obóz został zlikwidowany w lipcu 1944, w momencie zbliżania się Armii Czerwonej; część więźniów rozstrzelano, część przesiedlono do innych niemieckich obozów zagłady.

WYBITNI WIĘŹNIOWIE  ZAMORDOWANI W TREBLINCE

Janusz Korczak – wybitny pedagog, pisarz, działacz społeczny i lekarz,

Hilel Cajtlin − pisarz i myśliciel,

Artur Gold – kompozytor, skrzypek, autor wielu przebojów,

Adolf Gancwol - Ganiewski – fotograf, siedlecki działacz społeczny,

Bruno Winawer – pisarz.


Obóz zagłady – Treblinka II powstał późną wiosną 1942 roku, w ramach Einsatz Reinhard, obok istniejącego już karnego obozu pracy. Istniał do listopada 1943 r. Pod względem liczby ofiar był to drugi – po Birkenau – obóz zagłady Żydów.

Obóz miał kształt trapezu o wymiarach 400 × 600 metrów, otoczonego dwoma rzędami ogrodzenia i zasiekami z drutu kolczastego. Wewnętrzne ogrodzenie miało 2-3 metry wysokości i było poprzetykane gałęziami po to, aby uniemożliwić wgląd z zewnątrz.
Drugie ogrodzenie – posadowione 40-50 metrów od pierwszego – przeznaczone  było jako  przeszkody przeciwczołgowe i zasieki z drutu kolczastego.

Pomiędzy nimi była jałowa ziemia – bez żadnych roślin i miejsc do ukrycia – łatwa do obserwowania przez strażników. Ogrodzenia przedzielały również teren obozu. W każdym z rogów wybudowano 8-metrowe wieże strażnicze. Dodatkowe wieże wzniesiono także wokół południowej granicy – w pobliżu komór gazowych.

Obóz został podzielony na trzy strefy: obszar mieszkalny (Wohnlager), obszar przyjęć (Auffanglager) i obóz zagłady (Totenlager).

Obszar mieszkalny znajdował się w północno-zachodniej części obozu. Składały się nań koszary SS i strażników ukraińskich oraz budynki administracyjne – biura, zbrojownia, magazyny i warsztaty.
Kwatery mieszkalne esesmanów były skoncentrowane w jednym miejscu. W ogrodzonej części obszaru mieszkalnego – kwadracie 100 × 100 metrów – mieszkali więźniowie żydowscy.

Obszar przyjęć znajdował się w południowo-zachodniej części obozu i właśnie tam przyjeżdżały transporty Żydów. Był tam peron oraz 300-metrowa bocznica kolejowa. Na końcu toru znajdowała się drewniana brama otoczona drutem kolczastym przetykanym gałęziami. Z przodu peronu znajdował się duży budynek – tam magazynowano mienie ofiar. Z początku przy peronie i bocznicy kolejowej nie było żadnych znaków czy tablic, które wskazywałyby, że jest to stacja kolejowa. Te elementy – zegar, strzałki, rozkłady jazdy, fikcyjny bufet i napisy – powstały w późniejszym okresie istnienia obozu. Obok peronu, na północ od magazynu, znajdował się otwarty teren, a za nim „plac – rozbieralnia”, na który wchodziło się przez bramę. Przy bramie oddzielano mężczyzn od kobiet i dzieci. Po obu stronach placu znajdowały się dwa baraki. W tym po lewej stronie kobiety i dzieci rozbierały się i deponowały kosztowności. W prawym baraku rozbierali się mężczyźni. Dalej na południe znajdował się „plac – sortownia”, gdzie sortowano ubrania ofiar. Na jednym końcu placu – w południowo-wschodnim rogu obozu – znajdowały się duże doły dla tych, którzy zmarli podczas transportu.

Obszar eksterminacji znajdował się w południowo-wschodniej części obozu. Był to teren całkowicie odizolowany od reszty obozu. Całość miała wymiar ok. 200 × 250 metrów.

Komory gazowe stały wewnątrz obszaru eksterminacji w dużym murowanym budynku. Przez pierwsze miesiące działania były 3 komory gazowe – 5 × 5 metrów, na 2,6 metra wysokie. Następnie wybudowano 10 nowych komór gazowych z czerwonej cegły, znacznie większych – 7 × 7 metrów. W przybudówce przy budynku znajdował się silnik diesla, który dostarczał gazy spalinowe do komór gazowych oraz generator, dostarczający prąd do całego obozu.

Drzwi wejściowe do komór gazowych prowadziły do drewnianego korytarza. Każde z drzwi do komór miały 1,8 metra wysokości i 90 cm szerokości. Drzwi były zamykane hermetycznie od zewnątrz. W samych komorach gazowych – naprzeciwko drzwi wejściowych – były drzwi szersze (2,5 na 1,8 metra). One również były zamykane hermetycznie. Komory gazowe do pewnej wysokości były wyłożone kafelkami, a na suficie zainstalowano prysznice – wszystko po to, aby utrzymać wrażenie, iż jest to wyłącznie łaźnia.

