poniedziałek, 4 lutego 2013

Upamiętnianie zasłużonych



Jednym z ważnych zadań, do którego poczuwa się ogromna rzesza ludzie w Polsce i z Polską związanych jest upamiętnianie zmarłych oraz bohaterów narodowych - tych dużego formatu i tych związanych z lokalnymi społecznościami.
Pomimo, że nie brakuje upamiętniania wokół to w rzeczy samej brakuje go jak najbardziej. Czyli upamiętnianie jest ale pamięć woła o większe lub po prostu właściwe upamiętnianie tych, którzy poświęcili życie dla sprawy. Oczywiście poświęcić życie to nie tylko je oddać na polu walki ale często po prostu podporządkować jakieś idei, jakiejś sprawie co do której nie można się uchylić.
Kiedy patrzymy na to jak II Rzeczpospolita oddawała honory Powstańcom Styczniowym którzy dotrwali do czasów wolnej Polski a jak obecna Polska oddaje honory bojownikom antysowieckim w okresie po II Wojnie światowej to burzy się w wielu z nas krew.
Oczywiście wszelkie upamiętnianie zawsze ma swoich przeciwników, ale nie dotyczy to lokalnych bohaterów, bowiem trudno jest znaleźć w Sokołowie Podlaskim przeciwników pomnika Księdza Brzózki, ale kiedy docieramy do poziomu krajowego, wówczas przeciwników znajdujemy mnóstw, może nie lokalnego bohatera, ale całej sprawy której służył.
We wspomnianym Sokołowie trudno byłoby też znaleźć przeciwników Pomnika Żołnierzy Wyklętych, ale już nie przeciwników ale wrogów żołnierzy wyklętych i nazywania tych bohaterów bandytami na szczeblu krajowym, że użyję języka lewaków, już nie trudno znaleźć.
Mamy zatem sytuację taką, że lokalnie lewacy, bo to głównie oni są wrogami wszelkich tradycji patriotycznych są bardzo słabi, ale centralnie, korzystając z bezczelności lub z układów finansowych są silni.
Właściwie to lokalnie nigdy nie byli silni, nawet przecież rewolucja bolszewicka lokalnie była słaba ale i tak wygrała.
Bez zajęcia centrum nigdy patrioci nie będą należycie upamiętnieni. Lokalnie można sobie dużo robić i to będzie i jest słuszne, właściwe, ale bez zajęcia centrum, ogromne wysiłki ludzi czynu, działaczy lokalnych mogą pójść na marne.

O zbrodniach komunistycznych w Polsce mówi się oficjalnie dopiero od dziewięciu lat. Dobrego zaś imienia tych, którzy owe zbrodnie popełniali, strzegą gorliwie środki przekazu tzw. głównego nurtu. A także żyjący jeszcze sprawcy i współsprawcy zbrodni, ich rodziny i ideowi sympatycy. Pod szczególną ochroną zdają się przy tym być uczucia i interesy naszego wschodniego sąsiada. I tak w sierpniu 2010 roku, w dziewięćdziesiątą rocznicę Cudu nad Wisłą, w której wojsko polskie uratowało Europę przed najazdem bolszewickim, prezydent Bronisław Komorowski wraz z nowo mianowanym sekretarzem Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzejem Krzysztofem Kunertem zamierzali w Ossowie odsłonić w towarzystwie ambasadora Federacji Rosyjskiej pomnik nagrobny ku czci poległych żołnierzy sowieckich. Za prawosławnym krzyżem ustawione zostały pochylone do przodu, gotowe do starcia (z wrogiem?) bagnety. Pomysł ten śp. prof. Józef Szaniawski nazwał „testem na odporność Polaków”.

"Coś naprawdę ściskającego krtań było w tym ostrym, konsekwentnym rozgraniczeniu na my i oni. Jak wtedy w powstaniu. Ani cienia wątpliwości, kto jest kto. Ani chwili wahania, do kogo się przynależy. Jedność narodowa – w najszczerszym, najpełniejszym wydaniu” – wspominał po latach okres przed wyborami w 1947 r. uczeń warszawski Andrzej Marzecki.
- „Hej, koleś, urywaj się!”, krzyknął do niego pewnego dnia, wskakując do tramwaju, może siedmioletni sprzedawca gazet. 
- „Chamy robią łapankę”. Marzecki rozwoził wtedy po mieście PSL-owskie „czwórki”.
- „Dawaj mi połowę i chodu!”. I zanim milicja zatrzymała tramwaj, większość pozostałych ulotek zniknęła w kieszeniach pasażerów. Wskazał jednak na niego „jakiś typ o twarzy bardzo na czasie”. Wkrótce potem UB zawiozło Marzeckiego na Pragę, do siedziby Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, który już od lutego 1945 r. mieścił się w budynku należącym do Kościoła prawosławnego na ul. Cyryla i Metodego 4. Do gmachu, który stał się „symbolem epoki”. Krążyły wtedy po Warszawie kawały, jak to Polacy dzielą się na trzy grupy. „Tych, co tam siedzieli, tych, co tam siedzą, i tych, co tam siedzieć dopiero będą”. „Siedzieć” i ginąć, nie tylko na polu bitwy, Polacy praktycznie nie przestawali od 1939 roku, gdy to Hitler wraz ze Stalinem podbijać zaczęli Polskę. Bombardując i podpalając ludzkie siedziby. Aresztując, mordując i katując polskich obywateli. Sowieci, a po nich Resort Bezpieczeństwa Publicznego, znajdujący się pod ścisłym nadzorem i kontrolą ekspozytur NKGB, NKWD i kontrwywiadu wojskowego Smiersz, wykorzystywali przy tym teraz często do swoich celów te same więzienia i obozy co Niemcy. A NKWD przejmowało sieć konfidentów gestapo i Abwehrstelle – specjalistów w zwalczaniu polskiego podziemia.

Na Pragę Sowieci wkroczyli już 14 września 1944 roku. Przyglądali się, jak podczas powstania ginie z rąk niemieckich lewobrzeżna Warszawa. I dalej wspomagali Niemców w dziele likwidacji polskich elit. Na oczach mieszkańców Pragi dokonała się wtedy w Warszawie zamiana okupacji niemieckiej na sowiecką. Choć świadkami zdrady „sojuszników”, ich wiarołomstwa byli też mieszkańcy lewobrzeżnej Warszawy. „Byliśmy zbłąkanym narodem rycerskim wśród cynicznych kupców i zwykłych zbrodniarzy”, jak to ujął już po wojnie Stanisław Zadrożny z powstańczej radiostacji „Błyskawica”. „My już wtedy w Warszawie, gdy patrzyliśmy na jej gruzy, zrozumieliśmy, że w tej wojnie zwyciężą te same zasady, przeciwko którym walczyliśmy przez cały czas wojny”.
Zwalczaniem Polskiego Państwa Podziemnego, polskich organizacji wojskowych, niepodporządkowanych PKWN, „łamaniem” polskiego „ducha oporu” i solidarności, zastraszaniem i pacyfikowaniem społeczeństwa na ziemiach polskich aż do jesieni 1945 r. zajmowało się NKWD-NKGB oraz kontrwywiad Smiersz. PKWN, ustanowiony przez ZSRS jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego, poddał obywateli polskich jurysdykcji organów sowieckich. „Polskie” organa bezpieczeństwa nie dałyby sobie bowiem same rady z „polskimi masami”, wychowanymi „przez najczarniejszą reakcję”. Mimo że już w kwietniu 1944 r. Zarząd Główny Związku Patriotów Polskich rozpoczął szkolenie w ZSRS kadr dla przyszłych organów bezpieczeństwa, wysyłając pierwszych kandydatów do szkoły NKWD w Kujbyszewie.
Pierwsza siedziba gen. Iwana Sierowa, zastępcy Ławrientija Berii, specjalisty od walki z polskim podziemiem, mieściła się w kamienicy przy ulicy Strzeleckiej 8 w Warszawie. Urzędował on wraz z całym sztabem NKWD (jednym z jego „pracowników” był Józef Światło). Więzieni tam byli w piwnicach m.in. żołnierze AK, NSZ i WIN, także ci, którzy szli na pomoc powstańczej, lewobrzeżnej Warszawie. Oskarżani o współpracę z gestapo, o „faszyzm” i „działalność antysowiecką” byli bici, poniżani, często torturowani podczas przesłuchań, które odbywały się nocą, a potem mordowani. Krzyki i wołania o pomoc zagłuszyć miała muzyka płynąca z radioodbiorników radiowych, a odgłosy strzałów w czasie dokonywanych egzekucji warkot silnika ciężarówki, która podjeżdżała pod budynek. Ciała grzebano najpewniej na dziedzińcu. W domu sąsiednim, przy Strzeleckiej 10/12, w siedzibie dowódcy praskiej grupy operacyjnej NKWD, więziono przed wywiezieniem do Moskwy szesnastu porwanych podstępnie przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. W kamienicach sąsiednich (nr 40 i 46) stacjonowała do 1947 r. cała kompania NKWD.

