czwartek, 17 września 2015

17 września



Kolumny piechoty sowieckiej wkraczające do Polski
foto: Domena publiczna
17 września 1939 r. Armia Czerwona napadła na Polskę, realizując pakt Ribbentrop-Mołotow. Do niewoli sowieckiej dostało się ok. 250 tys. żołnierzy, w tym ok. 10 tys. oficerów. Konsekwencją sowieckiej agresji i nędznej postawy polskiego rządu stała się Zbrodnia Katyńska i masowe deportacje setek tysięcy obywateli polskich w głąb ZSRS.
Niemcy od trzeciego dnia wojny ponaglali Moskwę, ażeby zajęła obszary uznane w pakcie Ribbentrop-Mołotow za jej strefę interesów. Stalin zwlekał z podjęciem decyzji, czekając na to, jak zachowają się wobec niemieckiej agresji na Polskę Wielka Brytania i Francja. Przyglądał się również jak silny opór Niemcom stawia polskie wojsko. Jednocześnie jednak w ZSRS trwały ukryte przygotowania do wojny. 24 sierpnia 1939 r. rozpoczęto stopniową koncentrację wojsk.
17 września 1939 r. o godz. 3 w nocy (według obowiązującego w Polsce czasu środkowoeuropejskiego była godzina pierwsza) do Komisariatu Spraw Zagranicznych w Moskwie wezwany został ambasador RP Wacław Grzybowski, któremu Władimir Potiomkin - zastępca Mołotowa - odczytał treść uzgodnionej wcześniej z Berlinem noty. Władze sowieckie oświadczały w niej m.in.: "Wojna polsko-niemiecka ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego. W ciągu dziesięciu dni działań wojennych Polska utraciła wszystkie swoje ośrodki przemysłowe i centra kulturalne. Warszawa, jako stolica Polski, już nie istnieje. Rząd polski uległ rozkładowi i nie przejawia oznak życia. Oznacza to, że państwo polskie i jego rząd faktycznie przestały istnieć. Tym samym utraciły ważność umowy zawarte pomiędzy ZSRS a Polską".
Ambasador Grzybowski zdecydowanie odmówił przyjęcia sowieckiej noty. W tym samym czasie Armia Czerwona rozpoczęła napaść na Polskę. Od godz. 3 do godz. 6 rano jej wojska przekroczyły na całej długości wschodnią granicę z Polską. Łącznie siły Armii Czerwonej skierowane w trzech rzutach przeciwko Rzeczypospolitej wynosiły ok. 1,5 miliona żołnierzy, ponad 6 tys. czołgów i ok. 1800 samolotów.
Wieczorem 17 września Naczelny Wódz wydał następujący rozkaz (dyrektywę): "Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony albo próby rozbrojenia oddziałów. Zadanie Warszawy i miast, które miały się bronić przed Niemcami - bez zmian. Miasta, do których podejdą bolszewicy, powinny z nimi pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier lub Rumunii".
Władze polskie wzywając do unikania walki z Armią Czerwoną nie uznały jej wkroczenia za powód do wypowiedzenia wojny i nie zerwały stosunków dyplomatycznych z Moskwą. Zaistniała sytuacja zadecydowała o tym, iż w nocy z 17 na 18 września prezydent Ignacy Mościcki wraz z rządem polskim i korpusem dyplomatycznym przekroczył granicę rumuńską, planując przedostanie się do Francji. Razem z nimi terytorium polskie opuścił Naczelny Wódz marszałek Edward Śmigły-Rydz.
Rozkaz ten nie dotarł jednak do wielu oddziałów, a przez część dowódców uznany został za prowokację. Do starć z Armią Czerwoną dochodziło w wielu miejscach. Na Polesiu i Wołyniu improwizowana grupa KOP dowodzona przez gen. Wilhelma Orlika-Rueckemanna stoczyła z Sowietami kilkanaście potyczek i dwie bitwy: pod Szackiem 28-29 września i Wytycznem w pow. włodawskim 1 października. Na Polesiu z Armią Czerwoną walczyły także: dowodzony przez ppłk Nikodema Sulika-Sarneckiego pułk KOP "Sarny", brygada KOP "Polesie" oraz jednostki KOP "Kleck" i "Baranowicze". Z kolei w Kodziowcach, niedaleko Grodna, w nocy z 21 na 22 września doszło do bitwy, w której 101 pułk ułanów przez kilka godzin zatrzymywał przeważające siły sowieckie, niszcząc m.in. 22 czołgi. Na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie z Sowietami walczyły oddziały KOP "Iwieniec", "Głębokie" i "Krasne".
Wkraczającym oddziałom Armii Czerwonej opór stawiały również miasta, wśród których najbardziej zacięty i tragiczny bój stoczyło Grodno. Walki z Wehrmachtem i Armią Czerwoną toczyła dowodzona przez gen. Franciszka Kleeberga Samodzielna Grupa Operacyjna "Polesie", w skład której weszli m.in. marynarze Pińskiej Flotylli Wojennej.
W sumie w starciach z Armią Czerwoną zginęło ok. 2,5 tys. polskich żołnierzy, a ok. 20 tys. było rannych i zaginionych. Straty sowieckie wynosiły ok. 3 tys. zabitych i 6-7 tys. rannych.
Do niewoli sowieckiej dostało się ok. 250 tys. żołnierzy, w tym ponad 10 tys. oficerów, którzy na mocy decyzji podjętej 5 marca 1940 r. przez Biuro Polityczne WKP(b) zostali rozstrzelani.
Decyzja o wymordowaniu polskich jeńców wojennych z obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie oraz Polaków przetrzymywanych w więzieniach NKWD na obszarze przedwojennych wschodnich województw Rzeczypospolitej została podjęta na podstawie pisma, które ludowy komisarz spraw wewnętrznych Ławrientij Beria skierował do Stalina. Szef NKWD, oceniając w nim, że wszyscy wymienieni Polacy "są zatwardziałymi, nierokującymi poprawy wrogami władzy sowieckiej", wnioskował o rozpatrzenie ich spraw w trybie specjalnym, "z zastosowaniem wobec nich najwyższego wymiaru kary - rozstrzelanie".
Po trwających miesiąc przygotowaniach, 3 kwietnia 1940 r. rozpoczęto likwidację obozu w Kozielsku, a dwa dni później obozów w Starobielsku i Ostaszkowie. Przez następnych sześć tygodni Polacy wywożeni byli z obozów grupami do miejsc kaźni.
Z Kozielska 4 404 osoby przewieziono do Katynia i zamordowano strzałami w tył głowy. 3 896 jeńców ze Starobielska zabito w pomieszczeniach NKWD w Charkowie, a ich ciała pogrzebano na przedmieściach miasta w Piatichatkach. 6 287 osób z Ostaszkowa rozstrzelano w gmachu NKWD w Kalininie, obecnie Twer, a pochowano w miejscowości Miednoje. Łącznie zamordowano 14 587 osób.
Na mocy decyzji z 5 marca 1940 r. wymordowano również około 7 300 Polaków przebywających w różnych więzieniach na terenach włączonych do Związku Sowieckiego: na Ukrainie rozstrzelano 3 435 osób (ich groby prawdopodobnie znajdują się w Bykowni pod Kijowem), a na Białorusi około 3,8 tys. (pochowanych prawdopodobnie w Kuropatach pod Mińskiem). Większość z nich stanowili aresztowani działacze konspiracyjnych organizacji, oficerowie nie zmobilizowani we wrześniu 1939 r., urzędnicy państwowi i samorządowi oraz "element społecznie niebezpieczny" z punktu widzenia władz sowieckich.
Wkraczająca na ziemie Rzeczypospolitej Armia Czerwona zachowywała się równie bestialsko jak wojska niemieckie. Przykładów zbrodni popełnianych na polskich wojskowych, policjantach i cywilach jest wiele, m.in. w Grodnie po zajęciu miasta Sowieci wymordowali ponad 300 jego obrońców, na Polesiu 150 oficerów, a w okolicach Augustowa 30 policjantów.
Zgodnie z propozycją Stalina przeprowadzona została korekta podziału terytorialnego ziem polskich. Granica pomiędzy ZSRS a III Rzeszą przebiegać miała odtąd wzdłuż linii rzek San-Bug-Narew-Pisa.
Przedstawiciele dwóch totalitarnych mocarstw ustalili również, iż "nie będą na swoich terenach tolerować żadnej polskiej agitacji, która przenikałaby na terytorium drugiej strony. Wszelkie próby takiej agitacji na ich terenach będą likwidowane, a obie strony będą się informowały wzajemnie o podejmowanych w tych celach środkach".
W wyniku dokonanego rozbioru Polski Związek Sowiecki zagarnął obszar o powierzchni ponad 190 tys. km kw. z ludnością liczącą ok. 13 mln. Okrojona Wileńszczyzna została przez władze sowieckie w październiku 1939 r. uroczyście przekazana Litwie. Nie na długo jednak, bowiem już w czerwcu 1940 r. Litwa razem z Łotwą i Estonią weszła w skład ZSRS.
Liczba wszystkich ofiar wśród obywateli polskich, którzy w latach 1939-1941 znaleźli się pod sowiecką okupacją, do dziś nie jest w pełni znana. Prof. Andrzej Paczkowski odnosząc się do tej kwestii pisał: "Uważa się, że w ciągu niespełna dwóch lat władzy sowieckiej na ziemiach zabranych Polsce represjonowano w różnych formach - od rozstrzelania, poprzez więzienia, obozy i zsyłki, po pracę wpół przymusową - ponad 1 milion osób, a więc co dziesiątego obywatela Rzeczypospolitej, który mieszkał lub znalazł się na tym terytorium. Nie mniej niż 30 tys. osób zostało rozstrzelanych, a śmiertelność wśród łagierników i deportowanych szacuje się na 8-10 proc., czyli zmarło zapewne 90-100 tysięcy osób.