Rury służyły do dostarczenia gazu do komór. Kiedy drzwi były zamknięte, w komorze gazowej nie paliło się światło. Na wschód od komór gazowych były ogromne doły na ciała ofiar. Miały 50 metrów długości, 25 szerokości i 10 metrów głębokości.

Do ich wykopania użyto koparek sprowadzonych z kamieniołomów obozu karnego w Treblince. Żeby ułatwić transport ciał do dołów, zbudowano tory kolejki wąskotorowej.
Ciała dowożone były do dołów wagonikami pchanymi przez więźniów. Na południe od komór gazowych postawiono barak dla więźniów, zatrudnionych na obszarze eksterminacji. Cały barak i malutki placyk przy nim był otoczony drutem kolczastym. Furta wejściowa znajdowała się naprzeciwko komory gazowej. W baraku znajdowała się również kuchnia i toaleta. W centrum obszaru eksterminacji wybudowano wieżę strażniczą i wartownię.

Nadzór nad obozem pełniło 20-25 funkcjonariuszy  SS (Niemców i Austriaków) oraz 80-120 wachmanów Ukraińców. Więźniów do obsługi transportów i grabieży mienia, wyłapywano z transportów,  każdorazowo około 700-800. Obsługę komór i palenie zwłok pozostawiono ok. 300 więźniom, oddzielonym od reszty. Wśród tych ostatnich rotacja była niesłychanie duża.

Komendantem był na początku doktor medycyny Irmfried Eberl, w sierpniu 1942 zmieniony na Franza Stangla. Od sierpnia 1943 do listopada 1943 (całkowitej likwidacji obozu) komendantem był Kurt Franz.

Gdy w połowie lipca 1942 roku obóz był już gotowy, w kierunku Treblinki ruszyły transporty kolejowe, wiozące ofiary. Pociągi zmierzające do obozu zagłady w Treblince zatrzymywały się na stacji kolejowej we wsi Treblinka, około cztery kilometry od obozu. Pociąg, zwykle złożony z około 60 wagonów, był tam dzielony na trzy części, które po kolei były wtaczane do obozu. Kiedy pociąg zbliżał się do obozu zagłady, z lokomotywy pchającej wagony wydobywał się głośny gwizd. Był to sygnał dla wachmanów Ukraińców, aby zajęli stanowiska wokół obszaru przyjęć i na dachach budynków, które go otaczały. Grupa esesmanów i pozostałych wachmanów Ukraińców zajmowała pozycję na peronie.

Pierwszy transport przywiózł Żydów z getta warszawskiego w III dekadzie lipca (najprawdopodobniej 23 lipca). A potem każdego dnia na rampę kolejową w Treblince przybywały kolejne pociągi, wiozące ludzi nie tylko z Polski, lecz z wielu krajów Europy. W Treblince Niemcy uczynili wszystko, aby oszukać, wprowadzić w błąd i ukryć przed ofiarami cel ich przybycia.

Deportowani opuszczali wagony, wychodzili na peron i przechodzili przez bramę na ogrodzony plac wewnątrz obozu. Przy przechodzeniu przez bramę kobiety były oddzielane od mężczyzn. Mężczyźni kierowani byli na prawo, kobiety i dzieci na lewo. Na dużej tablicy widniał w językach polskim i niemieckim:

Warszawscy Żydzi!

„…Jesteście w obozie przejściowym Durchgangslager, z którego będziecie przeniesieni do obozów pracy Arbeitslager. Aby zapobiec epidemii, musicie przekazać swoje ubrania i rzeczy do natychmiastowej dezynfekcji. Złoto, pieniądze, obce waluty i biżuteria powinny być oddane do depozytu w kasie, gdzie dostaniecie pokwitowanie. Będą oddane później po okazaniu pokwitowania. Dla czystości wszyscy muszą wykąpać się przed dalszą podróżą…”.

Niemieccy oprawcy przewidzieli w swych planach szczególną dbałość o mienie ofiar. Odzież, obuwie, futra, wartościowa biżuteria transportowane były do Rzeszy. Według posiadanych dokumentów kolejowych stwierdzono, że jedynie w dniach od 2 do 21 września 1942 r. z obozu w Treblince wysłano do Rzeszy ponad 200 wagonów zawierających buty i odzież. Mniej więcej co dwa tygodnie specjalne samochody ciężarowe wiozły do Rzeszy skrzynie z kosztownościami, złotem, biżuterią, walutami, zegarkami itp.

Kobiety i dzieci przechodziły do baraku po lewej stronie placu, gdzie rozbierały się przed pójściem pod „prysznic”. Ubrania musieli związać w tobołki. Przedmioty wartościowe oddawano w kasie do depozytu na końcu baraku. Sposób, w jaki przygotowano ubrania oraz zbierano depozyty, miał stworzyć złudzenie, że po kąpieli każdy dostanie swoje rzeczy i świeże ubranie z powrotem.
Mężczyźni zostawali na zewnątrz, dopóki kobiety i dzieci nie zostały zabrane „pod prysznic”. Kilkudziesięciu mężczyzn było wybieranych do pracy – musieli wyczyścić wagony, zająć się ubraniami i bagażem pozostawionym przez ofiary. Kobiety i dzieci były zmuszone do przebiegnięcia przez korytarz zwany „drogą do nieba” – była to ogrodzona ścieżka o szerokości około czterech metrów, która prowadziła do komór gazowych. Wówczas mężczyznom kazano się rozebrać, oddać rzeczy wartościowe i potem oni także byli brutalnie zapędzani do komór gazowych.