Inną ulicą, którą „upodobali sobie” wówczas na Pradze Sowieci (jak to ujął dr Tomasz Łabuszewski, pod którego kierunkiem pracownicy IPN opracowali album „Śladami zbrodni”), była ulica Jagiellońska. W domach pod numerami 1, 9, 17, 28 i 34 mieszkali sędziowie i prokuratorzy sowieckiego Trybunału Wojennego. Pod numerem 38, w auli liceum Władysława IV toczyły się prowadzone przez Trybunał procesy. W piwnicach szkoły mieścił się areszt Smiersza. Na boisku szkolnym, w szopie i dołach zakrytych drutem kolczastym trzymano więźniów, wśród nich polskich żołnierzy. Okna wychodzące na dziedziniec były zamalowane, nie wolno ich było otwierać. Mieszkającego na piętrze Lecha Kubiaka, syna wicedyrektora szkoły, pewnej nocy obudził „rozpaczliwy krzyk człowieka, który nie ma już niczego do stracenia”: „Polacy, rodacy, pomóżcie. Pomóżcie, Polacy! Ratujcie!”. Po chwili ciszy padł pojedynczy strzał. Ciała niektórych pomordowanych w czasie przesłuchań spoczywają na dziedzińcu szkoły zapewne do dziś. A o tym, co działo się przed laty w ich szkole, pojęcia nie mają ani uczniowie, ani nauczyciele.
Przy ulicy 11 Listopada, na rogu ul. Szwedzkiej, mieścił się jeszcze jeden sowiecki Trybunał Wojenny, a w piwnicach kamienicy pod nr. 68 areszt. W dawnych zaś koszarach 36 pp. więzienie karno-śledcze, tzw. Warszawa III, oddzielone od ulicy kilkumetrowym murem z zasiekami z drutu kolczastego. Egzekucje w więzieniu nazywanym „Toledo” przeprowadzane były w piwnicach znajdujących się na dziedzińcu i w załomie więziennego muru, w którym wmurowana szyna służyła do wieszania skazańców. W latach siedemdziesiątych podczas budowy bloków mieszkalnych na terenie wyburzonego więzienia znajdowano resztki ciał ludzkich przemieszane z wapnem i odpadkami.
Sowieci wykorzystywali jeszcze „odziedziczony” po Niemcach obóz pracy przy ulicy Skaryszewskiej oraz budynki m.in. przy ul. Wileńskiej, Targowej, Szwedzkiej i Kawęczyńskiej. A także dom przy ul. Otwockiej 3, w którym wkrótce, na rozkaz gen. Mariana Spychalskiego, zagościł Wydział Informacji i Propagandy m.st. Warszawy. Sprawą wielkiej wagi stało się bowiem „podniesienie świadomości politycznej obywateli” poprzez „kursy nauk politycznych”, na których poruszano m.in. problem „przeszłości politycznej Polski”, a na tym tle „walki demokracji z faszyzmem”. Przy czym na miano „demokratów” zasługiwać zaczęli teraz „ludzie sowieckiego chowu”, jak ich nazwała Jadwiga Obrembalska, młoda więźniarka katowni MBP na Cyryla i Metodego i przy ul. Sierakowskiego 7. Ludzie „z przetrąconym kręgosłupem”. „Faszystami” zaś zostali już wtedy polscy patrioci.

Czterech śpiących
W listopadzie 1945 r. odsłonięty został na Pradze pomnik „ku chwale bohaterów Armii Radzieckiej, którzy oddali swe życie za wolność i niepodległość narodu polskiego”. Stanął tuż przy ul. Jagiellońskiej i Sierakowskiego. W bliskości katowni przy Strzeleckiej, Szwedzkiej, 11 Listopada oraz Cyryla i Metodego. O losach tych, którzy tam stracili życie, w polskich szkołach nawet teraz się nie naucza. Nie opowiada się o tym także w telewizji. Powoli więc pomnik, nawet w opinii zwykłych „zjadaczy chleba”, stawać się zaczął jedynie „zabytkiem”. Może najwyżej obiektem dobrotliwych kpinek o „czterech śpiących”. Nad bezpieczeństwem jego czuwał zawsze ZSRS, teraz zaś troszczy się o niego Federacja Rosyjska, decydując, za zgodą władz III RP, o jego losach. Pomnik więc odnowiony za pieniądze potomków tych, którzy na Pradze ginęli, powróci po remoncie na swoje stałe miejsce i będzie pilnie strzeżony przez straż miejską."




NKWD i UB jednak nie ograniczyło się do zwalczania "band" Ak-owskich w których walczyli dorośli partyzanci, oni mieli wrogów nawet wśród małych dzieci:

Januszek Żubryd, lat 4 – najmłodszy więzień UB

Czy czterolatek może stanowić realne zagrożenie dla ustroju jakiegoś państwa? Odpowiedź wydaje się oczywista – żadne, normalne państwo nie musi obawiać się przedszkolaka. Normalna władza nie obawia się. Władza komunistyczna tak. Władza ludowa zamyka dzieciaka w kazamatach rzeszowskiego zamku.
Pan Janusz Niemiec jest człowiekiem o dość skomplikowanym życiorysie, szczególnie w pierwszych kilku latach życia.
Urodzony 8 września 1941 roku, już w czerwcu 1945 został uwięziony przez sanocki UB, jako zakładnik wraz ze swoją babcią, Stanisławą Praczyńską. Spowodowane to było reakcją władz na fakt dezercji jego ojca, Antoniego Żubryda, który uwolnił ok. 10 osób z aresztu śledczego UB oraz chwilę później, posługując się fortelem, uwolnił kolejne 2 osoby z sanockiego więzienia. Na wieść o uwięzieniu syna i teściowej, ojciec odpowiedział kilka dni później, zaatakował i zdobył posterunek MO w Haczowie. W nawiązanym z UB połączeniu telefonicznym zażądał natychmiastowego uwolnienia dziecka, grożąc śmiercią 8 ujętych milicjantów. Ultimatum odniosło skutek, Januszka uwolniono, milicjantom nic się nie stało.
Wiosną 1946 roku, chcąc poskromić intensywną działalność oddziału Żubryda, UB ponownie, tuż przed Świętami Wielkanocnymi, uwięziło Januszka, jego babcię i ciotkę Krystynę. Tym razem nie ryzykowano przetrzymywać zakładników w Sanoku. Obie kobiety załadowano na oplandekowaną skrzynię ciężarówki, Januszka zaś konwojował Rosjanin, enkawudzista, w kabinie szoferki. Jak podają świadkowie, rosyjski oficer, sadzając malca na kolanach, miał powiedzieć: „jak twój ojciec będzie strzelał, to ciebie pierwszego zabije”. Świadczy to o realnych obawach ubeków co do możliwości odbicia zakładników przez Żubryda, na trasie do Rzeszowa.
Każdy, kto ma pojęcie o potrzebach wynikających z rozwoju dziecka, może sobie wyobrazić koszmar wielomiesięcznego pobytu w celi. Pan Janusz, szczęśliwie, ma mało wspomnień z tego okresu. Pamięta smród niedrożnej kanalizacji, drewnianą hulajnogę (dostarczył ludzki strażnik), możliwość jazdy na niej po korytarzu oraz smak malin. Podejrzewam, że to ostatnie, ta garstka malin, ich smak, utkwił w pamięci dziecka jako coś zupełnie wyjątkowego w tej rutynie pobytu w więzieniu.
Krótka uwaga dotycząca jego statusu. Otóż ani babcia, ani ciotka nie miały oficjalnie postawionych zrzutów współpracy z Żubrydem. Zostały aresztowane niejako „przy” Januszku. Głównym więźniem był czterolatek. Można by się dzisiaj z tego ubawić ale wtedy nikomu nie było do śmiechu.
Pobyt chłopca w Rzeszowie trwał aż do końca października, kiedy to po mordzie na jego rodzicach, dokonanym przez renegata z inspiracji UB, nie oddano go rodzinie tylko potajemnie umieszczono w sierocińcu w Sanoku. Ot, komunistyczna wersja polityki rodzinnej. Jedynie słuszna władza nie zapomina i nie daruje tak łatwo, szczególnie komuś kto nazywa się Żubryd.
Dopiero po jakimś czasie został odszukany przez ciotkę, która spełniając obietnicę daną swej siostrze, wykrada/wykupuje Januszka, wywozi z Sanoka, i adoptuje pod nazwisko męża – Niemiec. Prawdopodobnie właśnie fakt zmiany nazwiska "uspokoił" władze które pozwoliły chłopcu przeżyć resztę dzieciństwa we względnym spokoju.
Jak sam wspomina: przybrani rodzice zrobili wszystko co mogli, aby go jak najlepiej wychować. Dlatego w podzięce i szacunku dla nich pozostaje przy ich nazwisku do dnia dzisiejszego.