Fakty powyższe są znane lepiej ub gorzej, już mało kto dziwi się na stwierdzenie, że ZSRR był w stanie wojny z Polską, że był agresorem. Ale, że rząd polski ówczesny położył swoją politykę na całej linii, już nie dociera do świadomości narodowej. Wręcz przeciwnie, powszechne są pretensje do Sowietów, że napadły a właściwie żadnych rozliczeń naszej polityki, Józef Beck to zdolny minister SZ, a Śmigły - Rydz to zdolny wódz, a było dokładnie odwrotnie.

środa, 16 września 2015

Uchodźcy

Sprawa uchodźców elektryzuje opinię publiczną w całej Europie, oczywiście w Polsce czy na Węgrzech też, ale w różny sposób.
Europa Zachodnia współczuje uchodźcom, zwanym też w Polsce przez niektóre kręgi opiniotwórcze: uchodźcami, chce ich przyjmować, płacić im, generalnie opiekować się czule, a Polska, Węgry, Słowacja i Czechy patrzą inaczej na tę sprawę. Generalnie Grupa Wyszechradzka nie chce nielegalnych emigrantów, a Europa Zachodnia chce. Oczywiście co tam sobie myślą zwykli ludzie , tego nie wiemy, ale do mediów przenikają wypowiedzi, ze oni chcą, u siebie w domu, w szkole, w klubie piłkarskim, itp. Z kolei u nas, Gazeta Wyborcza na przykład, dwoi się i troi aby wykazać się humanizmem, naklaniać czytelników aby pomagali, aby wpłacali, aby popierali.

Ale oto:

Jako syryjski imigrant mógłby być przykładem sukcesu, jednak Ghaze Abdulloh nie chce, aby Polska przyjmowała i pomagała tysiącom przybyszów.
Jako syryjski imigrant mógłby być przykładem sukcesu, jednak Ghaze Abdulloh nie chce, aby Polska przyjmowała i pomagała tysiącom przybyszów. • arch. Ghaze Abdulloh, YouTube
Nawet niektórzy Syryjczycy są przeciwni pomaganiu migrantom. – Prawdziwi uchodźcy to może jedna piąta tego tłumu. Większość chce łatwego życia na zasiłku, który obiecała Angela Merkel – mówi Ghaze Abdulloh, właściciel znanych w Warszawie restauracji Amrit Kebab.

Co pan czuje widząc relacje telewizyjne o uchodźciach i emigrantach (nielegalnych - czyli bez wiz)?
Ghaze Abdulloh: Jestem zakłopotany. Zapewniam, że większość z nich nie musiała uciekać z własnych domów z powodu wojny. Rozpoznaję tam Erytrejczyków, Marokańczyków. Owszem, są też Syryjczycy. Cały czas dostaję SMS-y i wiadomości na Facebooku. W rodzaju: "Jedziemy do Niemiec, pomieszkać u Angeli"

Zatrudniłby Pan kogoś z imigrantów czy uchodźców u siebie w restauracji?

W mojej restauracji ludzie ciężko pracują, bo kanapkę kebab trzeba umieć zrobić w 9 sekund. Karmimy 5 tys. ludzi dziennie. A ci imigranci nie chcą ciężkiej pracy. Dostaję więc mnóstwo pytań w rodzaju, jak przedostać się z Polski do Niemiec. Jak urządzić się w Niemczech. Zapewniam was wszystkich, że Polska nie jest celem tej migracji.

Słyszał pan o Syryjczykach, którzy w Polsce otrzymali pomoc, ale woleli uciec do Niemiec?

Polacy są oburzeni dlatego to wytłumaczę. Akurat znam jedną z tych rodzin. To moja znajoma, która napisała na Facebooku, że nareszcie jest w Niemczech. Ona nie będzie mieszkać w polskiej parafii, bo jej ojciec jest znanym biznesmenem w Damaszku, a mieszkają w najdroższej dzielnicy Baktuma. Tacy ludzie korzystają z pomocy - by jako syryjscy uchodźcy uzyskać prawo stałego pobytu w UE i swobodnie podróżować. Mówię to po to, aby przekonać Polaków, że pomoc udzielana pod wpływem emocji, bez zastanowienia i każdemu, trafi do niewłaściwych osób.

Jest jakiś sposób, aby w fali imigrantów wyłowić tych naprawdę poszkodowanych przez wojnę?

Raczej nie. Z tego co słyszałem, ci ludzie nie chcą już poddawać się kontroli i rejestracji na granicy, niszczą swoje paszporty. Ja na przykład poznałbym Marokańczyka po akcencie, a taki pogranicznik już nie. Z kolei jak byłem w Turcji, to facet na ulicy proponował mi kupno syryjskiego paszportu za 1000 euro. Z drugiej strony, nikt nie będzie oficjalnie rozmawiał ze służbami Asada, które powiedzmy sobie, dość dobrze orientują się kto ucieka przez granicę. I znowu pokażę wam coś z Facebooka. Jest taki chłopak, który niedawno jako żołnierz twierdził, że służy Bogu, a teraz się ironicznie pisze, że służy Niemcom podając hot-dogi.
 Premier Orban, to nie gumka od kaleson, nie daje sobie wciskać ciemnoty i pokazuje Europie, że Węgry są suwerennym krajem, że rządzą u siebie.
Dlaczego imigranci muzułmańscy nie uciekają do bogatych krajów arabskich?
Wśród najbogatszych krajów świata na czele listy znajduje się wiele krajów arabskich bliskich kulturowo imigrantom zalewającym Europę.  Gdzie nam równać się z tak bogatymi krajami jak  Katar, Brunei, Kuwejt, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Oman, Bahrajn, czy choćby Arabia Saudyjska. A jednak to nas, a nie tamte kraje, różni idioci pokroju Tuska , Schulza i im podobnych, szantażują "moralnym obowiązkiem".
Tym, co szczególnie drażni w opisach obecnej sytuacji, jest unikanie jasnej, rzetelnej i prawdziwej odpowiedzi na pytanie – kto odpowiada za ten dramat?  Kto doprowadził do całkowitej destrukcji i destabilizacji w państwach, z których uciekają ludzie? Co się wydarzyło w Iraku, co w Afganistanie, jaki był plan opanowania Syrii, kto za nim stoi, kto spowodował destabilizację w Libii. I przede wszystkim, co powstało w zamian?
I dlaczego muzułmańscy uchodźcy nie uciekają do bogatych państw islamskich, nie szturmują ambasad USA, nie ciągnie ich do Chin, tylko wybierają niebezpieczną drogę do Unii, bo nawet nie do całej Europy?
Przemytnicy i handlarze biednymi ludźmi zarobili w zeszłym roku na przemycie ludzi do Europy podobno... 140 milionów euro,w tym roku zapewne już dużo więcej.  Oni mają same zyski pozostali dramatyczny problem. Wraz z uchodźcami "którym na głowy spadają bomby, lub którym głowy te są obcinane", do Europy ciągną ci, którzy po prostu szukają sobie lepszego miejsca do życia, a którzy nigdy by nie uzyskali wizy do UE. Dzięki masowej migracji udaje im się jednak dostać do Europy. Masowy napływ uchodźców do Europy destabilizuje ją, będzie destabilizować i w efekcie wymuszać krok po kroku redukcję naszego porządku.
Destabilizacja Europy jednak komuś musi służyć, ktoś na tej sytuacji zamieszania będzie na świecie korzystał. Europa pogrążona w uchodźczym dramacie nie będzie już za bardzo skupiona na innych własnych problemach.
Problem imigrantów będą musieli rozwiązywać Europejczycy, bowiem wszyscy ci imigranci "muszą gdzieś mieszkać, z czegoś żyć, dzieci muszą chodzić do szkoły". A ponieważ są to ludzie biedni i nie będzie ich stać na mieszkania z wolnej ręki, trzeba będzie budować dla nich mieszkania. A co z własnymi biednymi? A później i prędzej, niż nam się wydaje, trzeba będzie wybudować im nowe meczety. To ogromny wysiłek finansowy dla każdej gospodarki, nawet tej najprężniejszej. Dokona się przy takim najeździe muzułmańskich  imigrantów, ponieważ są to prawie bez wyjątku muzułmanie, również ogromna przemiana kulturowa w samej Europie.
W Niemczech żyje teraz blisko 4,5 miliona muzułmanów. Dla osiągnięcia tego poziomu musiało upłynąć pięćdziesiąt lat. W tym roku Niemcy spodziewają się 800 tysięcy uchodźców, z bardzo, bardzo odległych kulturowo obszarów islamu. Warto uświadomić sobie tę skalę, więc rzeczywiście, Niemcy podlegają islamizacji, a wraz z nimi i Europa. Imigranci z krajów afrykańskich, którzy osiedli w Niemczech, mają duże wymagania dotyczące standardów życia. W internecie wielką popularnością cieszy się nagranie, na którym widać uchodźcę z pogardą wyrzucającego część paczki żywnościowej. Zawarte w niej produkty nie spełniały jego wygórowanych oczekiwań.
Mówi się, że dzięki uchodźcom złagodzimy problem starzenia się własnych społeczeństw. To złudzenie. To nie będą w przyszłości już "nasze" społeczeństwa. 