Gazem trującym był tlenek węgla, pochodzący z gazów spalinowych. Śmierć następowała powoli, przez około 10-15 minut i w straszliwych męczarniach. Zastosowanie gazów spalinowych do uśmiercania w komorach było bardzo wygodne z powodu łatwej dostępności paliwa i tanim dla Niemców rozwiązaniem, w przeciwieństwie do cyklonu B.

Czas od otwarcia wagonów do zamknięcia komór wynosił około 20 minut. W komorze gazowej więźniowie musieli stać z podniesionymi do góry rękami.
W ten sposób można było jednorazowo zmieścić większą liczbę ofiar. Na wierzch tej zbitej ludzkiej masy wrzucano malutkie dzieci. Gazowanie spalinami silnikowymi trwało około 25 minut.

Początkowo zwłoki zagazowanych ofiar wrzucano do dołów. Jednak po wykryciu przez Niemców zbrodni wojennych dokonanych na polskich oficerach przez Stalina, m.in. w Katyniu, Himmler wydał rozkaz wykopania i spalenia wszystkich zwłok w celu zatarcia śladów.

Wykopywanie i palenie zwłok trwało kilka miesięcy. Od tego czasu zwłoki zagazowanych ofiar były już na bieżąco palone. Kolumna robocza więźniów żydowskich przenosiła je na miejsce, gdzie zainstalowano specjalne ruszty z szyn kolejowych. Przekładano je drewnem i po oblaniu łatwopalnym płynem, podpalano. W 2-3 godziny po transporcie liczącym 2 tysiące Żydów komory gazowe były już wyczyszczone, ciała płonęły, ubrania były sortowane, a sztuczne zęby ze złota wyrwane. Dziennie Treblinka II mogła „przyjmować” nawet do 12-14 tysięcy osób.

Po buncie więźniów w sierpniu 1943 roku obóz zagłady w Treblince zaczęto likwidować. W listopadzie 1943 r. obóz już nie istniał. Komory gazowe zniszczono, pozostałe baraki rozebrano, zdjęto ogrodzenie. Teren obozu, kryjący prochy setek tysięcy ludzi, został przez Niemców zaorany i obsadzony łubinem.

W obozie Treblinka I pobyt skończył się śmiercią dla połowy więźniów, a dla wielu spośród pozostałych – przewiezieniem do innych obozów koncentracyjnych. W pierwszym okresie byli to Polacy, mieszkańcy powiatu sokołowskiego, później inni mieszkańcy t.zw. dystryktu warszawskiego.

Niezmiernie rzadko kierowano tu więźniów żydowskich, wyselekcjonowanych z transportów docierających do obozu Treblinka II. Przeciętna liczba więźniów przebywających w obozie wynosiła jednorazowo 1-1,2 tys. osób. Więźniowie pracowali w kopalni żwiru i na stacji w Małkini przy ładowaniu wagonów. Część więźniów zatrudniono w warsztatach obozowych, a kobiety w prowadzonym przy obozie gospodarstwie rolnym. Więźniowie pracowali w warunkach głodu i terroru. Przez obóz karny w Treblince przeszło ponad 20 tys. więźniów, przynajmniej 10 tys. zmarło z wycieńczenia głodowego, wskutek chorób, tortur lub została rozstrzelana. Wśród więźniów zdarzały się ucieczki pojedyncze oraz próby zbiorowego buntu.

Obóz zagłady Treblinka II funkcjonował krótko, bo od lipca 1942 do listopada 1943. Szacuje się, zginęło tutaj 800-920 tys. ludzi.
Według danych zawartych w telegramie przesłanym w styczniu 1943 r. do Adolfa Eichmanna przez Hermanna Höfle łączna liczba osób zamordowanych w Treblince na dzień 31 grudnia 1942 r. wynosiła 713 555.

Ofiarami byli w większości Żydzi z Warszawy, Białegostoku, Grodna, Kielc, Radomia, Łukowa, Częstochowy, Kozienic i wielu mniejszych miejscowości. Polscy Żydzi byli tu przywożeni w wagonach towarowych, transporty z Zachodu Europy nieraz odbywały się w pociągach osobowych, za zakupionymi biletami. Przywożono tu Żydów z Niemiec, Austrii, Bułgarii, Grecji, Jugosławii, Czech, Słowacji, Belgii i Francji. Obóz ten był ośrodkiem zagłady wyłącznie Żydów, poza dwoma czy trzema znanymi transportami Romów.