Maciej Walaszczyk, Wtorek, 11 lutego 2014 (ND)
"Młodzi ludzie skrzyknęli się, żeby wymusić na rządzących honorowe upamiętnienie żołnierzy wyklętych. Żądają, aby uczono o nich w szkołach i promowano jako patronów ulic.
Rozpoczęta właśnie akcja „Upominamy się o Was” to hołd młodych dla żołnierzy antykomunistycznego podziemia oraz sposób, aby pamięć o nich stała się żywo obecna w przestrzeni publicznej. Organizatorzy, głównie studenci, widzą w nich wzór dla swojego pokolenia przeżywającego kryzys tożsamości.
Stawiają sobie jasne cele: zwiększyć wiedzę rówieśników o bohaterach oraz wpłynąć na większe zaangażowanie władz w przywracaniu pamięci o ludziach, którzy przez komunistów zostali skazani na zapomnienie. Sebastian Kaleta, koordynator przedsięwzięcia i prezes Stowarzyszenia „Młodzi dla Polski”, zapowiada organizację kilkudziesięciu spotkań edukacyjnych na terenie całego kraju, które mają się odbyć w okolicach 1 marca, kiedy to obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Ważny element to działania, które zmobilizują władze różnych szczebli do uczestnictwa w tych uroczystościach. Manifest w tej sprawie ma trafić m.in. do prezydenta RP, premiera, marszałków Sejmu i Senatu, a także do samorządów.
Akcja będzie prowadzona na kilku polach. Pierwsze z nich to media społecznościowe, za pośrednictwem których prezentowane będą sylwetki żołnierzy wyklętych oraz przekazywane wszelkie informacje. W specjalnym apelu młodzi zwrócili się już do władz o „przywrócenie do zbiorowej pamięci bohaterskich żołnierzy wyklętych, walczących w niepodległościowym powstaniu antykomunistycznym w latach 1944-1963”.
Nie ma wątpliwości, że przyjęcie przez tysiące młodych jako swoich bohaterów postaci takich jak mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko”, Danuta Siedzikówna „Inka” czy płk Witold Pilecki wywołało ogromne zainteresowanie książkami historycznymi, miejscami pamięci i faktem, że ich historia była zakłamywana. Nie udało się tego przełamać również w ciągu 20 lat istnienia III Rzeczypospolitej. Ten klimat zmieniła decyzja Sejmu sprzed trzech lat o ustanowieniu dnia pamięci.
Koalicja organizacji młodzieżowych apeluje o uczestniczenie w obchodach oficjalnych oraz społecznych każdego 1 marca, przypominanie lokalnych bohaterów, budowę pomników. Żąda także nadania ulicom i szkołom imion bohaterów niepodległościowego podziemia antykomunistycznego z lat 1944-1963. Młodzi domagają się zarazem ostatecznego zniesienia nazw ulic, którym patronują komunistyczni oprawcy. Chcą również powstania Narodowego Muzeum Żołnierzy Wyklętych na wzór Muzeum Powstania Warszawskiego. W warstwie edukacyjnej proponują wprowadzenie do podstawy programowej nauczania historii wszystkich szczebli edukacji zagadnień związanych z antykomunistycznym podziemiem. Tymczasem wiadomo, że niedawno podstawa programowa została przez MEN zmieniona i na poziomie szkół średnich nauka historii najnowszej jest nieobowiązkowa, a jeśli już jest, to skonstruowana bardzo powierzchownie i hasłowo. Protesty w tej kwestii odbijały się od kolejnych ministrów jak od ściany.
Inicjatorzy akcji „Upominamy się o Was” są jednak optymistami.
Młodzi chcą sprowokować narodowe poruszenie w kwestii upamiętniania żołnierzy antykomunistycznego podziemia. – Udało się uzyskać od przedstawicieli władz Warszawy wstępną deklarację o budowie pomnika płk. Pileckiego w stolicy. Chcemy również rozwinąć społeczny lobbing, który trafi do ministerstwa edukacji – wyjaśnia Sebastian Kaleta.
W specjalnym apelu organizatorzy akcji „Upominamy się o Was” przyznają, że pamięć o żołnierzach drugiej konspiracji i uczestnikach antykomunistycznego powstania powojennego próbowano wymazać. „Dla nas, młodych, którzy stosunkowo niedawno ukończyli kursy historii na poziomie szkół średnich, niepojęte jest, że na kartach podręczników wolnej od komunistycznej propagandy Polski brak jest treści dotyczącej Żołnierzy Wyklętych. Pokazuje to, że kaci, którzy skazali walczących o niepodległą Polskę na wieczną niepamięć, w 25 lat po obaleniu komunizmu dalej tryumfują. Oprawcy Żołnierzy Wyklętych cieszyć się mogą pomnikami w wielu miastach Polski, ulice noszą ich imiona” – podkreślają.
Zdarza się, jak np. w Warszawie, że pomnik upamiętniający Armię Czerwoną stoi pośród budynków, w których niegdyś okrutnymi torturami dławiono wolę walki i pozbawiano człowieczeństwa bohaterów. „A powinni oni być wzorem dla powojennej młodzieży” – podkreślają przedstawiciele takich stowarzyszeń i organizacji młodzieżowych, jak Stowarzyszenie Młodzi dla Polski, Niezależne Zrzeszenie Studentów UW, Fundacja Sapere Aude, Patriotyczne Podlasie, Akademicki Klub Myśli Społeczno-Politycznej Vade Mecum KUL czy Stowarzyszenie KoLiber.
Jednym z tematów, jakie poruszają inicjatorzy akcji, jest zaangażowanie państwa w prowadzenie badań ekshumacyjnych, po to by naszym bohaterom przywrócić nie tylko pamięć, ale zapewnić godny pochówek. Młodzi zwracają uwagę, że sfinansowanie badań nad poszukiwaniem szczątków pochowanych w zbiorowych mogiłach brutalnie zamordowanych przez komunistyczny aparat wojskowy żołnierzy wyklętych to priorytet. „Sytuacja, w której instytucje zajmujące się ekshumacjami i identyfikacją bohaterów muszą finansowanie swej działalności opierać na darowiznach, budzi nasze wielkie zaniepokojenie. To państwo polskie w pierwszej kolejności winno w ten sposób upomnieć się o swoich bohaterów” – podkreślają. Chcą też organizacji państwowego pochówku żołnierzy wyklętych zidentyfikowanych podczas badań, wśród nich dowódców ekshumowanych w kwaterze „Ł” (tzw. Łączka) na wojskowych Powązkach z odpowiednimi honorami.
„Uważamy, że tylko tak szerokie i wielopłaszczyznowe działania władz wszelkich szczebli przy wsparciu mediów i organizacji pozarządowych pozwolą spłacić nam honorowy dług, jaki Polska i Polacy ceniący demokrację mają wobec Żołnierzy Wyklętych” – czytamy w apelu. Młodzi mają świadomość, że po kilkudziesięciu latach od mordów sądowych praktycznie niemożliwe jest pociągnięcie do faktycznej odpowiedzialności sprawców tych zbrodni, dlatego przynajmniej poprzez symboliczne działania trzeba nadać bohaterom odpowiedni do zasług status w polskiej historii."