Premier Orban buduje ogrodzenie na granicy z Chorwacją i nie ma co się dziwić Orbanowi, bowiem te pół miliona "uchodźców" (a dlatego w códzysłowie, że może 10% spośród nich to uchodźcy, reszta to najeźdźcy) to dopiero początek fali, już koljny milion czeka w miastach portowych, a 10 mln w głebi lądu. To co przeszło to awangarda. 
Mówicie zaginieni, zmarli, zatopieni....a kiedy armia sułtana szła na Polskę nie było strat? Te obecnie są śmiesznie małe dla ILS. 
Najlepsze dla nich jest to, że Europa chce, i robi to, płacić za utrzymanie najeżdców. 
Myślę, że za jakiś czas możemy poznać co od kulis twierdzą przywódcy państw islamskich o głupocie eurpejskich liderów. A niektorzy z nich, ci obecnie wszechpotężni, mogą skończyć swoje rządy w niesławie, albo nawet i gorzej.
Ale czy z polskiego punktu widzenie muzułmanie zalewający Niemcy to coś niekorzystnego?
Muzułmanie to jednak nie Żydzi, nie opanują handlu i przemysłu, zatem nie wywołają nazizmu na skalę lat trzydziestych, raczej jakieś popłuczyny po tym co było.

Z innej beczki:
Ta historia zbulwersowała mieszkańców Śremu, 30-tysięcznego miasta w Wielkopolsce. Od lipca pod opieką parafii Najświętszego Serca Jezusa przebywała pięcioosobowa rodzina uchodźców z Syrii. Dzięki staraniom proboszcza, hojności parafian i wysiłkom samorządu Syryjczycy dostali wszystko, czego ludzie uciekający przed śmiercią mogliby potrzebować. A nawet o wiele więcej: mieszkanie w nowym bloku, żywność, pracę dla rodziców, szkolną edukację dla dzieci, telewizję z kanałem po arabsku, internet, a nawet rowery – oczywiście za darmo.
Ale gdy tylko Niemcy ogłosili, że przyjmą tysiące uchodźców, imigranci z Syrii błyskawicznie opuścili Śrem, choć przecież mogli żyć wygodniej niż niejeden Polak, a żadna wojna im już nie groziła. „W poniedziałek 7 września w nocy, bez słowa pożegnania i podziękowania, uciekli do Niemiec – szukając tam (jeszcze) lepszego życia” – informował Portalsremski.pl.
Podobnie postąpiło w pierwszych dniach września kilkanaście innych syryjskich rodzin, którymi opiekowali się Polacy. 
Obywatelom naszego kraju należy się więc odpowiedź na pytanie: czy uchodźcom, których mamy przyjąć, chodzi o ucieczkę przed nędzą i śmiercią, czy o jak najwygodniejsze życie na koszt europejskiego podatnika?

środa, 20 maja 2015

Nawiedzenie NMP

Prymas Polski kardynał Wyszyński postanowił aby kopia cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej odwiedzała wszystkie diecezje i wszytkie parafie Polski. Od ponad pięćdziesięciu zatem lat kopia obrazu z Jasnej Góry peregrynuje po kraju, obecnei jest w diecezji warszawskiej.

http://archidiecezja.warszawa.pl/ksieza/dokumenty/peregrynacja-obrazu-matki-bozej-jasnogorskiej/

Obraz w każdym kościele jest jedynie jedna dobę a zatem program nawiedzenie czy po prostu odwiedzin (jak wolą nazywać wizytę Paulini) jest bardzo intensywny i jest okazją do odnowy ślubów jasnogórskich, a także do prywatnych postanowień.

sobota, 11 kwietnia 2015

Śmierć prezydenta po 5 latach



Po pięciu latach od katastrofy pod Smoleńskiem wiemy już bardzo dużo na temat jej przebiegu i przyczyn mimo, że dowody rzeczowe nadal znajdują się na terenie Rosji. Zresztą wartośc tych dowodów, które niechybnie będą Polsce zwrócone, maleje z każdym tygodniem, zwłaszcza wraku, któy jak był traktowany każdy mówgł widziec w telewizji a teraz na YouTube - zwrot zapewne nastapi kiedy ich wartość dowodowa będzie bliska zeru.

Co wiemy? Wiemy, że prawdopodobieństwo, iż to był wypadek spowodowany nieroztropnością Prezydenta jest bliskie zeru, zaś że to był zamach polegający na umieszczeniu i zdetonowaniu ładunnków wybuchowych to prawdopodobieństo bliskie 100%, zaś margines niepewności, który oscyluje znacznie poniżej jednego procenta nie wynika z braku dowodów naukowych, a raczej tego, że nie można było umiescić wraku w porządnym hangarze i pracować na nim.
Nie ma co powtarzać tych wszystkich zamierzonych "błędów" śledztwa rosyjskiego czy polskiego, bo tam błędów żadnych nie było, a jedynie zamierzone działania, polegające nie tylko na wykazaniu, że Prezydent sam sie zabił z głupoty własnej, ale też ośmieszeniu pańśtwa polskiego, wraz z jego prowadyrami - którzy musieli poczuć, że to, iż zostali postawieni na stanowiskach nie znaczy, że zostali przytwierdzeni do nich na stał, możę nie tylko być zdjęci, ale też zrzuceni.
Przed dwoma dniami widziałem program w polskiej TV o tym jakim to przestępcą jest Putin, właściwie trudno nie zgodzić się, że jest nim w istocie (choć opowiadanie o nim w ten sposób to nie tylko jakaś niepojęta naiwnośc ale też propaganda) ale co istotne w tym programie nawet się nie zająknięto o Smoleńsku, ajkby to się nigdy nie wydarzyło.

W tej chwili to nie teza o zamachu musi być udowadniana, ale teoria wypadku, bowiem w wrrsji rządowej czy anodinowej właściwie nic nie trzyma się kupy - zresztą może się mylę, bo przeciez patrząc na przebieg tzw. śledztwa, teza o wypadku została ogłoszona a potem udowadniano ja z zaciekłoscią, zatem własciwie od początku "oni" to robili. Zamiast rzetelnego podejścia - propaganda w stylu sowieckim, nie niemieckim, czyli bez zmartiwienia czy ogłaszane tezy wyglądają sensownie i wiarygodnie czy też nie.



Kiedy nastąpiąła ta katastrofa akurat byłem w Kenii, w Nairobi gdzie unikałem oglądania telewizji ze wględu, że jest jeszcze głupsza niż w Polsce, ale tego dnia przez przypadek włączyłem telewizor w pokoju hotelowym i zobaczyłem las smoleński, mundurowych kręcących sie tu i tam i komantarz, że samolot prezydencki się rozbił.
Właściwie to nie dotarło to do mnie, że zginłął Prezydent, prezydentowa i genaralicja. Dopiero potem.
Również przyłączyłem się (nie wiedząc jeszcze o nim) do chóru propagandowego, że sam sobie winien. Ale ja obwiniałm Go o tę śmierć, nie dlatego, że kazał lądować i te wszytkie bzdury wtłaczane Polakom do głów (jeszcze nie wiedziałem o tzw. oficjalnej wersji, bo nie wchodziłem na polskie media w tym okesie), ale o to, że poleciał na terytorium wrogiego państwa, skoro po pierwsze zalazł władzy rosyjskiej za skkórę walką o Gruzję i, przede wszystkim, wzbudził w niej lęk, budowanymi przez siebie sojuszami, które mogły zagrozić nie tylko mocarstwowej pozycji Rsji ale i jej istnieniu nawet.
Politycy tacy jak Putin, nawet jeśli powtarza się dyrdymały o tym, że to zwykły mafiozo wywodzący się z KGB, patrzą bardzo szeroko na politykę, w kontekście historycznym i geograficznym, gospodarczym i religijnym. Wszystko jest analizowane niezykle dokładnie. On wie co to sojusze.