Życie więźniów Treblinki II, pracujących przy machinie zagłady, znamy z nielicznych relacji osób, które uciekły samodzielnie lub wydostały się podczas buntu, przede wszystkim ze spisanej i wydanej jako druk podziemny już w 1944 roku relacji Jankiela Wiernika „Rok w Treblince” oraz późniejszej Samuela Willenberga „Bunt w Treblince”. Więźniowie byli podzieleni na komanda robocze.
Mimo wyczerpania psychicznego, próbowali stworzyć ruch oporu. W sierpniu 1943 roku wybuchł tu zbrojny bunt więźniów. Nieliczni, którzy pozostali jeszcze przy życiu, zdołali dostać się do zbrojowni. Wyniesiono stamtąd broń: kilkadziesiąt karabinów, amunicję i granaty. Wybuchła strzelanina, która ogarnęła wkrótce cały obóz.

W trakcie powstania zginęło około 25 Niemców i 66 ukraińskich wachmanów - strażników oraz poległo około 800 więźniów żydowskich. Spalono większość pomieszczeń obozowych. Około 200 więźniom udało się uciec z płonącej Treblinki. Z tej liczby większość jednak poległa w czasie walki z niemieckimi żołnierzami, którzy ruszyli w pościg.

DOKUMENT PRAWDY


Edward Kopówka i ks. Paweł Rytel - Andrianik udokumentowali ofiarę ponad 310 Polaków (w tym 18 księży) z rejonu Treblinki, którzy oddali życie za pomoc Żydom, oraz dokonania 335 osób odznaczonych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Nie wielu na Zachodzie i nawet w Polsce zdaje sobie sprawę z tego, jak wielkie szkody przynoszą antypolskie wydawnictwa Jana Tomasza Grossa dla wizerunku Polski w świecie.

Niektórzy historycy zniechęcają się do podejmowania badań dotyczących relacji polsko-żydowskich w obawie, że ich ustalenia i tak nie przebiją się przez medialny zgiełk oparty na antypolskich stereotypach.

Tym bardziej cieszy wydana przez Wydawnictwo Sióstr Loretanek książka "Dam im imię na wieki. Polacy z okolic Treblinki ratujący Żydów" (Oksford - Treblinka 2011), autorstwa Edwarda Kopówki, kierownika Muzeum w Treblince, i ks. Pawła Rytla - Andrianika, będąca rzetelnym studium historycznym ukazującym prawdziwy, zupełnie inny,  niż wydawnictwa Grossa, obraz Narodu Polskiego.

Treblinka należy do jednych z najbardziej symbolicznych miejsc zagłady Żydów i Romów (ocenia się, że zginęło tam ponad 800 tys. ludzi). 1 września 1941 roku zapadła decyzja Niemców o powołaniu do życia obozu pracy Treblinka I, obozu przeznaczonego głównie dla Polaków.

Co ważne, Treblinka stała się też jednym z symbolicznych miejsc w ostatniej publikacji Jana Tomasza Grossa „Złote żniwa”, w której stara się  wykazać rzekome zezwierzęcenie okolicznej ludności, która jakoby obłowiła się na okradaniu ofiar Holokaustu, organizując tzw. złote żniwa. Niestety jego opis Polski i Polaków jest w świecie uznawany za prawdziwy.
Oczywiście nie tylko Gross przyczynił się do takiego obrazu Polski, wiele nieprzychylnych Polsce mediów wciąż powtarza rewelacje o "polskich obozach koncentracyjnych" i „nazistach”.

MUZEUM WALKI I MĘCZEŃSTWA W TREBLINCE

Wszystko to odbywa się na kanwie tzw. światowej polityki historycznej. Na tej płaszczyźnie toczy się dziś nieustanna wojna. Można to zaobserwować chociażby w kwestii stosunków polsko-rosyjskich (sprawa katyńska, kwestia jeńców sowieckich 1920 r. itp.), widać to bardzo mocno w sprawie obciążania winą Polaków za Holokaust.

Tymczasem  publikacja Edwarda Kopówki i ks. Pawła Rytla – Andrianika jest niezwykle cennym źródłowym materiałem pokazującym zupełnie inny obraz społeczeństwa polskiego.

Rejon Treblinki nie był objęty szerszym zakresem działań Żegoty, tak więc pomoc Żydom, jaka tu była organizowana, miała charakter bardziej spontaniczny. Autorzy owej publikacji udokumentowali ofiarę ponad 310 Polaków (w tym 18 księży) z tamtego rejonu, którzy oddali życie za pomoc Żydom, oraz dokonania 335 osób odznaczonych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.
Uznać należy , iż książka "Dam im imię na wieki" jest owocem niezwykle ofiarnej, kilkunastoletniej pracy badaczy.