PRZEMILCZANI BOHATEROWIE TREBLINKI

 Arbeitslager Treblinka, SS-Sonderkommando Treblinka, Vernichtungslager Treblinka – wymiennie stosowane nazwy kompleksu dwóch niemieckich obozów, pracy i zagłady, istniejących w latach 1941-1944/1942-1943 w lasach nad Bugiem, wzdłuż linii kolejowej Siedlce – Małkinia, niedaleko wsi Poniatowo. Nazwa pochodzi od nazwy stacji kolejowej znajdującej się 6 km od obozu.

Karny obóz pracy (niem. Arbeitslager) w Treblince powstał latem 1941 roku, po ataku Niemiec na Związek Sowiecki  (Operacja Barbarossa), przy istniejącej tutaj odkrywkowej kopalni żwiru. Otoczony był ogrodzeniem z drutu kolczastego. W obozie osadzeni byli zarówno Polacy, jak i Żydzi. Kierowano tu „elementy kryminalne”, a także ludność cywilną łapaną w odwecie za akcje zbrojne podziemia.


Obóz rozciągał się na 17 ha i był podzielony na dwie części: więźniarską i administracyjno-gospodarczą. Część więźniarska była dodatkowo podzielona wewnętrznie, w celu oddzielenia więźniarek, więźniów polskich i więźniów żydowskich. Nadzór nad więźniami pełniło 20 niemieckich SS - manów oraz około 100 strażników po obozie szkoleniowym SS w Trawnikach. Komendantem obozu przez cały czas jego funkcjonowania był SS-Hauptsturmführer  Theodor van Eupen, adwokat.


W obozie kierownictwo sprawowali Niemcy, ochronę obozu zapewniali wachmani Ukraińcy, funkcje gospodarcze i kancelaryjne spełniali Żydzi, roboty fizyczne wykonywali Polacy. Niemców było jedenastu: kierownik obozu w randze majora, ośmiu Niemców w charakterze kierowników poszczególnych działów i dwóch żandarmów. Załoga ukraińska (wachmani wyszkoleni w Trawnikach) była stosunkowo liczna – 60 osób.


Obóz został zlikwidowany w lipcu 1944, w momencie zbliżania się Armii Czerwonej; część więźniów rozstrzelano, część przesiedlono do innych niemieckich obozów zagłady.

WYBITNI WIĘŹNIOWIE  ZAMORDOWANI W TREBLINCE

Janusz Korczak – wybitny pedagog, pisarz, działacz społeczny i lekarz,

Hilel Cajtlin − pisarz i myśliciel,

Artur Gold – kompozytor, skrzypek, autor wielu przebojów,

Adolf Gancwol - Ganiewski – fotograf, siedlecki działacz społeczny,

Bruno Winawer – pisarz.


Obóz zagłady – Treblinka II powstał późną wiosną 1942 roku, w ramach Einsatz Reinhard, obok istniejącego już karnego obozu pracy. Istniał do listopada 1943 r. Pod względem liczby ofiar był to drugi – po Birkenau – obóz zagłady Żydów.

Obóz miał kształt trapezu o wymiarach 400 × 600 metrów, otoczonego dwoma rzędami ogrodzenia i zasiekami z drutu kolczastego. Wewnętrzne ogrodzenie miało 2-3 metry wysokości i było poprzetykane gałęziami po to, aby uniemożliwić wgląd z zewnątrz.
Drugie ogrodzenie – posadowione 40-50 metrów od pierwszego – przeznaczone  było jako  przeszkody przeciwczołgowe i zasieki z drutu kolczastego.

Pomiędzy nimi była jałowa ziemia – bez żadnych roślin i miejsc do ukrycia – łatwa do obserwowania przez strażników. Ogrodzenia przedzielały również teren obozu. W każdym z rogów wybudowano 8-metrowe wieże strażnicze. Dodatkowe wieże wzniesiono także wokół południowej granicy – w pobliżu komór gazowych.

Obóz został podzielony na trzy strefy: obszar mieszkalny (Wohnlager), obszar przyjęć (Auffanglager) i obóz zagłady (Totenlager).

Obszar mieszkalny znajdował się w północno-zachodniej części obozu. Składały się nań koszary SS i strażników ukraińskich oraz budynki administracyjne – biura, zbrojownia, magazyny i warsztaty.
Kwatery mieszkalne esesmanów były skoncentrowane w jednym miejscu. W ogrodzonej części obszaru mieszkalnego – kwadracie 100 × 100 metrów – mieszkali więźniowie żydowscy.

Obszar przyjęć znajdował się w południowo-zachodniej części obozu i właśnie tam przyjeżdżały transporty Żydów. Był tam peron oraz 300-metrowa bocznica kolejowa. Na końcu toru znajdowała się drewniana brama otoczona drutem kolczastym przetykanym gałęziami. Z przodu peronu znajdował się duży budynek – tam magazynowano mienie ofiar. Z początku przy peronie i bocznicy kolejowej nie było żadnych znaków czy tablic, które wskazywałyby, że jest to stacja kolejowa. Te elementy – zegar, strzałki, rozkłady jazdy, fikcyjny bufet i napisy – powstały w późniejszym okresie istnienia obozu. Obok peronu, na północ od magazynu, znajdował się otwarty teren, a za nim „plac – rozbieralnia”, na który wchodziło się przez bramę. Przy bramie oddzielano mężczyzn od kobiet i dzieci. Po obu stronach placu znajdowały się dwa baraki. W tym po lewej stronie kobiety i dzieci rozbierały się i deponowały kosztowności. W prawym baraku rozbierali się mężczyźni. Dalej na południe znajdował się „plac – sortownia”, gdzie sortowano ubrania ofiar. Na jednym końcu placu – w południowo-wschodnim rogu obozu – znajdowały się duże doły dla tych, którzy zmarli podczas transportu.

Obszar eksterminacji znajdował się w południowo-wschodniej części obozu. Był to teren całkowicie odizolowany od reszty obozu. Całość miała wymiar ok. 200 × 250 metrów.

Komory gazowe stały wewnątrz obszaru eksterminacji w dużym murowanym budynku. Przez pierwsze miesiące działania były 3 komory gazowe – 5 × 5 metrów, na 2,6 metra wysokie. Następnie wybudowano 10 nowych komór gazowych z czerwonej cegły, znacznie większych – 7 × 7 metrów. W przybudówce przy budynku znajdował się silnik diesla, który dostarczał gazy spalinowe do komór gazowych oraz generator, dostarczający prąd do całego obozu.

Drzwi wejściowe do komór gazowych prowadziły do drewnianego korytarza. Każde z drzwi do komór miały 1,8 metra wysokości i 90 cm szerokości. Drzwi były zamykane hermetycznie od zewnątrz. W samych komorach gazowych – naprzeciwko drzwi wejściowych – były drzwi szersze (2,5 na 1,8 metra). One również były zamykane hermetycznie. Komory gazowe do pewnej wysokości były wyłożone kafelkami, a na suficie zainstalowano prysznice – wszystko po to, aby utrzymać wrażenie, iż jest to wyłącznie łaźnia.

Rury służyły do dostarczenia gazu do komór. Kiedy drzwi były zamknięte, w komorze gazowej nie paliło się światło. Na wschód od komór gazowych były ogromne doły na ciała ofiar. Miały 50 metrów długości, 25 szerokości i 10 metrów głębokości.

Do ich wykopania użyto koparek sprowadzonych z kamieniołomów obozu karnego w Treblince. Żeby ułatwić transport ciał do dołów, zbudowano tory kolejki wąskotorowej.
Ciała dowożone były do dołów wagonikami pchanymi przez więźniów. Na południe od komór gazowych postawiono barak dla więźniów, zatrudnionych na obszarze eksterminacji. Cały barak i malutki placyk przy nim był otoczony drutem kolczastym. Furta wejściowa znajdowała się naprzeciwko komory gazowej. W baraku znajdowała się również kuchnia i toaleta. W centrum obszaru eksterminacji wybudowano wieżę strażniczą i wartownię.

Nadzór nad obozem pełniło 20-25 funkcjonariuszy  SS (Niemców i Austriaków) oraz 80-120 wachmanów Ukraińców. Więźniów do obsługi transportów i grabieży mienia, wyłapywano z transportów,  każdorazowo około 700-800. Obsługę komór i palenie zwłok pozostawiono ok. 300 więźniom, oddzielonym od reszty. Wśród tych ostatnich rotacja była niesłychanie duża.

Komendantem był na początku doktor medycyny Irmfried Eberl, w sierpniu 1942 zmieniony na Franza Stangla. Od sierpnia 1943 do listopada 1943 (całkowitej likwidacji obozu) komendantem był Kurt Franz.