Niestety wraz z Prezydentem Kaczyńskim Polska straciła nie tylko wizjonera ale i polityka, który umiał działać powoli ale skutecznie, potrafił iść nawet na bolesny kompromis - sprawa Ukrainy i Rzezi Wołyńskiej, Był co prawda znawcą prawa pracy, ale też historia nie była mu obca, zapewne brat Jarosław duży miał w tym względzie wpływ na niego.
Wreszcie to czlowiek, który w 2009 powtórzył słowa ministra J. Becka z 1939 o honorze i o tym co to dla Polaka znaczy, ale Beck wepchnąwszy Polskę w wojne, po 17 dniach nawiał za granicę, a Lech Kaczyński nie bał się ryzykować włąsnym życiem, co zakończyło się tragicznie dla niego i arcyboleśnie dla jego kraju.




niedziela, 22 lutego 2015

Zwrot zagrabionego mienia i odszkodowania



Dwadzieścia pięć lat po zmianie ustroju w 1989 roku Polska nadal się nie rozliczyła wobec swoich obywateli za zagrabione mienie.
Wiadomo, że zabierano niemalże wszystko i wszędzie, majątki ziemskie, fabryki, mieszkania w miastach, sklepy, młyny, duże gospodarstwa rolne, itp.
Artykuł z "Rz" poniżej pokazuje jak obecnie trwa ta zabawa w kotka i myszkę.
Przez ostatnie 25 lat byliśmy świadkami tego w jaki sposób w mediach przedstawiano sprawę zwrotu majątków, czy odszkodowań. W formie nagonki, jeśli dotyczyło to Kościoła, jakiegoś zakonu a zwłaszcza zakonnic. 
Pamiętamy słynną Białołękę i to jak to siostry niby zbiły majątek na transakcji i całą tę medialną ogłupiającą odbiorców paplaninę.
A nawet pomijając kwestie sprawiedliwości i prawa własności, zatem coś co nie podlega żadnej dyskusji, to zwrot majątków właścicielem to dla państwa jest sprawa ze wszech miar korzystna, zatem co stoi cały czas na przeszkodzie?
W wielu przypadkach oprócz zwykłej urzędniczej głupoty i złośliwości zapewne złodziejstwo i korupcja.
Ale same zwroty mienia i odszkodowania (kiedy mienia nie da się zwrócić, bo uległo zniszczeniu) to za mało, jest jeszcze sprawa odszkodowań dla tych, którzy ponieśli uszczerbek w walkach podczas II wojny światowej - czy to śmierć (wówczas dla rodzin),  czy to inwalidztwo - a już zmarli 0 znowuż dla rodzin, a jeśli żyją dla nich samych. Kolejną kwestią to wynagrodzenie dla tych którzy walczyli, nie zostali ranni, a po wojnie cierpieli niedostatek lub represje.
Dawanie medali z metali nieszlachetnych i zapraszanie na uroczystości to miłe postępowanie, ale byłoby milsze gdyby w ślad za miłymi słowami i kwiatami od młodzieży szły pieniądze.

Polska jest wyjątkiem wśród krajów postkomunistycznych należących do Unii Europejskiej. Jako jedyna nie ma ustawy reprywatyzacyjnej.
Najgorzej jest w Warszawie. Według szacunków ratusza roszczeń opiewających w sumie na kilka miliardów złotych jest tu blisko 17 tys. Wynikają one z tzw. dekretu Bieruta. Miasto oddaje z oporami.
– Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz oddaje, nie powiem, ale tylko rudery. Niedawno członkini naszego stowarzyszenia odzyskała willę na Powiślu. To ruina nienadająca się do zamieszkania. Prezes naszego stowarzyszenia miał roszczenia do parkingu przed hotelem Metropol i do połowy działki pod nim. Tego już władze miasta nie chciały mu oddać – mówi Ryszard Grzesiuła, wiceprezes stowarzyszenia Dekretowiec. – Musiał sądownie wyegzekwować zwrot. Później jednak żaden z pracowników urzędu nie chciał przystąpić do aktu notarialnego ustanawiającego na jego rzecz użytkowanie wieczyste.
Sądy przyznały już 1,4 
mld zł odszkodowań, a Warszawa i Skarb Państwa wypłaciły dopiero 860 mln zł. Najwięcej, 255 mln zł, w ubiegłym roku, bo dostała pieniądze z budżetu państwa.
Nie łatwiej dochodzi się roszczeń związanych z dekretami o reformie rolnej i o nacjonalizacji lasów. Na podstawie dekretu o reformie rolnej państwo przejęło 9707 majątków ziemskich i znacjonalizowało ok. 10 tys. dworów. Do września 2014 r. rozliczono się z ok. 1 tys. byłych właścicieli i wypłacono im 1,6 mld zł z Funduszu Reprywatyzacji. – W praktyce komuniści usuwali właścicieli ziemskich siłą. Nie tylko arystokratów, ale i bogatych chłopów – mówi Stanisław Ziemecki z Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego.
Przejęcia odbywały się bez decyzji administracyjnych. 
A ich brak komplikuje dochodzenie roszczeń. Byłym właścicielom trudno udowodnić, że mają prawo do znacjonalizowanych majątków, a nawet że w ogóle zostały przejęte przez Skarb Państwa. Postępowania w takich sprawach trwają nawet kilkanaście lat.
Część pałaców i innych nieruchomości nieodwracalnie zbył Skarb Państwa. W takim przypadku byłym właścicielom przysługuje odszkodowanie.
– Procesy cywilne w takich sprawach są bardzo skomplikowane. Prokuratoria Generalna Skarbu Państwa stara się wykazać przedawnienie – wyjaśnia adwokat Piotr Boroń.
Wciąż brak ustawy, która przyznawałaby rekompensaty za rezygnację z roszczeń. Tak rozwiązano problem mienia zabużańskiego. Byli właściciele otrzymali 20 proc. ich wartości. Rozliczono się też z Kościołami i obywatelami państw bloku zachodniego.
Rzesza ludzi wciąż jest skazana na długie postępowania w urzędach i sądach. Zdaniem Grzesiuły problem będzie istniał jeszcze 20 lat. Nie byłoby go, gdyby w 2001 r. prezydent Kwaśniewski nie zawetował ustawy przewidującej 50 proc. rekompensaty za utraconą własność. Wszystkie kolejne propozycje są krytykowane.

sobota, 31 stycznia 2015

Media prawicowe w Polsce


Media prawicowe to takie, które nie tyle utożsamiają się z prawa stroną sali sejmowej, ale prawość mają wpisane w swoją misję informowania i edukowania społeczeństwa, nie zapominają też, ze mają służyć temu społeczeństwu, które pragną widzieć narodem.

Jednak z mediami prawicowymi w Polsce mamy ten problem, że są one zepchnięte na boczny tor i zaszufladkowane jako niszowe, nawet jeśli mają całkiem pokaźne nakłady i sporą siłę oddziaływania.
Zrzucanie winy za ten stan rzeczy na media głównego nurtu lub partie rządzące oraz lewicę to błąd, ponieważ prowadzi to do okopywania się na pozycjach i zamykania na rozwojowe poglądy.
Oczywiście niektórzy prawicowi politycy, jak chociażby Jarosław Kaczyński, potrafią zawierać sojusze ponad różnicami ideowymi, ale przecież tak wytrawnych polityków (choć akurat jego wytrawność nie polega na małej ilości błędów w działaniu, bo z  perspektywy czasu, zwłaszcza w doborze ludzi, widać, że potrzebny byłby dla niego przydomek typu "Blądziciel". raczej jego wytrawność polega na wielkim uporze w dążeniu do jasno określonego celu). Tym niemniej jednak, mimo wywierania pewnego wpływu swoimi działaniami i sojuszami, politycy nie kierują ani mediami ani ich rozwojem, ponieważ media te są w znacznie większym stopniu niż, tzw. głównego nurtu - w większości lewicowe, niezależne. 
Z niezależnością, niestety, związana jest tez ich znaczna nieprzewidywalność, zapalczywość lub nieuzasadniona niczym konsekwencja, niby to w utrzymaniu linii pisma ponad wszystko, ponad ewidentne interesy społeczne.
Weźmy choćby słynną sprawę arcybiskupa Wielgusa. Czy w konsekwencji zamiana erudyty Wielgusa na polityka Nycza była dobra. Mógł Nycz pozostać tam gdzie był, a Wielgus zarządzać archidiecezją Warszawy, ale upór Gazety Polskiej doprowadził do zmiany decyzji Papieża Benedykta XVI.
Sprawa arcybiskupa Wilgusa zbudowała mur pomiędzy GP a Naszym Dziennikiem, i szerzej, grupą medialna Ojców Redemptorystów z Torunia.