Książka składa się z dwóch części - pierwsza zawiera listę osób z krótkim opisem charakterystyki pomocy. Druga część poświęcona jest szerszemu opisowi wybranych postaci. Na końcu autorzy zamieścili  relacje świadków - byłych więźniów Treblinki I oraz okolicznych mieszkańców. Obszar badań dotyczył 15 powiatów będących w sąsiedztwie obozu.
Jak podkreślają autorzy, książka ta nie ma wymiaru polemicznego, ale ma charakter faktograficzny. Nie ulega jednak wątpliwości, że ciężar tych faktów  skłania do refleksji polemicznych. Wszak autorzy zajęli się wyłącznie istniejącą wówczas działalnością ludności polskiej pomagającej Żydom z narażeniem życia własnego i rodzin.
Należy podkreślić, że prezentowane w publikacji materiały źródłowe zostały gruntownie zweryfikowane, choć autorzy nie zdołali wyczerpać wszystkich źródeł. W Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince jest jeszcze wiele materiałów nieopracowanych, które z pewnością dopełniłyby obrazu zaangażowania Polaków w pomoc Żydom w rejonie Treblinki.
Dokumenty przedstawione w książce "Dam im imię na wieki" mówią zatem z jednej strony o zagładzie ludności żydowskiej, ale z drugiej - o bohaterstwie tych Polaków, którzy oddawali życie, ratując Żydów. Mało kto dzisiaj wie, szczególnie na Zachodzie, jakie kary groziły Polakom za pomoc ludności żydowskiej i jakie ofiary poniesiono.

Na bazie rozporządzenia generalnego gubernatora Hansa Franka z 15 października 1941 r. przewidywano karę śmierci dla Żyda, który ucieknie z getta, ale taka sama kara groziła Polakom, którzy udzielali pomocy Żydom. Takiego prawa nie było w zachodniej Europie, a jednak skala pomocy dla ludności żydowskiej była w Polsce o wiele większa niż na Zachodzie.
Omawiana publikacja dowodzi jeszcze jednego, mianowicie tego, iż Polacy byli narodem, który obok narodu żydowskiego wycierpiał bodaj najwięcej w czasie II wojny światowej. Podkreślił to Papież Benedykt XVI, który pielgrzymując do Polski w 2006 roku, powiedział (w Auschwitz, 28 maja):

"Jan Paweł II był tu jako syn polskiego narodu. Ja przychodzę tutaj jako syn narodu niemieckiego i dlatego muszę i mogę powtórzyć za moim poprzednikiem: Nie mogłem tutaj nie przybyć. Przybyć tu musiałem. Papież Jan Paweł II pielgrzymował tu jako syn narodu, który obok narodu żydowskiego najwięcej wycierpiał w tym miejscu i ogólnie podczas wojny" (s. 32).

W świecie, w którym jest moda na antypolską historiografię, na kłamstwa w stylu: "polskie obozy zagłady", „naziści”, tego rodzaju prace dokumentacyjne jak książka Edwarda Kopówki i ks. Pawła Rytla - Andrianika mają o wiele większe niż doraźne znaczenie. Do nich można wracać po wielu nawet latach, gdyż prawda się "nie przedawnia". Przedawniają się zaś kłamliwe nowinki propagandowe. Dlatego każdy wysiłek badawczy pokazujący prawdę o tamtych czasach ma potężne znaczenie dla współczesnych i przyszłych pokoleń Polaków.

Tylko bowiem tak możemy uratować pamięć o naszych przodkach i tylko tak możemy uratować narodowy honor i dumę.

E. Kopówka, ks. P. Rytel-Andrianik, „Dam im imię na wieki (Księga Izajasza 56, 5). Polacy z okolic Treblinki ratujący Żydów”, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Oksford - Treblinka 2011.
Dokumenty, źródła, cytaty:

www.katolickie.media.pl

Poniedziałek, 10 lutego 2014 (ND)