Gdy w połowie lipca 1942 roku obóz był już gotowy, w kierunku Treblinki ruszyły transporty kolejowe, wiozące ofiary. Pociągi zmierzające do obozu zagłady w Treblince zatrzymywały się na stacji kolejowej we wsi Treblinka, około cztery kilometry od obozu. Pociąg, zwykle złożony z około 60 wagonów, był tam dzielony na trzy części, które po kolei były wtaczane do obozu. Kiedy pociąg zbliżał się do obozu zagłady, z lokomotywy pchającej wagony wydobywał się głośny gwizd. Był to sygnał dla wachmanów Ukraińców, aby zajęli stanowiska wokół obszaru przyjęć i na dachach budynków, które go otaczały. Grupa esesmanów i pozostałych wachmanów Ukraińców zajmowała pozycję na peronie.

Pierwszy transport przywiózł Żydów z getta warszawskiego w III dekadzie lipca (najprawdopodobniej 23 lipca). A potem każdego dnia na rampę kolejową w Treblince przybywały kolejne pociągi, wiozące ludzi nie tylko z Polski, lecz z wielu krajów Europy. W Treblince Niemcy uczynili wszystko, aby oszukać, wprowadzić w błąd i ukryć przed ofiarami cel ich przybycia.

Deportowani opuszczali wagony, wychodzili na peron i przechodzili przez bramę na ogrodzony plac wewnątrz obozu. Przy przechodzeniu przez bramę kobiety były oddzielane od mężczyzn. Mężczyźni kierowani byli na prawo, kobiety i dzieci na lewo. Na dużej tablicy widniał w językach polskim i niemieckim:

Warszawscy Żydzi!

„…Jesteście w obozie przejściowym Durchgangslager, z którego będziecie przeniesieni do obozów pracy Arbeitslager. Aby zapobiec epidemii, musicie przekazać swoje ubrania i rzeczy do natychmiastowej dezynfekcji. Złoto, pieniądze, obce waluty i biżuteria powinny być oddane do depozytu w kasie, gdzie dostaniecie pokwitowanie. Będą oddane później po okazaniu pokwitowania. Dla czystości wszyscy muszą wykąpać się przed dalszą podróżą…”.

Niemieccy oprawcy przewidzieli w swych planach szczególną dbałość o mienie ofiar. Odzież, obuwie, futra, wartościowa biżuteria transportowane były do Rzeszy. Według posiadanych dokumentów kolejowych stwierdzono, że jedynie w dniach od 2 do 21 września 1942 r. z obozu w Treblince wysłano do Rzeszy ponad 200 wagonów zawierających buty i odzież. Mniej więcej co dwa tygodnie specjalne samochody ciężarowe wiozły do Rzeszy skrzynie z kosztownościami, złotem, biżuterią, walutami, zegarkami itp.

Kobiety i dzieci przechodziły do baraku po lewej stronie placu, gdzie rozbierały się przed pójściem pod „prysznic”. Ubrania musieli związać w tobołki. Przedmioty wartościowe oddawano w kasie do depozytu na końcu baraku. Sposób, w jaki przygotowano ubrania oraz zbierano depozyty, miał stworzyć złudzenie, że po kąpieli każdy dostanie swoje rzeczy i świeże ubranie z powrotem.
Mężczyźni zostawali na zewnątrz, dopóki kobiety i dzieci nie zostały zabrane „pod prysznic”. Kilkudziesięciu mężczyzn było wybieranych do pracy – musieli wyczyścić wagony, zająć się ubraniami i bagażem pozostawionym przez ofiary. Kobiety i dzieci były zmuszone do przebiegnięcia przez korytarz zwany „drogą do nieba” – była to ogrodzona ścieżka o szerokości około czterech metrów, która prowadziła do komór gazowych. Wówczas mężczyznom kazano się rozebrać, oddać rzeczy wartościowe i potem oni także byli brutalnie zapędzani do komór gazowych.

Gazem trującym był tlenek węgla, pochodzący z gazów spalinowych. Śmierć następowała powoli, przez około 10-15 minut i w straszliwych męczarniach. Zastosowanie gazów spalinowych do uśmiercania w komorach było bardzo wygodne z powodu łatwej dostępności paliwa i tanim dla Niemców rozwiązaniem, w przeciwieństwie do cyklonu B.

Czas od otwarcia wagonów do zamknięcia komór wynosił około 20 minut. W komorze gazowej więźniowie musieli stać z podniesionymi do góry rękami.
W ten sposób można było jednorazowo zmieścić większą liczbę ofiar. Na wierzch tej zbitej ludzkiej masy wrzucano malutkie dzieci. Gazowanie spalinami silnikowymi trwało około 25 minut.

Początkowo zwłoki zagazowanych ofiar wrzucano do dołów. Jednak po wykryciu przez Niemców zbrodni wojennych dokonanych na polskich oficerach przez Stalina, m.in. w Katyniu, Himmler wydał rozkaz wykopania i spalenia wszystkich zwłok w celu zatarcia śladów.

Wykopywanie i palenie zwłok trwało kilka miesięcy. Od tego czasu zwłoki zagazowanych ofiar były już na bieżąco palone. Kolumna robocza więźniów żydowskich przenosiła je na miejsce, gdzie zainstalowano specjalne ruszty z szyn kolejowych. Przekładano je drewnem i po oblaniu łatwopalnym płynem, podpalano. W 2-3 godziny po transporcie liczącym 2 tysiące Żydów komory gazowe były już wyczyszczone, ciała płonęły, ubrania były sortowane, a sztuczne zęby ze złota wyrwane. Dziennie Treblinka II mogła „przyjmować” nawet do 12-14 tysięcy osób.

Po buncie więźniów w sierpniu 1943 roku obóz zagłady w Treblince zaczęto likwidować. W listopadzie 1943 r. obóz już nie istniał. Komory gazowe zniszczono, pozostałe baraki rozebrano, zdjęto ogrodzenie. Teren obozu, kryjący prochy setek tysięcy ludzi, został przez Niemców zaorany i obsadzony łubinem.

W obozie Treblinka I pobyt skończył się śmiercią dla połowy więźniów, a dla wielu spośród pozostałych – przewiezieniem do innych obozów koncentracyjnych. W pierwszym okresie byli to Polacy, mieszkańcy powiatu sokołowskiego, później inni mieszkańcy t.zw. dystryktu warszawskiego.

Niezmiernie rzadko kierowano tu więźniów żydowskich, wyselekcjonowanych z transportów docierających do obozu Treblinka II. Przeciętna liczba więźniów przebywających w obozie wynosiła jednorazowo 1-1,2 tys. osób. Więźniowie pracowali w kopalni żwiru i na stacji w Małkini przy ładowaniu wagonów. Część więźniów zatrudniono w warsztatach obozowych, a kobiety w prowadzonym przy obozie gospodarstwie rolnym. Więźniowie pracowali w warunkach głodu i terroru. Przez obóz karny w Treblince przeszło ponad 20 tys. więźniów, przynajmniej 10 tys. zmarło z wycieńczenia głodowego, wskutek chorób, tortur lub została rozstrzelana. Wśród więźniów zdarzały się ucieczki pojedyncze oraz próby zbiorowego buntu.

Obóz zagłady Treblinka II funkcjonował krótko, bo od lipca 1942 do listopada 1943. Szacuje się, zginęło tutaj 800-920 tys. ludzi.
Według danych zawartych w telegramie przesłanym w styczniu 1943 r. do Adolfa Eichmanna przez Hermanna Höfle łączna liczba osób zamordowanych w Treblince na dzień 31 grudnia 1942 r. wynosiła 713 555.

Ofiarami byli w większości Żydzi z Warszawy, Białegostoku, Grodna, Kielc, Radomia, Łukowa, Częstochowy, Kozienic i wielu mniejszych miejscowości. Polscy Żydzi byli tu przywożeni w wagonach towarowych, transporty z Zachodu Europy nieraz odbywały się w pociągach osobowych, za zakupionymi biletami. Przywożono tu Żydów z Niemiec, Austrii, Bułgarii, Grecji, Jugosławii, Czech, Słowacji, Belgii i Francji. Obóz ten był ośrodkiem zagłady wyłącznie Żydów, poza dwoma czy trzema znanymi transportami Romów.