piątek, 23 stycznia 2015

Spuścizna Lecha Kaczyńskiego




Dokonania Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta Polski były bardzo konkretne, próby ich pomniejszania przez przeciwników jego prezydentury, z byłym ministrem spraw zagranicznych na cele, są wyjątkowo głupie i bezsensowne. Zresztą ataki na zmarłego tragicznie prezydenta są i były zwykle bardzo niewybredne - oczywiście komentatorzy internetowi powtarzają za dziennikarzami, zaś dziennikarze za swoimi mocodawcami, a mocodawcy naradzają się z doradcami PR-owymi, którzy wiedza, że klasyczność, niestety popłaca, zwłaszcza na którą metę. Natyranie, politycy atakujący, nawet po jego śmierci, prezydenta, są tak zepsuci i bezczelni, że nawet kradzieże środków finansowych z publicznej, kasy, nie pozbawiają ich, w ich mniemaniu, prawa do krytyki. Są, tacy, którzy śmiejąc się z "murzyńskości" sami postępują jak Murzyni - politycy murzyńscy: myślą, że jak nakradną, a potem przeproszą, lub zamotają, to społeczeństwo im wybaczy, i, oczywiście mają rację - społeczeństwo wybacza. Wówczas tacy ludzie , z jeszcze większa pogardą i bezczelnością żerują na tym społeczeństwie. Ale przecież w końcu przyjdzie czas zapłaty.
Odnośnie dokonań prezydenta Lecha Kaczyńskiego, technika pijarowska tych cwaniaczków jest prosta - wpuszczanie do krwiobiegu informacyjnego: prasa, radio, telewizja i, oczywiście, Internet haseł typu: dokonaniem zmarłego prezydenta było to, że zginął w katastrofie. Koniec, kropka. Potem, gadające łby, będą się rozwodzić, rozmydlać temat, rzucą na lawę temat, Muzeum Powstania Warszawskiego, że i owszem, że okay, że popularne, ale, ze to przecież za prezydentury Warszawy, a nie Polski.
W twiterowym przekazie nie ma miejsca na analizę, jest hasłowość, powtarzanie tysiące razy haseł, niech spauperyzowany intelektualnie "społeczeństwo" łyka te hasełka i mieląc ozorami, powtarza je milion-krotnie, niech wejdzie do języka, niech brzmi "kaczyzacja", "kaczystowski", itp. Niech brzmi, kloaczny dowcip jowialnego marszałka sejmu, dziś następcę w Pałacu "jaki prezydent, taki zamach", a posłuszne media niech powtarzają, ale zamachu z jajkiem, niech nie porównują do tego, jakże dowcipnego, bon-motu.
Ale przecież historia oceni właściwie te prezydenturę. To co uczynił prezydent Kaczyński dla Europy Środkowej i Wschodniej jest nie do przecenienia. Oczywiście odważna próba zjednoczenia tej części świata pod przywództwem Polski nie powiodła się - Rosja rzuciła na te próbę cały swój przemysł medialny i całe siły agenturalne w jakie ma w Polsce, na Litwie, na Ukrainie, itp., ale zarzewie tej jedynej, dla naszej części świata idei, pozostało. 
Prezydent rozumiał doskonale, że wobec naporu Rosji, anie Polska ani Ukraina nie ma innej opcji jak być razem.



wtorek, 30 grudnia 2014

Pakiet klimatyczny a kolonie


Podpisany niedawno przez premier rządu polskiego pakiet klimatyczny, znany w Internecie pod nazwą kłamstwa Kopacz
(www.klamstwakopacz.pl)
stoi jawnie w opozycji do jakichkolwiek polskich interesów zarówno w perspektywie kilkunastu lat jak i kilku. Oczywiście korzyści ktoś odniesie, ale nie w Polsce - oczywiście poza nagrodami w postaci lukratywnych posad dla poszczególnych osób z polskiej administracji - można, parafrazując słynne zdanie: "tak wielu zawdzięcza tak wiele tak niewielu" powiedzieć: "tak wielu straci tak wiele dzięki zyskom dla tak niewielu".
Zamordyzm wysokorozwiniętych krajów zachodniej Europy w stosunku do aspirujących do krajów rozwiniętych państw z Europy Wschodniej spowodowany jest tylko i wyłącznie tym, że u nas jest co brać, i jest zgoda naszych rządzących aby to co jest dawać tym co chcą brać, za odstępne, które w stosunku do oddawanych stref wpływów jest wręcz śmieszne.
Profesor Kieżun wielokrotnie się wypowiadał, że Polska (ale przecież nie tylko ona, ale też Bułgaria, Rumunia, Czechy - Węgry się opierają) jest traktowana jak kraj kolonialny, czy tez postkolonialny i trudno się z tym nie zgodzić. Ale o ile kolonialiści przynieśli wraz ze swoim władztwem zachodnią cywilizację do Afryki, co widać bez zagłębiania się w historię, kiedy pojedzie się do Ugandy, Kenii czy Rwandy, to o jakimkolwiek przywożeniu cywilizacji do Polski mowy być nie może. Oczywiście, w naszych mediach niezwykle popularne jest wyrażanie się w stylu "a na Zachodzie to to czy tamto" w kontekście takim, ze w Polsce to też powinno mieć miejsce, jest powtarzane od 1989 bardzo regularnie i bardzo często.
Jasne, że know-how zarządzania, budowy przedsiębiorstw itp. bardzo się Polsce przydało, ale tylko dlatego, że zostaliśmy sprzedani po 1945 ZSRR, a komuniści poczynili "wielkie spustoszenie" w Polsce swoim rządzeniem.
Niestety wolny rynek okazał się mniej wolny niż wszyscy się spodziewali, a "konfitury" stały się własnością postkomunistów.
Aparatczycy z PO okazali się prawie w całości postkomunistami, z charakterystyczną dla tej opcji światopoglądowej cechą chapania dla siebie możliwie jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, co z polityką ma nie wiele wspólnego, niestety wkrótce większości wyborców w Polsce polityka kojarzyć się będzie z tym właśnie, czyli prywatą, zamiast z praca "pro bono publico".
Kiedy ostatnio byłem w Kenii, widziałem kilka razy w telewizji zajawki z konferencji klimatycznej, gdzie reprezentanci tego kraju wykrzykiwali do kamer, że ich kraj, ich region powinien dostać dużo środków na poprawę środowiska, bo przecież to nie oni, ale kraje wysoko-uprzemysłowione, doprowadziły do ocieplenia klimatu. A równocześnie, kiedy wychodziłem na ulice widziałem zatrzęsienie starych i mniej starych aut, autobusów i wszelkiej masy pojazdów okropnie ziejących spalinami, któych smród czasami był trudny do wytrzymania. Z kolej dalej za miastem, gdzie chciało się odpocząć od jazgotu centrum i spalin samochodowych, wieśniacy z wielką namiętnością wypalali śmieci, a w wśród nich tony plastikowych opakowań.
Jasne, kraje zachodnie zapłącą - wezmą od swoich obywateli, zwłaszcza jednak obywateli z nowej unii pieniądze, i jakąś mała część przeznaczą dla Afryki - jednak w Afryce te pieniądze trafią jedynie do rządów, które 80% wezmą dla siebie na prywatne potrzeby, a 20% przeznaczą na druk folderów, spoty w telewizji, itp. (co z kolei będzie pomocne w wygraniu kolejnych wyborów).

http://www.narodowyrzeszow.pl/nowy-pakiet-klimatyczny-a/

środa, 19 listopada 2014

Józef Piłsudski

Do przypomnienia postaci Józefa Piłsudskiego skłania mnie smutna wiadomość o śmierci jego młodszej córki Jadwigi zmarłej przedwczoraj, a która była również ciekawą i zasłużoną dla Polski postacią. Żyła długo, w młodości walczyła za wolność, potem na emigracji a na starość wróciła do Polski i bardzo aktywnie propagowała dokonania swojego ojca. Dzięki jej staraniom rodzina Piłsudskich odzyskała dworek Milusin w Sulejówku, udostępniony do zwiedzania, gdzie jest obecnie budowany kompleks muzealny jej ojca Józefa.

http://www.muzeumpilsudski.pl/

Jadwiga Piłsudska jako porucznik lotnictwa, 1944

Józef Klemens Piłsudski to pomnikowa postać w historii Polski, człowiek o niesłychanym autorytecie i posłuchu. Dość powiedzieć, że kiedy przybył do Warszawy 11 listopada 1918 była już tutaj rada regencyjna, ale wszyscy biegali i tak do niego, po opinie, po decyzje, po rady, nie chciano decydować niemalże o niczym bez wiedzy Piłsudskiego, co widząc Rada przekazała mu władzę trzy dni później, aby stan faktyczny był "przypieczętowany". W tych dniach Piłsudski pracował tak dużo, że lekarze w obawie o jego, nie tylko zdrowie, ale wręcz życie, nakazali mu odpoczynek.
Marszałek, właściwie do końca życia był aktywny politycznie, zatem jego epoka w wolnej Polsce trwała 17 lat.
Miał dar nie tylko przewidywania ale i podejmowania decyzji, które w tamtych czasach zwykle były trudne.
Wygrał wojnę z Sowietami, tym niemniej jednak, błędem było, kiedy było jeszcze można, czyli po zwycięskiej obronie Warszawy, nie doprowadzenie sprawy do końca, czyli zduszenie bolszewików w ich gnieździe i wykonanie wyroków śmierci na prowodyrach. Czyli innymi słowy Marszałek miał sprawy świata w swoich rękach, ale akurat o tym jednym nie wiedział, bo już na przykład jego pomysł wojny (wspólnie z Czechami) prewencyjnej z III Rzeszą był trafiony w stu procentach, ale nie doszedł do skutku.
Właściwie to nie wiadomo jaki był powód tego, że Piłsudski pozwolił Sowietom przetrwać, zapewne bał się odrodzenia imperialnej, carskiej Rosji - wybrał po prostu jego zdaniem, mniejsze zło. Niestety biali Rosjanie pomogli mu w tym, błędnej decyzji.
W II Rzeczpospolitej było wiele kół politycznych mających Piłsudskiemu za złe doprowadzenie wojny z Sowietami do pokoju ryskiego, co celnie opisuje swoich książkach Józef Mackiewicz.

niedziela, 2 listopada 2014

Wolność słowa w Polsce i na Świecie



W Naszym Dzienniku ciekawy arykuł z ubiegłego miesiąca, w sprawie która nie jest bez znaczenia, alowiem dotyczy spraw fundamentalnych. Wyrok co prada ni jest prawomocny, ale jednak zapadł, co więcej nawet jeśli sędzia moze spodziewac się,ze sąd wyzszej instancji uchyli to orzeczenia, to informacja poszła w świat, a dla wielu wyrok to yrok, nie wnikają czy jest prawomocny, czy też nie.