Z Januszem Kotowskim, prezydentem Ostrołęki, rozmawia Izabela Kozłowska

"W lutym ubiegłego roku Rada Miasta Ostrołęki podjęła uchwałę o utworzeniu pierwszego w Polsce Muzeum Żołnierzy Wyklętych. Jakie zadania stawiacie Państwo przed nowo powstałą instytucją?
- Muzeum ma przypominać o niezwykłych żołnierzach Polski Niepodległej, ma pokazywać ich drogę i bohaterstwo, ma przywracać ich polskiej pamięci, ale ma też wskazywać na najwyższe wartości, uczyć i edukować. Ma wreszcie – prócz funkcji poznawczej czy edukacyjnej – być miejscem pamięci, a wierzę, że i zadumy czy modlitwy za tych, którym przecież często nie dano nawet skromnego brzozowego krzyża na grobie.
Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce to nie jedyna forma upamiętniania w Ostrołęce polskich bohaterów walczących w podziemiu...
- To nie są pierwsze działania w naszym mieście. Już wcześniej „powyrzucaliśmy” z nazewnictwa naszych ulic różnych zdrajców Ojczyzny typu Nowotka czy Finder. Mamy za to ulicę rotmistrza Witolda Pileckiego czy rondo majora Łupaszki. Jedno z gimnazjów nosi imię Danuty Siedzikówny „Inki”, a w centrum miasta mamy pomnik Żołnierzy Wyklętych zbudowany dzięki współpracy z Fundacją „Pamiętamy” i odsłonięty przez śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Na tablicach upamiętniliśmy ok. 200 żołnierzy, którzy nie mają swoich grobów, a którzy oddali życie za Ojczyznę.
Na jakim etapie są teraz prace prowadzone przy powstawaniu muzeum?
- Pod opieką miasta jest ciekawy zespół obiektów po dawnym zakładzie karnym. Główny budynek pochodzi z 1903 roku. Dodatkowe znaczenie ma fakt, iż w więzieniu przetrzymywano po wojnie także żołnierzy z formacji niepodległościowych. Wykonaliśmy szereg prac porządkowych. Powiększyliśmy wstępnie pierwsze cele pod potrzeby przyszłych ekspozycji. A przede wszystkim przygotowaliśmy dokumentację techniczną i wyjątkowo ciekawy projekt architektoniczno-funkcjonalny na potrzeby muzeum. Projekt zakłada wszystkie elementy nowoczesnego muzeum – ścieżkę edukacyjną, martyrologiczną, gromadzenie pamiątek, sale multimedialne, badawcze itp.
Kiedy możemy spodziewać się otwarcia muzeum?
- To trudne pytanie. Mamy pełną koncepcję architektoniczną i funkcjonalną, gromadzimy pamiątki. Ale sprawy budowy i wyposażenia zależne są mocno od środków finansowych. Złożyliśmy dobrze przygotowane wnioski o zewnętrzne wsparcie finansowe, niestety w tej chwili tego wsparcia nie ma.
Budżet Ostrołęki ma też zapisy finansowe na rzecz budowy, pragnienie pomocy wyraził Bank WBK BZ, pomagać chcą różni, często nawet niezbyt zamożni ludzie. Ale całkowite wypełnienie założeń projektowych to wyboista droga. Być może zwycięży koncepcja, by zacząć od kilku sal ekspozycyjnych, a potem stopniowo budować dalej. Może przyjdzie czas, gdy rządowi decydenci w Polsce zrozumieją, że środki na budowę tak wyjątkowego muzeum po prostu muszą się znaleźć. Zatem trudno może jeszcze mówić o konkretnej dacie, ale w 2015 r. muzeum powinno zacząć owocnie działać.
Jakie ekspozycje znajdą się w Muzeum Żołnierzy Wyklętych i czego będziemy mogli dowiedzieć się po jego zwiedzeniu?
- Muzeum Żołnierzy Wyklętych ma przypomnieć historię ludzi niezwykłych, niezłomnych żołnierzy Polski Niepodległej. Ma przypomnieć prawdę o tych, którzy oddali życie za Polskę, a przez lata nazywani byli bandytami i zdrajcami. Chcemy pokazać prawdę o Polakach pełnych życia, marzeń, pragnień, o chłopakach i dziewczętach zakochanych, tęskniących, dowcipnych, pulsujących młodością, ale też odważnych i konsekwentnych, zdolnych do największych poświęceń dla Polski.
Chcemy, by ci ludzie inspirowali współczesną młodzież, by wskazywali, że istnieją sprawy ważniejsze niż tylko własne potrzeby, spokój, dostatek, rozrywka, przyjemne życie. Oczywiście w naszym zamyśle Muzeum Żołnierzy Wyklętych łączy jasny głęboki przekaz ideowy z nowoczesną „angażującą” odwiedzających formą tego przekazu.