Życie więźniów Treblinki II, pracujących przy machinie zagłady, znamy z nielicznych relacji osób, które uciekły samodzielnie lub wydostały się podczas buntu, przede wszystkim ze spisanej i wydanej jako druk podziemny już w 1944 roku relacji Jankiela Wiernika „Rok w Treblince” oraz późniejszej Samuela Willenberga „Bunt w Treblince”. Więźniowie byli podzieleni na komanda robocze.
Mimo wyczerpania psychicznego, próbowali stworzyć ruch oporu. W sierpniu 1943 roku wybuchł tu zbrojny bunt więźniów. Nieliczni, którzy pozostali jeszcze przy życiu, zdołali dostać się do zbrojowni. Wyniesiono stamtąd broń: kilkadziesiąt karabinów, amunicję i granaty. Wybuchła strzelanina, która ogarnęła wkrótce cały obóz.

W trakcie powstania zginęło około 25 Niemców i 66 ukraińskich wachmanów - strażników oraz poległo około 800 więźniów żydowskich. Spalono większość pomieszczeń obozowych. Około 200 więźniom udało się uciec z płonącej Treblinki. Z tej liczby większość jednak poległa w czasie walki z niemieckimi żołnierzami, którzy ruszyli w pościg.

DOKUMENT PRAWDY


Edward Kopówka i ks. Paweł Rytel - Andrianik udokumentowali ofiarę ponad 310 Polaków (w tym 18 księży) z rejonu Treblinki, którzy oddali życie za pomoc Żydom, oraz dokonania 335 osób odznaczonych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Nie wielu na Zachodzie i nawet w Polsce zdaje sobie sprawę z tego, jak wielkie szkody przynoszą antypolskie wydawnictwa Jana Tomasza Grossa dla wizerunku Polski w świecie.

Niektórzy historycy zniechęcają się do podejmowania badań dotyczących relacji polsko-żydowskich w obawie, że ich ustalenia i tak nie przebiją się przez medialny zgiełk oparty na antypolskich stereotypach.

Tym bardziej cieszy wydana przez Wydawnictwo Sióstr Loretanek książka "Dam im imię na wieki. Polacy z okolic Treblinki ratujący Żydów" (Oksford - Treblinka 2011), autorstwa Edwarda Kopówki, kierownika Muzeum w Treblince, i ks. Pawła Rytla - Andrianika, będąca rzetelnym studium historycznym ukazującym prawdziwy, zupełnie inny,  niż wydawnictwa Grossa, obraz Narodu Polskiego.

Treblinka należy do jednych z najbardziej symbolicznych miejsc zagłady Żydów i Romów (ocenia się, że zginęło tam ponad 800 tys. ludzi). 1 września 1941 roku zapadła decyzja Niemców o powołaniu do życia obozu pracy Treblinka I, obozu przeznaczonego głównie dla Polaków.

Co ważne, Treblinka stała się też jednym z symbolicznych miejsc w ostatniej publikacji Jana Tomasza Grossa „Złote żniwa”, w której stara się  wykazać rzekome zezwierzęcenie okolicznej ludności, która jakoby obłowiła się na okradaniu ofiar Holokaustu, organizując tzw. złote żniwa. Niestety jego opis Polski i Polaków jest w świecie uznawany za prawdziwy.
Oczywiście nie tylko Gross przyczynił się do takiego obrazu Polski, wiele nieprzychylnych Polsce mediów wciąż powtarza rewelacje o "polskich obozach koncentracyjnych" i „nazistach”.

MUZEUM WALKI I MĘCZEŃSTWA W TREBLINCE

Wszystko to odbywa się na kanwie tzw. światowej polityki historycznej. Na tej płaszczyźnie toczy się dziś nieustanna wojna. Można to zaobserwować chociażby w kwestii stosunków polsko-rosyjskich (sprawa katyńska, kwestia jeńców sowieckich 1920 r. itp.), widać to bardzo mocno w sprawie obciążania winą Polaków za Holokaust.

Tymczasem  publikacja Edwarda Kopówki i ks. Pawła Rytla – Andrianika jest niezwykle cennym źródłowym materiałem pokazującym zupełnie inny obraz społeczeństwa polskiego.

Rejon Treblinki nie był objęty szerszym zakresem działań Żegoty, tak więc pomoc Żydom, jaka tu była organizowana, miała charakter bardziej spontaniczny. Autorzy owej publikacji udokumentowali ofiarę ponad 310 Polaków (w tym 18 księży) z tamtego rejonu, którzy oddali życie za pomoc Żydom, oraz dokonania 335 osób odznaczonych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.
Uznać należy , iż książka "Dam im imię na wieki" jest owocem niezwykle ofiarnej, kilkunastoletniej pracy badaczy.

Książka składa się z dwóch części - pierwsza zawiera listę osób z krótkim opisem charakterystyki pomocy. Druga część poświęcona jest szerszemu opisowi wybranych postaci. Na końcu autorzy zamieścili  relacje świadków - byłych więźniów Treblinki I oraz okolicznych mieszkańców. Obszar badań dotyczył 15 powiatów będących w sąsiedztwie obozu.
Jak podkreślają autorzy, książka ta nie ma wymiaru polemicznego, ale ma charakter faktograficzny. Nie ulega jednak wątpliwości, że ciężar tych faktów  skłania do refleksji polemicznych. Wszak autorzy zajęli się wyłącznie istniejącą wówczas działalnością ludności polskiej pomagającej Żydom z narażeniem życia własnego i rodzin.
Należy podkreślić, że prezentowane w publikacji materiały źródłowe zostały gruntownie zweryfikowane, choć autorzy nie zdołali wyczerpać wszystkich źródeł. W Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince jest jeszcze wiele materiałów nieopracowanych, które z pewnością dopełniłyby obrazu zaangażowania Polaków w pomoc Żydom w rejonie Treblinki.
Dokumenty przedstawione w książce "Dam im imię na wieki" mówią zatem z jednej strony o zagładzie ludności żydowskiej, ale z drugiej - o bohaterstwie tych Polaków, którzy oddawali życie, ratując Żydów. Mało kto dzisiaj wie, szczególnie na Zachodzie, jakie kary groziły Polakom za pomoc ludności żydowskiej i jakie ofiary poniesiono.

Na bazie rozporządzenia generalnego gubernatora Hansa Franka z 15 października 1941 r. przewidywano karę śmierci dla Żyda, który ucieknie z getta, ale taka sama kara groziła Polakom, którzy udzielali pomocy Żydom. Takiego prawa nie było w zachodniej Europie, a jednak skala pomocy dla ludności żydowskiej była w Polsce o wiele większa niż na Zachodzie.
Omawiana publikacja dowodzi jeszcze jednego, mianowicie tego, iż Polacy byli narodem, który obok narodu żydowskiego wycierpiał bodaj najwięcej w czasie II wojny światowej. Podkreślił to Papież Benedykt XVI, który pielgrzymując do Polski w 2006 roku, powiedział (w Auschwitz, 28 maja):

"Jan Paweł II był tu jako syn polskiego narodu. Ja przychodzę tutaj jako syn narodu niemieckiego i dlatego muszę i mogę powtórzyć za moim poprzednikiem: Nie mogłem tutaj nie przybyć. Przybyć tu musiałem. Papież Jan Paweł II pielgrzymował tu jako syn narodu, który obok narodu żydowskiego najwięcej wycierpiał w tym miejscu i ogólnie podczas wojny" (s. 32).

W świecie, w którym jest moda na antypolską historiografię, na kłamstwa w stylu: "polskie obozy zagłady", „naziści”, tego rodzaju prace dokumentacyjne jak książka Edwarda Kopówki i ks. Pawła Rytla - Andrianika mają o wiele większe niż doraźne znaczenie. Do nich można wracać po wielu nawet latach, gdyż prawda się "nie przedawnia". Przedawniają się zaś kłamliwe nowinki propagandowe. Dlatego każdy wysiłek badawczy pokazujący prawdę o tamtych czasach ma potężne znaczenie dla współczesnych i przyszłych pokoleń Polaków.

Tylko bowiem tak możemy uratować pamięć o naszych przodkach i tylko tak możemy uratować narodowy honor i dumę.