17 października 2014 
Sąd Okręgowy w Rzeszowie zamyka usta obrońcom życia. Nakazuje pozwanym przez Szpital Specjalistyczny Pro-Familia „zaprzestanie naruszania dóbr osobistych powoda”.
– My mówimy prawdę, że aborcja to jest okrutne zabójstwo, i nic tego nie zmieni, żadna gra słów, nazywanie tego „terminacją ciąży” czy jakoś inaczej. Dziecko jest od poczęcia – powiedział „Naszemu Dziennikowi” przed wejściem na salę Jacek Kotula, szef rzeszowskiego oddziału Fundacji PRO – Prawo do Życia. Rozprawa, która odbywała się za zamkniętymi drzwiami, trwała trzy godziny. Przybyło czterech lekarzy szpitala Pro-Familia na czele z dyrektorem placówki, którzy występowali w charakterze świadków. Sąd uznał jednak za zbyteczne ich przesłuchanie, stwierdzając, że zebrany materiał dowodowy jest wystarczający do ogłoszenia wyroku. Tak samo postąpił w stosunku do świadków drugiej strony.
Dzięki interwencji przedstawicieli mediów na ogłoszenie wyroku udało się wejść dziennikarzom oraz osobom zebranym pod salą sądową, które od rana modliły się wraz z obecną w sądzie Mary Wagner z Kanady w intencji dzieci nienarodzonych i o sprawiedliwy wyrok sądowy.
Sąd Okręgowy w Rzeszowie Wydział I Cywilny po rozpoznaniu sprawy uznał, że Jacek Kotula i Przemysław Sycz naruszyli dobra osobiste placówki szpitalnej. Zobowiązał pozwanych do „zaprzestania naruszania dóbr osobistych powoda i do usunięcia skutków tego naruszenia”. Mają to uczynić poprzez złożenie i opublikowanie na łamach regionalnego wydania „Gazety Wyborczej”, „Super Nowości” i „Nowin” oświadczenia, w którym mają stwierdzić, że „organizując pikiety i manifestacje w obronie życia nienarodzonych dzieci, przekazywali opinii publicznej szereg niezgodnych z prawdą informacji związanych z funkcjonowaniem Szpitala Specjalistycznego Pro-Familia w Rzeszowie, a w szczególności informacji, jakoby w tym szpitalu dochodziło do zabijania dzieci”. Mają również przeprosić, że „swoim działaniem doprowadzili do naruszenia dobrego imienia Szpitala Specjalistycznego Pro-Familia w Rzeszowie”. Sędzia Magdalena Kocój poinformowała, że tekst ma ukazać się w ramce w terminie 14 dni od uprawomocnienia się wyroku. Sąd zasądził również od pozwanych na rzecz szpitala Pro-Familia kwoty 788,50 zł od każdego z nich tytułem zwrotu kosztów procesu.
Uzasadnienie wyroku było utajnione, więc media i publiczność musiały opuścić salę rozpraw. – Wyrok jest nieprawomocny, będziemy się odwoływać i dążyć do odtajnienia uzasadnienia wyroku, które jest absurdalne. Nie zamierzam zaprzestać walki o życie dzieci nienarodzonych, choćby groziło mi nawet więzienie – powiedział „Naszemu Dziennikowi” po wyjściu z sali rozpraw Jacek Kotula. – Nie znam się na tajnikach polskiego prawa, ale modlę się, żeby skończyło się ostatecznie tak, by pan Jacek Kotula został uniewinniony, bo de facto jest niewinny – skomentowała wyrok w rozmowie z nami Mary Wagner. – Widzę, że w Polsce jest duże wsparcie dla obrońców życia – dodała.
Ksiądz dr hab. Piotr Steczkowski, kanonista z Uniwersytetu Rzeszowskiego i Uniwersytetu Jana Pawła II w Krakowie, który miał być jednym ze świadków w procesie, podkreśla w rozmowie z nami, że wyrok, który zapadł, jest absolutnie skandaliczny i niedopuszczalny. Sąd naruszył nim zasady praworządności.
– Sprawa dotyczy wolności wypowiedzi, więc ewidentny zakaz mówienia, że aborcja jest mordowaniem dzieci, jest ingerencją państwa w poglądy, co jest niedopuszczalne w demokratycznym państwie. Po raz drugi sędzia postanowił utajnić uzasadnienie wyroku – zwraca uwagę ks. dr hab. Piotr Steczkowski. Według kanonisty, sąd cofnął się tym samym do czasów zamierzchłych, gdy wyroki zapadały na sądach kapturowych. – Nie może być tak, że władza sądownicza będzie lekceważyć to, co czyni władza ustawodawcza. Przecież w ustawie o Rzeczniku Praw Dziecka mamy podaną legalną definicję dziecka, że jest ono od poczęcia. Wiemy też, czym jest aborcja – podkreślił ks. Steczkowski.

sobota, 25 października 2014

Sprawiedliwośc czy zniewolenie

Niemiecka Fundacja Bertelsmanna opublikowała niedawno tzw. raport o sprawiedliwości społecznej. Ma on – jak możemy przeczytać w medialnych doniesieniach na ten temat – badać poziom „sprawiedliwości społecznej” w krajach Unii Europejskiej. Publikowany jest co trzy lata. Przekładając slogan „sprawiedliwość społeczna” na język ludzki, chodzi mniej więcej o to, jak w danym państwie wygląda system pomocy społecznej, jak funkcjonuje służba zdrowia, edukacja czy też jak przebiega walka z wykluczeniem społecznym, dyskryminacją i biedą. Według najnowszego raportu, Polska zanotowała dość znaczący skok w górę pod każdym względem. Co prawda znajduje się ona na 16. pozycji, jednak w 2008 roku zamykała listę państw.

Wnioski z raportu są następujące: im dane państwo ma lepiej zorganizowany system opieki społecznej, edukacji, służby zdrowia itp., im dzielniej walczy z dyskryminacją, społecznym wykluczeniem i biedą, tym jest bardziej sprawiedliwe społecznie. Czyli że państwo takie może uchodzić za wzór dla innych, jest bliskie osiągnięcia celu, do którego pozostałe państwa powinny dążyć. Tak w każdym razie uważa Fundacja Bertelsmanna. Polska takim wzorem wciąż nie jest, gdyż zajmuje 16. pozycję, jednak osiągnęła znaczący awans i kroczek za kroczkiem podąża za liderami, którymi od lat są państwa skandynawskie ze Szwecją na czele.

Według raportu, w Polsce zmalało na przykład zagrożenie biedą, z 33 do 25 procent. Za biedne uważa się te osoby czy rodziny, które np. nie są w stanie samodzielnie płacić rachunków, nie stać ich na podręczniki szkolne dla dzieci itp. Takich rodzin jest w Polsce sporo, jednak z raportu Fundacji Bertelsmanna wynika, że coraz mniej. Nie zamierzam wikłać się tutaj w detale, czy jest to prawda, czy też nie, gdyż statystyki nigdy nie są w stanie uchwycić wiedzy o prawdziwym życiu – np. wielu ludzi pracuje na czarno, o czym w żadnych ankietach się nie wspomina, zaburzając pełny obraz danego zjawiska – wskażę jednak na pewną niejednoznaczność w założeniach samego raportu.

Rozumiem, że jednym z warunków tego, czy dane państwo jest „sprawiedliwe społecznie”, czy też nie, jest chociażby skala pomocy socjalnej. Pytanie jest następujące: czy osoba bądź rodzina, która korzysta z pomocy socjalnej, która regularnie pobiera państwowe zasiłki, jest wciąż biedna czy już nie? Można oczywiście przyjąć, że idąc do opieki społecznej, jest biedna, gdyż to zapewne bieda zmusza ją do korzystania z zasiłków. Ale czy nadal taka jest w momencie, gdy już ten zasiłek otrzyma? O ile dobrze rozumiem założenia raportu Fundacji Bertelsmanna, im pomoc społeczna bardziej rozbudowana, czyli im system zasiłków bogatszy, tym wyższy poziom „sprawiedliwości społecznej”, a tym samym lepsza pozycja danego państwa w rankingu. Wielu rodzin w Polsce rzeczywiście nie stać na regularne płacenie rachunków z własnych, zarobionych środków, jednak w wielu przypadkach rachunki te opłacane są za nich przez państwowe agendy pomocy społecznej w formie tzw. zasiłków celowych czy dodatków mieszkaniowych. Problemu zatem jakby nie ma, bo tak czy siak rachunki są zapłacone. Mniemam, że istnienie takiego systemu jest – według Fundacji Bertelsmanna – czymś dobrym, pożądanym i godnym naśladowania.