Nowoczesne techniki multimedialne to dziś po prostu obowiązek. Jeżeli chcemy pokazywać „powszechność” oporu przeciw sowieckim i polskim komunistom, to musi być np.: potężna multimedialna tablica z zarysem Polski, gdzie przy dotknięciu odpowiedniego miejsca „wyskoczy” historia walk na danym terenie, pojawią się dowódcy, zdjęcia, obrazy. Jeśli chcemy mówić o aparacie powojennego terroru, to musi być przykładowo zamknięta sala, z której może przez zaryglowane drzwi słychać będzie głosy torturowanych, krzyki oprawców… Elektronika, dźwięk, światło muszą być dziś wykorzystane, by dotrzeć, zwłaszcza do młodych, z tą niezwykłą historią.
Ostrołęka jest stolicą regionu, który po II wojnie światowej był nasycony oddziałami partyzanckimi. Na tych terenach walczyło ok. 3,5 tys. żołnierzy. Muzeum jednak ma upamiętnić żołnierzy wyklętych z całej Polski...
- Powojenna historia ziemi ostrołęckiej faktycznie jest niezwykła. Choć trzeba przyznać, że ludzie naszego regionu także w innych epokach słynęli z umiłowania wolności, głębokiej wiary w Boga, odwagi i miłości do Ojczyzny. W naszym muzeum chcemy przypomnieć historię zmagań o prawdziwą niepodległość Polski w czasie powojennym. Oczywiście ziemia ostrołęcka ma swoich bohaterów: Aleksander Bednarczyk „Adam”, Hieronim Rogiński „Róg”, Witold Borucki „Babinicz”, Józef Kozłowski „Las” i setki innych operujących na naszym terenie to nasi bracia i bohaterowie. Ale chcemy oczywiście przypomnieć pełniej historię żołnierzy wyklętych.
Chcemy pokazać ludzi, miejsca, potyczki i bitwy, ale także wskazać na motywacje i ideały, by w systematyczny sposób wypełniać ciągle istniejącą lukę w zbiorowej pamięci naszego pokolenia. Tak więc nasze muzeum ma być miejscem pamięci o bohaterach i walkach na terenie całej II Rzeczypospolitej. W Polsce potrzeba takiego „miejsca”, które kompleksowo przypomni ten niezwykły czas naszej historii. Wartości, w imię których żołnierze wyklęci walczyli i umierali, są wspólne. Warto na nie wskazywać.
Powstające w Ostrołęce muzeum będzie pierwszym takim miejscem w Polsce. Dlaczego musieliśmy tak długo na nie czekać i z czego bierze się fakt, że w dalszym ciągu prawda oraz pamięć o tych polskich bohaterach jest dla niektórych środowisk wciąż niewygodna?
- Po ludzku to wielki wstyd dla państwa polskiego, że do dziś nie ma Muzeum Żołnierzy Wyklętych. Dlaczego tak długo czekamy? Po pierwsze, swoje szatańskie skutki odgrywa wciąż komunistyczna propaganda zohydzająca wyklętych przez dziesiątki lat.
Tym większą winniśmy wdzięczność rodzinom i środowiskom, które pielęgnowały pamięć o niezłomnych, tym większa wdzięczność dla działalności śp. pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Instytutu Pamięci Narodowej, Fundacji „Pamiętamy” itp. Swoje skutki ma też świadoma polityka wielu środowisk w Polsce, kierujących uwagę na dorabianie się i „wybieranie przyszłości”, tak jakby pamięć o bohaterach sprzed lat przeszkadzała godnemu budowaniu teraźniejszości i przyszłości.
Duże znaczenie ma bez wątpienia też fakt, iż dominujące media częstokroć nie szukają prawdy o latach powojennych, nie oceniają prawdziwie komunizmu i jego skutków. Ogromny wpływ mają także związki wielu współczesnych „autorytetów” z tymi, którzy bezpośrednio lub przez działania kłamliwej propagandy walczyli z polskimi bohaterami. To wszystko działa. Wielu do dziś czci pseudobohaterów. Jeśli ktoś np. uznaje „zasługi”  gen. Jaruzelskiego po wojnie czy w latach 80., nie jest w stanie pewnie uznać wielkości ofiary i bohaterstwa żołnierzy wyklętych.
Mimo faktów, dostępu do źródeł, obiektywnej pracy naukowców wciąż dla wielu Polaków autorytetem i podstawą budującą pogląd na przeszłość są ubeckie fałszywki, opowieści czy książki zdrajców albo ośrodki medialne, które pisały czy nadal piszą o bandytach od Łupaszki, Zapory czy Młota. Ale prawda o bohaterach zwycięży. Mam w tej sprawie jasność i pewność w sercu."