E. Kopówka, ks. P. Rytel-Andrianik, „Dam im imię na wieki (Księga Izajasza 56, 5). Polacy z okolic Treblinki ratujący Żydów”, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Oksford - Treblinka 2011.
Dokumenty, źródła, cytaty:

www.katolickie.media.pl

Poniedziałek, 10 lutego 2014 (ND)

Z Januszem Kotowskim, prezydentem Ostrołęki, rozmawia Izabela Kozłowska

"W lutym ubiegłego roku Rada Miasta Ostrołęki podjęła uchwałę o utworzeniu pierwszego w Polsce Muzeum Żołnierzy Wyklętych. Jakie zadania stawiacie Państwo przed nowo powstałą instytucją?
- Muzeum ma przypominać o niezwykłych żołnierzach Polski Niepodległej, ma pokazywać ich drogę i bohaterstwo, ma przywracać ich polskiej pamięci, ale ma też wskazywać na najwyższe wartości, uczyć i edukować. Ma wreszcie – prócz funkcji poznawczej czy edukacyjnej – być miejscem pamięci, a wierzę, że i zadumy czy modlitwy za tych, którym przecież często nie dano nawet skromnego brzozowego krzyża na grobie.
Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce to nie jedyna forma upamiętniania w Ostrołęce polskich bohaterów walczących w podziemiu...
- To nie są pierwsze działania w naszym mieście. Już wcześniej „powyrzucaliśmy” z nazewnictwa naszych ulic różnych zdrajców Ojczyzny typu Nowotka czy Finder. Mamy za to ulicę rotmistrza Witolda Pileckiego czy rondo majora Łupaszki. Jedno z gimnazjów nosi imię Danuty Siedzikówny „Inki”, a w centrum miasta mamy pomnik Żołnierzy Wyklętych zbudowany dzięki współpracy z Fundacją „Pamiętamy” i odsłonięty przez śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Na tablicach upamiętniliśmy ok. 200 żołnierzy, którzy nie mają swoich grobów, a którzy oddali życie za Ojczyznę.
Na jakim etapie są teraz prace prowadzone przy powstawaniu muzeum?
- Pod opieką miasta jest ciekawy zespół obiektów po dawnym zakładzie karnym. Główny budynek pochodzi z 1903 roku. Dodatkowe znaczenie ma fakt, iż w więzieniu przetrzymywano po wojnie także żołnierzy z formacji niepodległościowych. Wykonaliśmy szereg prac porządkowych. Powiększyliśmy wstępnie pierwsze cele pod potrzeby przyszłych ekspozycji. A przede wszystkim przygotowaliśmy dokumentację techniczną i wyjątkowo ciekawy projekt architektoniczno-funkcjonalny na potrzeby muzeum. Projekt zakłada wszystkie elementy nowoczesnego muzeum – ścieżkę edukacyjną, martyrologiczną, gromadzenie pamiątek, sale multimedialne, badawcze itp.
Kiedy możemy spodziewać się otwarcia muzeum?
- To trudne pytanie. Mamy pełną koncepcję architektoniczną i funkcjonalną, gromadzimy pamiątki. Ale sprawy budowy i wyposażenia zależne są mocno od środków finansowych. Złożyliśmy dobrze przygotowane wnioski o zewnętrzne wsparcie finansowe, niestety w tej chwili tego wsparcia nie ma.
Budżet Ostrołęki ma też zapisy finansowe na rzecz budowy, pragnienie pomocy wyraził Bank WBK BZ, pomagać chcą różni, często nawet niezbyt zamożni ludzie. Ale całkowite wypełnienie założeń projektowych to wyboista droga. Być może zwycięży koncepcja, by zacząć od kilku sal ekspozycyjnych, a potem stopniowo budować dalej. Może przyjdzie czas, gdy rządowi decydenci w Polsce zrozumieją, że środki na budowę tak wyjątkowego muzeum po prostu muszą się znaleźć. Zatem trudno może jeszcze mówić o konkretnej dacie, ale w 2015 r. muzeum powinno zacząć owocnie działać.
Jakie ekspozycje znajdą się w Muzeum Żołnierzy Wyklętych i czego będziemy mogli dowiedzieć się po jego zwiedzeniu?
- Muzeum Żołnierzy Wyklętych ma przypomnieć historię ludzi niezwykłych, niezłomnych żołnierzy Polski Niepodległej. Ma przypomnieć prawdę o tych, którzy oddali życie za Polskę, a przez lata nazywani byli bandytami i zdrajcami. Chcemy pokazać prawdę o Polakach pełnych życia, marzeń, pragnień, o chłopakach i dziewczętach zakochanych, tęskniących, dowcipnych, pulsujących młodością, ale też odważnych i konsekwentnych, zdolnych do największych poświęceń dla Polski.
Chcemy, by ci ludzie inspirowali współczesną młodzież, by wskazywali, że istnieją sprawy ważniejsze niż tylko własne potrzeby, spokój, dostatek, rozrywka, przyjemne życie. Oczywiście w naszym zamyśle Muzeum Żołnierzy Wyklętych łączy jasny głęboki przekaz ideowy z nowoczesną „angażującą” odwiedzających formą tego przekazu.
Nowoczesne techniki multimedialne to dziś po prostu obowiązek. Jeżeli chcemy pokazywać „powszechność” oporu przeciw sowieckim i polskim komunistom, to musi być np.: potężna multimedialna tablica z zarysem Polski, gdzie przy dotknięciu odpowiedniego miejsca „wyskoczy” historia walk na danym terenie, pojawią się dowódcy, zdjęcia, obrazy. Jeśli chcemy mówić o aparacie powojennego terroru, to musi być przykładowo zamknięta sala, z której może przez zaryglowane drzwi słychać będzie głosy torturowanych, krzyki oprawców… Elektronika, dźwięk, światło muszą być dziś wykorzystane, by dotrzeć, zwłaszcza do młodych, z tą niezwykłą historią.
Ostrołęka jest stolicą regionu, który po II wojnie światowej był nasycony oddziałami partyzanckimi. Na tych terenach walczyło ok. 3,5 tys. żołnierzy. Muzeum jednak ma upamiętnić żołnierzy wyklętych z całej Polski...
- Powojenna historia ziemi ostrołęckiej faktycznie jest niezwykła. Choć trzeba przyznać, że ludzie naszego regionu także w innych epokach słynęli z umiłowania wolności, głębokiej wiary w Boga, odwagi i miłości do Ojczyzny. W naszym muzeum chcemy przypomnieć historię zmagań o prawdziwą niepodległość Polski w czasie powojennym. Oczywiście ziemia ostrołęcka ma swoich bohaterów: Aleksander Bednarczyk „Adam”, Hieronim Rogiński „Róg”, Witold Borucki „Babinicz”, Józef Kozłowski „Las” i setki innych operujących na naszym terenie to nasi bracia i bohaterowie. Ale chcemy oczywiście przypomnieć pełniej historię żołnierzy wyklętych.
Chcemy pokazać ludzi, miejsca, potyczki i bitwy, ale także wskazać na motywacje i ideały, by w systematyczny sposób wypełniać ciągle istniejącą lukę w zbiorowej pamięci naszego pokolenia. Tak więc nasze muzeum ma być miejscem pamięci o bohaterach i walkach na terenie całej II Rzeczypospolitej. W Polsce potrzeba takiego „miejsca”, które kompleksowo przypomni ten niezwykły czas naszej historii. Wartości, w imię których żołnierze wyklęci walczyli i umierali, są wspólne. Warto na nie wskazywać.
Powstające w Ostrołęce muzeum będzie pierwszym takim miejscem w Polsce. Dlaczego musieliśmy tak długo na nie czekać i z czego bierze się fakt, że w dalszym ciągu prawda oraz pamięć o tych polskich bohaterach jest dla niektórych środowisk wciąż niewygodna?
- Po ludzku to wielki wstyd dla państwa polskiego, że do dziś nie ma Muzeum Żołnierzy Wyklętych. Dlaczego tak długo czekamy? Po pierwsze, swoje szatańskie skutki odgrywa wciąż komunistyczna propaganda zohydzająca wyklętych przez dziesiątki lat.
Tym większą winniśmy wdzięczność rodzinom i środowiskom, które pielęgnowały pamięć o niezłomnych, tym większa wdzięczność dla działalności śp. pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Instytutu Pamięci Narodowej, Fundacji „Pamiętamy” itp. Swoje skutki ma też świadoma polityka wielu środowisk w Polsce, kierujących uwagę na dorabianie się i „wybieranie przyszłości”, tak jakby pamięć o bohaterach sprzed lat przeszkadzała godnemu budowaniu teraźniejszości i przyszłości.
Duże znaczenie ma bez wątpienia też fakt, iż dominujące media częstokroć nie szukają prawdy o latach powojennych, nie oceniają prawdziwie komunizmu i jego skutków. Ogromny wpływ mają także związki wielu współczesnych „autorytetów” z tymi, którzy bezpośrednio lub przez działania kłamliwej propagandy walczyli z polskimi bohaterami. To wszystko działa. Wielu do dziś czci pseudobohaterów. Jeśli ktoś np. uznaje „zasługi”  gen. Jaruzelskiego po wojnie czy w latach 80., nie jest w stanie pewnie uznać wielkości ofiary i bohaterstwa żołnierzy wyklętych.
Mimo faktów, dostępu do źródeł, obiektywnej pracy naukowców wciąż dla wielu Polaków autorytetem i podstawą budującą pogląd na przeszłość są ubeckie fałszywki, opowieści czy książki zdrajców albo ośrodki medialne, które pisały czy nadal piszą o bandytach od Łupaszki, Zapory czy Młota. Ale prawda o bohaterach zwycięży. Mam w tej sprawie jasność i pewność w sercu."