Czy rzeczywiście państwa powinny chlubić się tym, że gros ich obywateli jest uzależnionych od systemu pomocy społecznej i nie jest w stanie normalnie funkcjonować bez zasiłków? Czy na przykład państwo, które składałoby się z obywateli w stu procentach samodzielnych, niekorzystających z żadnych zasiłków (które zresztą nie istniałyby), ciężko pracujących na swój dobrobyt, posyłających swoje dzieci do prywatnych szkół, leczących się w prywatnych placówkach służby zdrowia, potrafiących samodzielnie zadbać o to, by nie czuć się wykluczonymi czy dyskryminowanymi, czyli inaczej mówiąc – państwo ludzi wolnych, którzy sami są odpowiedzialni za swój los i nie oczekują od rządu żadnej opieki, mogłoby zająć wysoką pozycję w rankingu Fundacji Bertelsmanna? Śmiem wątpić, czy w ogóle miałoby szansę się w nim znaleźć, ponieważ raport Fundacji, o którym ostatnio tak hucznie rozpisywały się media, ocenia kraje w oparciu o kryterium – im większy zakres ingerencji państwa w życie obywateli, tym lepiej dla obywateli, tym poziom ich życia wyższy.

Ale czy rzeczywiście lepiej? Na przykładzie III RP sami potrafimy ocenić, czy ingerencje państwa chociażby w system edukacji służą ludziom, czy nie. Mamy obecnie przymus edukacji, niedawno obniżono wiek szkolny z 7 do 6 lat. Na razie rodzi to wyłącznie problemy. Brak pomieszczeń w szkołach, bałagan, dzieci niegotowe do rozpoczęcia nauki, zabiegi rodziców o odroczenie przymusu pójścia do szkoły (tak jak kiedyś zabiegano o odroczenie służby wojskowej), próby wciskania, pod płaszczykiem nowoczesności i „postępu społecznego”, edukacji seksualnej do szkół. Zatem, czy państwo rozwiązuje problemy, czy raczej je mnoży? A jak wygląda walka z wykluczeniem?

Od jakiegoś czasu furorę robi określenie „wykluczenie cyfrowe”. Gdzieniegdzie realizowane są programy walki z tą „plagą”. Gminy fundują wybranym obywatelom darmowy dostęp do komputerów wraz z internetem. Dla nich komputery i internet rzeczywiście sprawiają wrażenie darmowych, ale oczywiste jest, że ktoś jednak za to wszystko płaci, a kto, wiadomo – wszyscy podatnicy. I płacą coraz więcej – słyszałem o sytuacjach, kiedy to dostawca „darmowego” internetu rozszerzał pakiet usług, zwiększając jednocześnie rachunki, bo urzędnicy znów czegoś nie doprecyzowali w umowach. Ale beneficjenci tych „darmowych” usług, zafundowanych im przez gminy, też powoli zaczynają się dokładać do tego interesu, chociażby w postaci wyższych rachunków za energię elektryczną, a to lada moment wepchnie ich w szeroko otwarte ramiona tzw. socjalu. Zatem czy mamy tu do czynienia z rozwiązywaniem – przez państwo czy gminę – problemów, czy raczej z ich mnożeniem? Służba zdrowia, system ubezpieczeń społecznych to kolejne dziedziny, w których państwo prowadzi ingerencje zakrojone na szeroką skalę. Czy rozwiązuje ono skutecznie liczne problemy w tych sferach, czy raczej ich przysparza?


Jeśli dobrze odczytuję intencje autorów raportu Fundacji Bertelsmanna, proponowana przez nią wizja świata, gdzie kryterium tego, czy dane państwo zasługuje na uznanie, czy też nie, jest to, czy spełnia ono wymogi „sprawiedliwości społecznej”, wydaje mi się fałszywa, a przez to rodząca wiele zagrożeń. Jest to wizja świata, w którym ludzie aż uginają się od ciężaru nadanych im przez państwowych dobrodziejów przeróżnych praw, jednak nie wolno im posiadać tylko jednego: prawa do wolności od rządowej ingerencji. Przypomina się tu stary dowcip: Czym się różni sprawiedliwość od sprawiedliwości społecznej? Tym, czym krzesło od krzesła elektrycznego.

wtorek, 30 września 2014

Odpowiedzialność osobista

Odpowiedzialność osobista dotyczy coraz mniejszej ilości grup społecznych czy zawodowych. Jeszcze osobiscie odpowiadają za wychowanie swoich dzieci rodzice - choć nie we wszystkich krajach i epokach, jeszcze ucznowie odpowiadają osobiście za wyniki w nauce, trenerzy za osiągnęcia lub ich brak swoich zawodników, własciciele prywtnych firm za ich sukces rynkowy lub rynkową klęskę, ale już wszystkie grupy zawodowe związane z polityką, czyli menadżerowie spółek z udziałem skrarbu państwa, policjanci, ochroniarze w UOP, urzędznicy wszelkiej maści urzedów i, oczywiście, sami politycy żadnej odpowiedzialnosci osobistej za decyzje błędne lub bezczelne kłamstwa nie ponoszą. Jedyne ryzyko ich diałalności wiąże się wylącznei z brakiem ewentualnej lojalności obec pryncypała, złamanie zasady "mierny, biery ale wierny" to jedyne przewinienie, które moze kosztować awans.
Były premier Tusk został przyłapany na kłamstwie tak często, że gdyby był Pinokiem, to nos miałby większy od swojego ego, ale jedyna kara za kłamstwo to posada w Brukseli, obecna premierka kłamała bezczelnie w Sejmie jako jeszcze marszałkini, bredząc coś o przekopani ziemi smoleńskiej na metr w głąb i dokładnym jej przesianiu, i znowu kara to awans.
Podobnych przykladów można by podać bardzo dużo, niestety.
Ryba psuje się od głowy, dlatego pomniejsi funkcjonaiusze naślaują swoich mocodawców z entuzjazmm, na każym odcinku frontu utrzymywania bardziej lub mniej ciepłych posad.
Jest to zgodne ze społecznym dowodem na wiarę ludzi w autorytet - autorytet daje przykład i wydaje polecenia - nic zatem nie da się zrobić, trzeba słuchać. Zgodn jest to również ze społecznym dowodem słuszności - skoro wszyscy tak robią to nie ma wyjścia, trzeba tak robić, nie wolno się wyłamywać.
Co prawda młodzież w szkołach nie tego jest nauczana, ale po opuszczeniu szkoły zderzy się z rzeczywiśtością, i albo się do niej ostosuje, albo nie, niestety niedostosowanie będzie się wiązało z życiem na marginesie - zatem inna droga to rozdwojeni jaźni.



"- My i tak wynajmujemy prawników z majątku spółki. Karę też zapłacimy przecież z jej kasy – stwierdził członek zarządu giełdowej firmy na korytarzu sądowym. Znalazł się tam z uwagi na pozew złożony przez akcjonariusza.
- Sankcje przewidziane są po to, by służyć ochronie interesów inwestorów. Jeśli np. członek zarządu nie dopełnił swoich obowiązków w jakimś zakresie, to odpowiedzialność finansowa za to powinna zostać przypisana personalnie. Inaczej mamy do czynienia z sytuacją, w której przekłada się pieniądze z jednej kieszeni do drugiej tego samego właściciela – stwierdza Jarosław Dominiak, prezes SII.
To samo dotyczy nałożonej przez Komisję Nadzoru Finansowego kary 20 tys. zł na Skarb Państwa. W ten sposób większościowego właściciela znaczącego portfela spółek giełdowych „upomniano" za nieterminowe zgłoszenie Polskiej Grupie Energetycznej i samemu nadzorowi zmian udziału w akcjonariacie największego wytwórcy energii w kraju.
Sprawa dotyczyła przekształceń w sierpniu 2010 r. kiedy PGE wchłonęło PGE Górnictwo i Energetykę Konwencjonalną z siedzibą w Łodzi i PGE Energię w Lublinie i dokonała na potrzeby tegoż przejęcia emisji akcji. W jej wyniku udział MSP w PGE spadł z 85 proc. do 79,29 proc., o czym resort poinformował z 19-dniowym opóźnieniem.
Chwalebne jest to, że KNF dostrzega niedopatrzenia nawet ze strony Skarbu Państwa. W wielu przypadkach można byłoby bowiem odnieść wrażenie, że w spółkach kontrolowanych przez MSP liczy się głos przedstawiciela tylko największego akcjonariusza. Interesy tych drobnych wydają się schodzić na dalszy plan w takich przypadkach jak np. wysokość dywidendy czy plany inwestycyjne spółki.
Jednak samo nałożenie kary, choć w tym przypadku zasadne i bezdyskusyjne obnaża słabość całego systemu. Dlaczego za niedopatrzenie obowiązków w jakimkolwiek zakresie mamy płacić wszyscy. Skarb Państwa pokrywa przecież swoje wydatki z budżetu naszego kraju, na który wszyscy się składamy. Co więcej owe 20 tys. zł zostanie ponownie przekazane do państwowej kasy. Pieniądze wędrują więc z konta na konto, a w końcu i tak trafiają do worka, z którego wypłynęły.
Być może generuje to dodatkowe koszty w postaci opłat za przelewy, czy też uzasadnia pracę kilku osób. Ale nie to martwi w tej całej sytuacji.
Chodzi o to, że taki system uczy (albo przyzwyczaja) do pewnej bezkarności. Bo dlaczego osoby odpowiedzialne za wykonanie pewnej czynności mają się stresować czy wykonają coś na czas, czy parę dni po terminie. I tak nie odczują tego na własnej kieszeni.
A może by tak zmienić system, jak postuluje SII? Wtedy żaden prezes nie powie nawet najdrobniejszemu akcjonariuszowi: I co mi zrobisz? I tak, jeśli będę zmuszony zapłacić, to zrobię to z twoich pieniędzy..." GGP

piątek, 12 września 2014

Wrześniowa zdrada aliantów

Czy Brytyjczycy i Francuzi cynicznie wykorzystali Polskę zdradzając ją czy też po prostu taka była sytuacja wojenna, że inaczej nie dało się zrobić? Oczywiście zdania ludzi żywo zainteresowanych nasza historią są podzielone, ale przecież ten podział nie wynika z jakichś interesów osobistych a jedynie z dostępności, lub jej braku do rzetelnych opracowań oraz z propagandy jaka nieustannie zastępuje przekaż historyczny i obiektywną, opartą na faktach i analizach politycznych i militarnych, debatę.

Oczywiście samo podejście historyczne w ujęciu hobbystycznym, dla realizacji zainteresowań nie wystarcza, podejście to winno mieć na celu interes narodowy który zawiera się w wielu wymiarach: ekonomicznym, politycznym i pamięciotwórczym - tożsamościowym, a zapewne jeszcze w wielu innych.

Niewątpliwie Francuzi i Brytyjczycy jak najdłużej utrzymywali Polaków w nadziei, że wypełnią zobowiązania sojusznicze. Kampania wrześniowa to lekcja historii, o której Polacy nigdy nie powinni zapominać.
22 sierpnia 1939 r., gdy w Sztabie Generalnym francuskiej armii odbyła się niezwykle interesująca rozmowa. Głównodowodzący armii francuskiej gen. Maurice Gamelin, gen. Alfons Georges z francuskiego Sztabu Generalnego oraz gen. Louis Faury, świeżo mianowany szef misji łącznikowej w Polsce, rozmawiali o nadchodzącej wojnie. Faury został przywrócony do służby tylko po to, by objąć to stanowisko. Dobrze znał nasz kraj. W 1919 r. był szefem tutejszej francuskiej misji wojskowej, w czasie wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. piastował funkcję doradcy w polskim sztabie, a potem przez siedem lat wykładał w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie. Foury był sympatykiem Polski i poniekąd ambasadorem jej interesów. Francuscy sztabowcy dobrze wiedzieli, że jeśli Polacy będą kogoś słuchać, to tylko jego.

                   Demonstracja (300 tyś.) jaka miała miejsce w Warszawie 3 września 1939 roku

wtorek, 9 września 2014

Reparacje wojenne

W powszechnej świadomości Polaków Polska otrzymała odszkodowania wojenne od Niemiec po II Wojnie Światowej, zaś od ZSRR nie dostała nic, bowiem to był bratni kraj, który sam poniósł olbrzymie straty w czasie tej wojny. Duża część społeczeństwa zdaje sobie sprawę, że ZSRR kupował z Polski towary po cenach tak niskich, że nawet hitlerowcy, którzy rabowali Żydów jak popadnie, dziwili by się, że można być tak bezczelnym. 
Dzieci na stacji kolejowej w Małkini (i w Sokołowie Podlaskim, i wielu, wielu innych) przyglądały się pociągom i zabawiały się ich liczeniem, nazywając te jadące do Rosji: sało (tłustości) i te do Polski: spiczki (zapałki), spiczki-sało, spiczki-sało... Warto dodać, że towary rolne z Polski były najwyższej jakości, a z zapałek, jak jedna na dziesięć się zapalało, to było dobrze.
Oczywiści Sowieci grabili wszystko jak leci, mając swoiste eldorado zwłaszcza na ziemiach "odzyskanych".



"Nie były to jedyne straty spowodowane celową i systematyczną polityką "gospodarczą" sowieckich "wyzwolicieli". Jak wspomniano, Związek Radziecki zrzekł się 16 sierpnia 1945 roku roszczeń do mienia niemieckiego i innych aktywów niemieckich na terenie całej Polski, w tym także na nowych ziemiach zachodnich. Jednak wcześniej, od lutego do sierpnia 1945 roku, teren dzisiejszej Polski był obszarem zapewne największej, obok terenów przyszłej NRD, systematycznej akcji rabunkowej w historii XX wieku. Sowieckie trofiejne komanda demontowały i wywoziły całe fabryki, elektrownie, młyny, urządzenia, tory kolejowe, stacje telefoniczne, rzeźnie, surowce, półfabrykaty, bydło, z całej "wyzwolonej" Polski. Rabunek ten był zaplanowany i przeprowadzany systematycznie na osobiste polecenie Stalina. Najbardziej atrakcyjnym kąskiem dla Sowietów był przemysł Górnego Śląska. Już 31 stycznia 1945 r. Stalin wydał rozporządzenie, aby rozpoznać stan przemysłu na Śląsku. W tym samym dniu marszałek Żukow zameldował Stalinowi, że zakłady przemysłowe na terenach właśnie wyzwolonej Polski prawie nie ucierpiały, ponieważ Niemcy nie mieli czasu, aby je zniszczyć, a tym bardziej ewakuować. Podobnie było na pozostałych terenach na wschód od Odry.
W lutym 1945 r. Państwowy Komitet Obrony (Gosudarstwiennyj Komitet Oborony - GKO), który skupiał całą władzę w Związku Radzieckim do momentu rozwiązania 4 września 1945 roku, wydelegował do Polski, głównie na Górny Śląsk, komisje ekspertów, których zadaniem była rejestracja wszystkich ważnych zakładów i urządzeń przemysłowych."

Polska będąc w bloku państw zwycięskich, siłą rzeczy nic od sojusznika dostać nie mogła, ale też ten "sojusznik" zadbał aby Polska nic nie dostała od Niemiec. Skutkiem czego wielkie straty do dziś nie zostały w żaden sposób powetowane.
Tym niemniej nie chodzi tu tylko o zniszczenia jakich dokonali Niemcy, ale również o zwykłe kradzieże. Tymczasem to nie Niemcy nazywani są w Polsce złodziejami, ale Polacy w Niemczech - oto ironia historii, czy raczej skutek, właściwej, systematycznej propagandy.

"Zniszczenia nie były ubocznym efektem działań wojennych, ale stanowiły efekt zaplanowanych i z całą konsekwencją przeprowadzanych akcji, mających na celu unicestwienie Narodu Polskiego poprzez likwidację materialnych podstaw jego bytu. Ale wymierzone były także w sferę duchową, w naukę i kulturę.
Dobitnie ilustrują to wojenne losy wybitnego polskiego filozofa profesora Władysława Tatarkiewicza. Tak oto wspominał wydarzenia z sierpnia 1944 r. w Warszawie: "Gdy wojska niemieckie opanowały dzielnicę, którą zamieszkiwałem, kazano nam niezwłocznie opuścić dom i spalono go od razu wraz z całym urządzeniem, zbiorami, biblioteką, warsztatem pracy naukowej. A przed nim i po nim płonęły inne domy, jeden za drugim. Wychodząc, zdołałem wziąć do walizki tylko nieco bielizny i rękopis pracy naukowej, nad którą pracowałem przez całą wojnę. W drodze, gdy nas z płonącego domu gnano do obozu, żołnierze odebrali z walizy bieliznę - został już tylko rękopis. Wtedy podszedł oficer niemiecki, otworzył walizę, znalazł rękopis. - Co to? Praca naukowa? - rzekł. - Nie, nie ma już polskiej kultury. (Es gibt keine polnische Kultur mehr). I rzucił rękopis do rynsztoka. W tych jego słowach zawarty był cały stosunek Niemców do nas...".
Profesor Tatarkiewicz bez wahania wskazywał na sprawców akcji zniszczeń: "Była ona wykonaniem osobistego rozkazu Hitlera. Ale rozkaz ten spełniali wszyscy - i władze cywilne, tak samo jak ludzie prywatni, uczeni i artyści. Cały naród niemiecki brał udział w tym rabunku i zniszczeniu, cały jest zań odpowiedzialny".

Tym niemniej, nawet gdyby reparacja wojenne była zadowalające (w rzeczywistości Polaska otrzymała 0,5% strat wojennych, w tym głownie tabor kolejowy z Ziem Odzyskanych - potrzebny do przewozu rabowanych z Polski dóbr do ZSRR...) to nawet w wypadku uzyskania stosownego odszkodowania nie byłaby w stanie racjonalnie go wykorzystać. Zbyt łatwy był bowiem wszelkiego rodzaju transfer dóbr poza wschodnią granicę państwa.

Kwestia reparacji wojennych powinna być otwarta ponownie po 1989 roku, niestety nei została, ale i teraz, gdyby była taka wola rządu, to wystąpienie o nie miałoby sens (tak jak obecnie w dniu 1. września b.r. wystąpiono w imieniu mniejszości polskiej w Niemczech o odszkodowania w wysokości 500 mln euro za zrabowane mienie tejże) - oczywiście Niemcy nie sa w ciemię bici i nie zagrzebują gruszek w popiele, tylko kupują polskich polityków, ostatnio kupili Tuska.

http://www.naszdziennik.pl/mysl/8907.html
.