07/05/2014
Z upamiętnianiem zasłużonych dla Polski są róznorakie problemy, zwłaszcza na tzw. szczeblu centralnym, ale już z uamietnianie Sowieckiego okupanta, podlizywaniem się Rosji, juz takich problemów nie ma:

"Polska armia ma poważny problem z rozpoznawaniem właściwych kodów historycznych. Świadczy o tym argumentacja towarzysząca skierowaniu wojskowej asysty na sowiecką hucpę w Braniewie.
 zdjecie
To, że Kreml skrupulatnie pilnuje, by groby krasnoarmiejców oraz pomniki były przyczółkami rosyjskiej obecności w Europie Środkowo-Wschodniej, nie dziwi. Ale dlaczego polskie wojsko asystuje w uroczystościach ku czci armii sowieckiej? Dowódcy muszą się zdecydować: albo asystują przy trumnach polskich bohaterów na Łączce, albo przy grobach przedstawicieli systemu, który ich mordował.
Udzielenie sowieckim uroczystościom z 4 maja wojskowej asysty delegowanej z 9. Brygady Kawalerii Pancernej w Braniewie szokuje tym bardziej, że formacja, której członkowie pochowani są na miejscowym cmentarzu, brała udział w obławie augustowskiej w lipcu 1945 r., a wcześniej w pacyfikacji Wileńszczyzny. Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych zastrzega, że realizuje tylko „plan współpracy” z organizacjami samorządowymi i społecznymi. I że nie mogło odmówić udziału w sowieckiej celebrze, a jedynie ograniczyło jego wymiar do minimum. – Znam historię, ale realizujemy tylko plan współpracy – odpowiada mjr Michał Romańczuk z DGRSZ.
Zdaniem posła Krzysztofa Szczerskiego, politologa, polskie władze żadnego szczebla, a tym bardziej wojsko, nie powinny brać udziału w uroczystościach ku czci Armii Czerwonej. – Na terenie Polski zabronione jest propagowanie symboliki sowieckiej i to jest już dobry powód do tego, by takich sytuacji unikać. W szczególności nie powinny tego robić polskie Siły Zbrojne. Polskie terytorium nie jest do wynajęcia, podobnie jak polskie instytucje państwowe – dodaje były wiceminister spraw zagranicznych.
Choć zaproszenia na uroczystości w Braniewie wystosował gubernator obwodu kaliningradzkiego Nikołaj Cukanow, to ciężar logistyczny imprezy poniosła strona polska. Policja ochraniała konwój rosyjskich motocyklistów i pilnie strzegła, by nikt nie zakłócił sowieckiej celebry zarówno na cmentarzu w Braniewie, jak i pod pomnikiem gen. Iwana Czerniachowskiego w Pieniężnie. Poza funkcjonariuszami policji do zabezpieczenia uroczystości zmobilizowano także strażaków w mundurach, Inspekcję Transportu Drogowego oraz Żandarmerię Wojskową. Chyba wszystkie możliwe siły, jakie znajdowały się w tym czasie w okolicach Braniewa. Wszystko za sprawą lokalnych władz powiatowych i wojewódzkich. Uroczystość firmował również rząd poprzez udział przedstawiciela wojewody warmińsko-mazurskiego.
„Nasz Dziennik” sprawdził, jak armia tłumaczy się z asysty wojskowej, jakiej Rosjanom udzielili żołnierze z 9. Brygady Kawalerii Pancernej w Braniewie. Wojsko powołuje się na ustalenia między jednostką a władzami samorządowymi, z którymi od lat współpracuje. – Wynikają one z naszego planu współpracy ze środowiskiem cywilnym i władzami miasta, i powiatu braniewskiego. Jak co roku taką uroczystość w jakimś zakresie zabezpieczamy – tłumaczy mjr Paweł Zaganiaczyk, rzecznik prasowy braniewskiej Brygady. – Myśmy tylko i wyłącznie rozmawiali na temat tej uroczystości z władzami miasta i powiatu – dodaje. Czy wojsko mogło odmówić udziału w tej uroczystości jako reprezentant Sojuszu Północnoatlantyckiego, wobec którego Rosja dokonuje na oczach całego świata agresywnych manifestacji? – To pytanie nie jest do mnie, warunki są, jakie są, a ja nie jestem upoważniony do komentowania takich pytań – ucina rzecznik jednostki.
Zapytany, czy również kontekst historyczny, a więc fakt dotyczący roli, jaką odegrała armia sowiecka, a także to, co dzieje się na Ukrainie za sprawą rosyjskich agresorów, nie przeszkadza wojsku w udziale w tego typu przedsięwzięciach, major Paweł Zaganiaczyk nie chciał już odpowiadać i odesłał nas do referatu prasowego Ministerstwa Obrony Narodowej. Major Michał Romańczuk z Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych powiedział to samo: udział asysty związany był z podpisanym przez Wojska Lądowe tegorocznym planem współpracy między armią a organizacjami pozarządowymi oraz innymi partnerami społecznymi. I jak twierdzi, wojsko nie może od tego rodzaju planu odstąpić. – To jest dla nas punkt wyjścia i jako wojsko nie oceniamy historii. Chciałem podkreślić, że udział tej asysty był skromny, ponieważ z jednostki wydelegowano 8 żołnierzy oraz dwóch werblistów z Elbląga – podkreśla mjr Romańczuk. Jak się okazuje, Wojsko Polskie już od pięciu lat bierze udział w uroczystościach w Braniewie i w latach poprzednich armia czciła czerwonoarmistów z jeszcze większą pompą. Jednak bezpośrednio po 1989 r. takich celebr z udziałem wojska nie organizowano.
Sprawa się na tym nie kończy, ponieważ już w poniedziałek rosyjskie MSZ wyraziło oburzenie po wymalowaniu na pomniku dowódcy 3. Frontu Białoruskiego gen. Iwana Czerniachowskiego w Pieniężnie znaku Polski Walczącej i napisu „Precz z komuną”. Rosjanie oczekują, że polskie władze „podejmą wszelkie kroki w celu ukarania winnych i niedopuszczenia do takich incydentów w przyszłości”.
Rosja od lat używa symboliki sowieckiej związanej z wojną ojczyźnianą i „wyzwalaniem” krajów europejskich spod faszyzmu do prowadzenia swojej agresywnej polityki historycznej. W 2007 r. w wymowny sposób miało to miejsce w stolicy Estonii – Tallinie, gdy tamtejsze władze postanowiły w końcu usunąć z centrum miasta pomnik wdzięczności armii sowieckiej. Rosjanie, którzy są pozostałością po sowieckiej okupacji tego kraju, wywołali gwałtowne zamieszki z policją.
W niedzielę do Pieniężna planowali zjechać również rosyjscy motocykliści sprowadzeni do Polski przez władze obwodu kaliningradzkiego. Jednak odstąpili od tego zamiaru. Minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz ma do powiedzenia tylko tyle, że jest to jeden z wielu incydentów, do jakich dochodzi w Polsce. – Przykry, bo przykry, ale incydent – stwierdził Sienkiewicz.
Pod koniec stycznia Rada Miejska w Pieniężnie podjęła uchwałę o rozebraniu pomnika gen. Czerniachowskiego, który jest odpowiedzialny m.in. za wymordowanie Armii Krajowej na Wileńszczyźnie i w Białostockiem."