07/05/2014
Z upamiętnianiem zasłużonych dla Polski są róznorakie problemy, zwłaszcza na tzw. szczeblu centralnym, ale już z uamietnianie Sowieckiego okupanta, podlizywaniem się Rosji, juz takich problemów nie ma:

"Polska armia ma poważny problem z rozpoznawaniem właściwych kodów historycznych. Świadczy o tym argumentacja towarzysząca skierowaniu wojskowej asysty na sowiecką hucpę w Braniewie.
 zdjecie
To, że Kreml skrupulatnie pilnuje, by groby krasnoarmiejców oraz pomniki były przyczółkami rosyjskiej obecności w Europie Środkowo-Wschodniej, nie dziwi. Ale dlaczego polskie wojsko asystuje w uroczystościach ku czci armii sowieckiej? Dowódcy muszą się zdecydować: albo asystują przy trumnach polskich bohaterów na Łączce, albo przy grobach przedstawicieli systemu, który ich mordował.
Udzielenie sowieckim uroczystościom z 4 maja wojskowej asysty delegowanej z 9. Brygady Kawalerii Pancernej w Braniewie szokuje tym bardziej, że formacja, której członkowie pochowani są na miejscowym cmentarzu, brała udział w obławie augustowskiej w lipcu 1945 r., a wcześniej w pacyfikacji Wileńszczyzny. Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych zastrzega, że realizuje tylko „plan współpracy” z organizacjami samorządowymi i społecznymi. I że nie mogło odmówić udziału w sowieckiej celebrze, a jedynie ograniczyło jego wymiar do minimum. – Znam historię, ale realizujemy tylko plan współpracy – odpowiada mjr Michał Romańczuk z DGRSZ.
Zdaniem posła Krzysztofa Szczerskiego, politologa, polskie władze żadnego szczebla, a tym bardziej wojsko, nie powinny brać udziału w uroczystościach ku czci Armii Czerwonej. – Na terenie Polski zabronione jest propagowanie symboliki sowieckiej i to jest już dobry powód do tego, by takich sytuacji unikać. W szczególności nie powinny tego robić polskie Siły Zbrojne. Polskie terytorium nie jest do wynajęcia, podobnie jak polskie instytucje państwowe – dodaje były wiceminister spraw zagranicznych.
Choć zaproszenia na uroczystości w Braniewie wystosował gubernator obwodu kaliningradzkiego Nikołaj Cukanow, to ciężar logistyczny imprezy poniosła strona polska. Policja ochraniała konwój rosyjskich motocyklistów i pilnie strzegła, by nikt nie zakłócił sowieckiej celebry zarówno na cmentarzu w Braniewie, jak i pod pomnikiem gen. Iwana Czerniachowskiego w Pieniężnie. Poza funkcjonariuszami policji do zabezpieczenia uroczystości zmobilizowano także strażaków w mundurach, Inspekcję Transportu Drogowego oraz Żandarmerię Wojskową. Chyba wszystkie możliwe siły, jakie znajdowały się w tym czasie w okolicach Braniewa. Wszystko za sprawą lokalnych władz powiatowych i wojewódzkich. Uroczystość firmował również rząd poprzez udział przedstawiciela wojewody warmińsko-mazurskiego.
„Nasz Dziennik” sprawdził, jak armia tłumaczy się z asysty wojskowej, jakiej Rosjanom udzielili żołnierze z 9. Brygady Kawalerii Pancernej w Braniewie. Wojsko powołuje się na ustalenia między jednostką a władzami samorządowymi, z którymi od lat współpracuje. – Wynikają one z naszego planu współpracy ze środowiskiem cywilnym i władzami miasta, i powiatu braniewskiego. Jak co roku taką uroczystość w jakimś zakresie zabezpieczamy – tłumaczy mjr Paweł Zaganiaczyk, rzecznik prasowy braniewskiej Brygady. – Myśmy tylko i wyłącznie rozmawiali na temat tej uroczystości z władzami miasta i powiatu – dodaje. Czy wojsko mogło odmówić udziału w tej uroczystości jako reprezentant Sojuszu Północnoatlantyckiego, wobec którego Rosja dokonuje na oczach całego świata agresywnych manifestacji? – To pytanie nie jest do mnie, warunki są, jakie są, a ja nie jestem upoważniony do komentowania takich pytań – ucina rzecznik jednostki.
Zapytany, czy również kontekst historyczny, a więc fakt dotyczący roli, jaką odegrała armia sowiecka, a także to, co dzieje się na Ukrainie za sprawą rosyjskich agresorów, nie przeszkadza wojsku w udziale w tego typu przedsięwzięciach, major Paweł Zaganiaczyk nie chciał już odpowiadać i odesłał nas do referatu prasowego Ministerstwa Obrony Narodowej. Major Michał Romańczuk z Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych powiedział to samo: udział asysty związany był z podpisanym przez Wojska Lądowe tegorocznym planem współpracy między armią a organizacjami pozarządowymi oraz innymi partnerami społecznymi. I jak twierdzi, wojsko nie może od tego rodzaju planu odstąpić. – To jest dla nas punkt wyjścia i jako wojsko nie oceniamy historii. Chciałem podkreślić, że udział tej asysty był skromny, ponieważ z jednostki wydelegowano 8 żołnierzy oraz dwóch werblistów z Elbląga – podkreśla mjr Romańczuk. Jak się okazuje, Wojsko Polskie już od pięciu lat bierze udział w uroczystościach w Braniewie i w latach poprzednich armia czciła czerwonoarmistów z jeszcze większą pompą. Jednak bezpośrednio po 1989 r. takich celebr z udziałem wojska nie organizowano.
Sprawa się na tym nie kończy, ponieważ już w poniedziałek rosyjskie MSZ wyraziło oburzenie po wymalowaniu na pomniku dowódcy 3. Frontu Białoruskiego gen. Iwana Czerniachowskiego w Pieniężnie znaku Polski Walczącej i napisu „Precz z komuną”. Rosjanie oczekują, że polskie władze „podejmą wszelkie kroki w celu ukarania winnych i niedopuszczenia do takich incydentów w przyszłości”.
Rosja od lat używa symboliki sowieckiej związanej z wojną ojczyźnianą i „wyzwalaniem” krajów europejskich spod faszyzmu do prowadzenia swojej agresywnej polityki historycznej. W 2007 r. w wymowny sposób miało to miejsce w stolicy Estonii – Tallinie, gdy tamtejsze władze postanowiły w końcu usunąć z centrum miasta pomnik wdzięczności armii sowieckiej. Rosjanie, którzy są pozostałością po sowieckiej okupacji tego kraju, wywołali gwałtowne zamieszki z policją.
W niedzielę do Pieniężna planowali zjechać również rosyjscy motocykliści sprowadzeni do Polski przez władze obwodu kaliningradzkiego. Jednak odstąpili od tego zamiaru. Minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz ma do powiedzenia tylko tyle, że jest to jeden z wielu incydentów, do jakich dochodzi w Polsce. – Przykry, bo przykry, ale incydent – stwierdził Sienkiewicz.
Pod koniec stycznia Rada Miejska w Pieniężnie podjęła uchwałę o rozebraniu pomnika gen. Czerniachowskiego, który jest odpowiedzialny m.in. za wymordowanie Armii Krajowej na Wileńszczyźnie i w Białostockiem."

Brak komentarzy: